Amerykańska Unia zaczęła się rozpadać pod koniec lat 50. XIX wieku, kiedy politykę i kraj podzielił spór o przyszłość niewolnictwa. W tym czasie świat coraz szybciej wkraczał w epokę wielkiej rewolucji industrialnej. Wszystko się zmieniało. Nic nie było już tak jak dawniej.

W sierpniu 1858 r. zakończono kładzenie na dnie Oceanu Atlantyckiego kabla telegraficznego. Już 1 września zorganizowano z tej okazji paradę w Nowym Jorku, w której udział wzięło 15 tys. osób. Na jednym z transparentów ktoś napisał: „Rozdzielone 4 lipca 1776 r. – połączone 12 sierpnia 1858 r.”. Nagle świat się skurczył. Brytyjczycy nie byli już postrzegani jako wrogowie czy opresorzy. Stali się poważnymi partnerami handlowymi. Od tej pory Wall Street nie musiała już oczekiwać kilka dni lub tygodni na notowania z Giełdy Londyńskiej. Tego samego dnia czytelnicy amerykańskich gazet mogli się dowiedzieć, co się dzieje w parlamencie brytyjskim, a handlowcy przyjąć zamówienie na określoną ilość towarów przeznaczonych na eksport do Europy. Zaczynała się era szybkiej komunikacji. Jeden z jej prekursorów, słynny współtwórca alfabetu swojego imienia, wówczas 67-letni Samuel Finley Breese Morse, twierdził, że telegrafia rozpocznie erę światowego pokoju. Skoro ludzie odlegli o setki lub nawet tysiące kilometrów mogą w ciągu kilku minut poznać swoje myśli, to nie będzie już nieporozumień. Niestety, wielki wynalazca się mylił. Telegraf miał wkrótce przyczynić się do wybuchu wojny o rozmiarach nieznanych przez Amerykanów.

Lato 1858 r. nie przeszło do historii tylko z powodu kabla telegraficznego na dnie Atlantyku. W tym samym czasie w Illinois odbyła się pierwsza z serii debat o przyszłości niewolnictwa pomiędzy republikańskim kongresmenem Abrahamem Lincolnem a demokratycznym senatorem Stephenem Arnoldem Douglasem. Prasa brukowa drwiła sobie z rozmówców, ponieważ senator Douglas był niskim krępym mężczyzną, którego fizjonomia wypadała komicznie przy wysokim i chudym Lincolnie. Nikt jednak nie żartował sobie z tematu dyskusji. Douglas wierzył, że niewolnictwo, choć samo w sobie jest zjawiskiem nagannym, powinno być utrzymane, ponieważ taka była wola obywateli stanów południowych. Ich wybór określał mianem suwerenności obywatelskiej (popular sovereignty). Lincoln był zdecydowanym przeciwnikiem niewolnictwa, choć w czasie jednej z debat zapytany o to, co sądzi o niższości rasy czarnej, odpowiedział: „Zgadzam się z sędzią Douglasem, że Murzyn nie jest mi równy pod wielu względami, z pewnością nie pod względem koloru i może nie pod względem poziomu moralnego lub intelektualnego. Ale w prawie jedzenia chleba [...], na który zapracuje własnymi rękami, jest mi równy i równy sędziemu Douglasowi oraz równy każdemu żyjącemu człowiekowi”. Ten pogląd był trudny do zaakceptowania nawet przez abolicjonistów. Większość z nich wierzyła, że posiadanie niewolników jest grzechem, ale Afrykanie powinni powrócić do Afryki. Pod tym względem poglądy Lincolna jawiły się jako radykalne, ponieważ uważał on, że: „nie ma absolutnie żadnego powodu, aby Murzyn nie mógł korzystać na równi z człowiekiem białym ze wszystkich praw naturalnych wymienionych w Deklaracji Niepodległości: z prawa do życia, wolności i dążenia do szczęścia”.

W czasie jednej z tych debat senator Douglas nagle zwrócił się z pytaniem do przysłuchującej się rozmowie publiczności: „Pytam was, czy jesteście za nadaniem Murzynom praw i przywilejów obywatelskich?”. Na sali zapanowała wrzawa, rozjuszony tłum zaczął skandować: „Nie, nie chcemy!”.

