Mocno kibicowałam rozstrzygnięciu kwestii kredytów we frankach szwajcarskich przez Sąd Najwyższy. Jako tzw. frankowicz liczyłam oczywiście na wyrok dla mnie, i setek tysięcy innych osób, korzystny. Ale decyzja SN o odłożeniu rozstrzygnięcia, poprzez zadanie Trybunałowi Sprawiedliwości UE pytań prejudycjalnych, jest chyba najbardziej rozczarowująca.

Czytaj więcej

Spory z bankami będą jeszcze trwać. Pozwów będzie przybywać

Spór między frankowiczami a bankami trwa od lat i nawet jeśli orzeczenie Sądu Najwyższego nie byłoby superkorzystne dla walutowych kredytobiorców, to przynajmniej mieliby pewność, co dalej. Tymczasem TSUE może rozpatrywać pytania przez wiele miesięcy, a na krajowe podwórko wrócą nerwy i gorączkowe poszukiwanie sposobów wyjścia z sytuacji.

I to po jednej, i drugiej stronie, bo frankowicze pewnie wrócą do pomysłu, by wymuszać na bankach korzystne dla siebie rozwiązania pozwami sądowymi. A banki, zamiast myśleć o polubownym załatwieniu sprawy, zgodnie z propozycją KNF, raczej zaczną znowu się okopywać.

Smaczku sprawie dodaje to, że pytania Sądu Najwyższego do TSUE wcale nie dotyczą kwestii kredytów walutowych, ale „problematyki powoływania sędziów w Rzeczypospolitej Polskiej". Część sędziów w specjalnym oświadczeniu wyraziła nawet żal, że z powodu zaognionego w Polsce sporu w kwestii systemu sądownictwa nie udało się doprowadzić do merytorycznego rozstrzygnięcia. Ale nie zmienia to faktu, że chaos prawny, przed którym ostrzegamy od dawna na naszych łamach, teraz na własnej skórze odczuwają frankowicze.