Z okazji 100. rocznicy debaty Lincoln–Douglas Poczta Stanów Zjednoczonych wydała znaczek upamiętniaj

Z okazji 100. rocznicy debaty Lincoln–Douglas Poczta Stanów Zjednoczonych wydała znaczek upamiętniający to wydarzenie

U.S. Post Office

„Ten rząd został stworzony przez naszych ojców dla ludzi białych – zawołał Douglas. – Bardziej troszczę się o wielką zasadę samostanowienia, prawo ludu do rządzenia niż o wszystkich Murzynów w chrześcijaństwie”.

Douglas zarzucił Lincolnowi chęć odebrania tego prawa mieszkańcom Południa. Zniecierpliwiony Lincoln zakończył debatę, składając obietnicę, która miała wszystkich uspokoić: „Powiem tu, że nie mam zamiaru bezpośrednio ani pośrednio mieszać się w instytucję niewolnictwa w stanach, w których ono istnieje”. Kilka lat później tę deklarację złamał.

Dzięki wynalazkowi telegrafu debata Lincolna z Douglasem mogła być śledzona na bieżąco przez czytelników gazet w całym kraju. Prasa zdobywała przy tym niesamowity przywilej kształtowania poglądów milionów ludzi. Podobnie jak dzisiaj czynią to komentatorzy telewizyjni, radiowi czy internauci, wówczas debata była komentowana na gorąco i nie brakowało przy tym języka, który nawet współcześnie uznalibyśmy za wyjątkowo wulgarny. Telegraf, który w założeniu Morse’a miał przynieść pokój, uczynił lokalny spór dwóch polityków wydarzeniem ogólnokrajowym. Plantatorzy z Południa byli przerażeni radykalizmem Lincolna. Byli przekonani, że kiedy ten człowiek dojdzie do władzy, zniszczy ich świat. Nie mylili się. Zniszczył.

Rzekomy winowajca

Amerykańską wojnę domową kojarzy się głównie z Abrahamem Lincolnem, ale w opinii amerykańskich historyków to jego poprzednik – prezydent James Buchanan – ponosi znaczną część winy za wybuch wojny. Czy to sprawiedliwa ocena? Prezydent James Buchanan popierał kompromis z 1850 r. i uważał, że ruch abolicjonistyczny jest destrukcyjny dla Ameryki. Nie znosił radykalizmu Lincolna. Nie postrzegał niewolnictwa przez pryzmat ludzkiego cierpienia, ale jako pewną składową ustroju państwa, w którym się urodził. Taki był porządek jego świata, a abolicjoniści zdawali się go burzyć i prowadzić ku katastrofie. Swoim jawnym poparciem dla utrzymania niewolnictwa zyskał sobie sympatię przedstawicieli stanów południowych. Jednak 6 listopada 1860 r. załamały się wszystkie jego nadzieje na utrzymanie jedności. Decyzją 1  866  452 wyborców (180 głosów elektorskich) Lincoln został prezydentem. Wszelkie próby znalezienia kompromisu w Kongresie zakończyły się porażką. W reakcji na wybór Lincolna na prezydenta 20 grudnia 1861 r., 85 lat po podpisaniu Deklaracji Niepodległości, nastąpił rozpad amerykańskiej Unii. Karolina Południowa ogłosiła wystąpienie ze wspólnoty. Dzisiaj nazwalibyśmy to prześmiewczo „karolinexitem”. Niewiele później w jej ślady poszło sześć stanów: Missisipi, Teksas, Georgia, Floryda, Alabama i Luizjana. Cztery inne stany ogłoszą secesję dopiero w czasie trwania wojny. 4 lutego 1860 r. „rebelianci” – jak ich nazywała Północ – zawiązali w  Alabamie Konfederację Stanów Ameryki (Confederate States of America), która cztery dni później przyjęła własną konstytucję.

Być może na kontynencie północno-amerykańskim do dziś sąsiadowałyby obok siebie dwa państwa noszące w nazwie słowo Ameryka, ale 12 kwietnia 1861 r. wydarzyło się to, czego Buchanan bał się najbardziej. Wojska konfederackie ostrzelały Fort Sumter w Karolinie Południowej. Te fortyfikacje na wyspie w zatoce Charlestone zostały zbudowane na początku XIX w. do obrony amerykańskiego wybrzeża przed inwazją brytyjską. Historiografia amerykańska przyjęła, że to konfederaci rozpoczęli amerykańską wojnę domową. W rzeczywistości winę ponoszą obie strony konfliktu. Prezydent James Buchanan nie dotrzymał bowiem słowa i nie przekazał w porę fortu siłom zbrojnym Konfederacji, mimo że twierdza znajdowała się na suwerennym terytorium Karoliny Południowej. Wygrana przez Konfederatów bitwa o Fort Sumter stała się iskrą zapalną największego konfliktu w historii Ameryki. Być może, gdyby prezydentem nadal był Buchanan, konflikt udałoby się załagodzić, jednak od miesiąca prezydentem był już człowiek, który nie myślał w kategoriach kompromisowych. Witając 4 marca 1861 r. w Białym Domu prezydenta elekta Lincolna, odchodzący prezydent James Buchanan w sposób wymowny podsumował ogrom zadań stojących przed nowym przywódcą: „Jeżeli pan tak bardzo cieszy się z zamieszkania w tym miejscu, jak ja cieszę się z wyjazdu stąd, to wszystko jest w należytym porządku”. Ale Buchanan wcale się nie cieszył. Opuszczał Biały Dom rozbity psychicznie, bezradnie spoglądając na eskalację konfliktu. Nie uważał, że jest temu winny. Zawsze twierdził, że robił wszystko dla ratowania jedności. Zgodnie z zasadą lojalności, kiedy wybuchła wojna, udzielił pełnego poparcia prezydentowi Lincolnowi. Nowy przywódca wcale nie był jednak zadowolony z tego poparcia. Chciał, aby historia zapamiętała Buchanana jako winnego największej tragedii w historii narodu. Byłaby to jednak ocena niesprawiedliwa. 15. prezydent USA popełnił wiele błędów, ale zawsze kierował się nadrzędnym celem, jakim była jedność narodu i wierność konstytucji. W 1866 r., na dwa lata przed śmiercią, wydał zbiór wspomnień „Administracja Buchanana w przeddzień rebelii”. Opisywał w niej swoje starania w celu utrzymania pokoju. Książka odeszła w zapomnienie.

Wojna w liczbach

Południe Ameryki szczyciło się starymi tradycjami wojskowymi. W dobrym tonie było odbycie służby wojskowej lub wysłanie syna na naukę do akademii wojskowej. Stąd też w ocenie historyków wojskowości konfederaccy żołnierze byli zdyscyplinowani i znacznie lepiej wyszkoleni od liczniejszych, pochodzących z poboru oddziałów unijnych. Po stronie Południa walczyło 880 tys. żołnierzy, podczas gdy Unia formalnie powołała do służby wojskowej 776 829 żołnierzy. Problem jednak w tym, że oficjalne statystyki rządowe pomijają zwerbowanych za grosze żołnierzy kontraktowych, rekrutujących się głównie spośród nowo przybyłych imigrantów z Europy, którzy nie mieli nawet pojęcia, o co walczą. Ci nieszczęśnicy nie znali jeszcze Ameryki ani panujących tu zwyczajów, a już musieli zabijać nieznanych im ludzi. Większość ledwie dukała po angielsku. Taki nieprzeszkolony rekrut bywał częściej obciążeniem dla regularnej zawodowej armii niż jej wsparciem.

Korpus Balonowy Armii Unii dokonywał rekonesansu powietrznego od października 1861 do sierpnia 1863

Korpus Balonowy Armii Unii dokonywał rekonesansu powietrznego od października 1861 do sierpnia 1863 r.

Biblioteka Kongresu

W 1860 r. ok. 13 proc. ludności USA stanowili przybysze zza oceanu. Ale w wojsku te proporcje zostały zachwiane. Na 2,12 mln żołnierzy Unii aż 543 tys. stanowili imigranci. Co czwarty żołnierz urodził się w Europie. Oprócz tego w armii unijnej służyło 178 895 żołnierzy kolorowych, których wartość bojowa była mizerna. Panował powszechny brak dyscypliny, bród i niedostatek w aprowizacji. Żołnierze obu stron konfliktu w niczym nie przypominali eleganckich i czystych bohaterów filmu „Przeminęło z wiatrem” czy serialu „Północ–Południe” ubranych w schludne, wyprane i wyprasowane mundury.

Powszechnym problemem obozowym były epidemie i dezynteria. Należy jednak podkreślić, że po raz pierwszy w historii utworzono jednostki ambulatoryjne armii (Army Ambulatory Corps) oraz przenośne szpitale polowe. Mimo to w czasie wojny secesyjnej zginęło łącznie ponad 750 tys. ludzi. Statystycznie każdego dnia 504 osoby ginęły w walce lub umierały z innych powodów związanych z wojną. To liczby oficjalne, niektóre szacunki mówią o ponad 600 tys. zabitych po każdej ze stron. Ze wszystkich żołnierzy, którzy po obu stronach wzięli udział w tej wojnie, zginął na pewno co piąty. Należy przy tym podkreślić, że dobre przeszkolenie nie pomogło konfederatom. Na każdego zabitego Jankesa wypadało trzech poległych południowców.

Pierwsze pancerniki

Na szczególną uwagę zasługuje gwałtowny rozwój marynarki wojennej. Po raz pierwszy w historii doszło do starcia dwóch pancerników – służącego pod banderą US Navy okrętu USS „Monitor” i konfederackiego pancernika „Virginia”. Pierwszy był cudem technicznym swoich czasów. Zaprojektował go szwedzki konstruktor John Ericsson. Inżynier ten darzył co prawda większą sympatią konfederatów, ale oni nie chcieli realizować jego pomysłów. Dlatego Ericsson dał się namówić na budowę żelaznego okrętu przez sekretarza marynarki wojennej USA Gideona Wellesa. Konstruktor szybko przygotował projekt USS „Monitor”, nowatorskiego okrętu pancernego, który jako pierwszy w historii zawierał obrotową wieżę mieszczącą parę dużych dział. Pancernik został zwodowany już 6 marca 1862 r., co oznacza, że ówcześni Amerykanie byli zdolni wyprodukować okręt pancerny w 100 dni. To pokazuje, jakim potencjałem przemysłowym, finansowym i materiałowym dysponowało to państwo.

Obraz olejny Louisa Pranga przedstawiający bitwę morską, do której doszło 9 marca 1862 r. pomiędzy p

Obraz olejny Louisa Pranga przedstawiający bitwę morską, do której doszło 9 marca 1862 r. pomiędzy pancernikami USS „Monitor” i CSS „Virginia”

biblioteka kongresu

Ale przeciwnik nie pozwalał się łatwo wyprzedzić. Już 8 marca 1862 r., a więc dwa dni po wodowaniu unijnego USS „Monitor”, konfederaci zwodowali były okręt USS „Merrimack”, przerobiony na statek pancerny i przemianowany na CSS „Virginia”. Maszyna ta siała spustoszenie wśród unijnych okrętów blokujących wybrzeże Wirginii. CSS „Virginia” zatopił dwa kluczowe okręty unijne: USS „Congres” i USS „Cumberland”. Jednak następnego dnia po konfederackim zwycięstwie na horyzoncie pojawił się unijny USS „Monitor”, rozpoczynając pierwszą w historii świata bitwę między pancernymi okrętami wojennymi. 9 marca 1862 r. w Hampton Roads w Wirginii nie rozstrzygnięto, który z nich jest lepszy. USS „Monitor” nie zdołał zatopić pancernika CSS „Virginia”, ale uratował pozostałą część floty unijnej przed klęską. Konstrukcja USS „Monitora” okazała się tak dobra, że sekretarz marynarki wojennej podjął decyzję o budowie innych statków tego typu, które nazywano odtąd monitorami. Wyposażone w dwie obrotowe wieże z działami przyczyniły się do zwycięstwa Unii na morzu. Dzięki niskiemu zanurzeniu mogły wpływać do szerokich ujść amerykańskich rzek. Dlatego wiele podstawowych elementów konstrukcyjnych statków klasy „Monitor” zostało skopiowanych w przyszłych okrętach wojennych na całym świecie. W szczególności obrotowa wieża jest uważana dziś za jedno z największych osiągnięć technologicznych w historii marynarki wojennej.

Bezwarunkowa kapitulacja

Także marynarka śródlądowa odegrała znaczącą rolę w wojnie secesyjnej i na trwałe zmieniła oblicze wojny. Warto tu wspomnieć o kanonierkach rzecznych, które siały spustoszenie wśród fortów zbudowanych wzdłuż biegów wielkich amerykańskich rzek, stanowiących w XIX w. główne kontynentalne szlaki handlowe. Świadczy o tym sposób, w jaki generał Ulisses Grant poradził sobie z załogą dwóch fortów nad rzeką Cumberland.

W maju 1861 r. konfederacki generał Daniel Donelson z Armii Tennessee rozpoczął budowę 15-akrowej twierdzy z co najmniej dziesięcioma redanami. Twierdza była chroniona przez fortyfikacje polowe wypełnione rowami i jamami strzeleckimi. Zdobycie takich umocnień było niezwykle trudnym zadaniem. Ogółem fortu broniło 16 tys. żołnierzy i 67 nowoczesnych dział. Dodatkowo położenie fortu zaledwie 30 metrów od rzeki Cumberland dawało możliwość swobodnego ostrzału zbliżających się okrętów unionistów. Twierdza wydawała się nie do zdobycia. Na dodatek Grant nie posiadał żadnych map ani informacji o strukturze fortyfikacji. Być może gdyby znał skalę wyzwania, na jakie się porywał, nigdy nie poradziłby sobie ze zdobyciem Fortu Donelson. Ale Ulysses Grant, człowiek porywczy i niestroniący od kieliszka, o tym nie wiedział i – jak zwykle – działał spontanicznie. Ta żywiołowość okazała się w tym wypadku skuteczna. 12 lutego 1862 r. kanonierka pancerna „Carondelet” dotarła do fortu, oddając kilka strzałów rozpoznawczych. W ten sposób chciano sprowokować obrońców do odpowiedzi i ustalić liczbę dział chroniących fort od strony rzeki. Dowódca twierdzy, przewidując cel prowokacji, zakazał odpowiadania na ogień. Następnego dnia „Carondelet” rozpoczął zmasowany ostrzał fortu. Obrońcy, widząc skalę natarcia, tym razem odpowiedzieli ogniem i skupili się na obronie od strony rzeki. 14 lutego do fortu podpłynęły cztery kolejne kanonierki Unii, przyłączając się do ostrzału. Obrońcy zasypali je deszczem pocisków. Wszystkie okręty zostały uszkodzone; zginęło 9 marynarzy, a 45 zostało rannych. Tymczasem od południa twierdzę zaatakowały trzy skrzydła wojsk unionistów pod dowództwem generałów Smitha, Wallace’a i McClernarda. Ale konfederaci byli znakomicie przygotowani do odparcia przeciwnika. Szybkie i zmienne kontrataki na prawe i lewe skrzydło zaczęły poważnie zagrażać oblegającym twierdzę wojskom Unii.

Wojna secesyjna to jednak przede wszystkim zmiana strategii i sposobu nacierania wojsk. I nie chodzi tu o stosowanie taktyki spalonej ziemi, ale o przeobrażanie się sposobu myślenia o wojnie przez dowódców: od otwartego frontalnego natarcia w uporządkowanym szyku rzędowym rodem z wojen napoleońskich, po wojnę okopową i starcia z zaskoczenia.

Szczególnie prawe skrzydło trzymało się na włosku. 15 lutego sytuację odmieniło przybycie oddziałów generała Granta, który nakazał odzyskać prawe skrzydło i jednocześnie zaatakować fort od jego lewej flanki. Ta taktyka okazała się niezwykle skuteczna. Tego samego dnia po południu przybyły kolejne posiłki wojsk Północy. Grant wiedział, że zwycięstwo jest kwestią godzin. Wtedy napisał do dowódcy fortu generała Johna B. Floyda krótką notatkę, która przeszła do historii wojskowości: „Żadnych warunków, tylko bezwarunkowa i natychmiastowa kapitulacja”. Zszokowany nietypowym jak na ówczesne reguły wojenne żądaniem generał Floyd po rozmowie z generałem Bucknerem podjął decyzję o bezwarunkowym poddaniu fortu. Bitwa i taktyka Granta zostały opisane we wszystkich gazetach Unii. Opinia publiczna Północy oszalała na punkcie nowej gwiazdy wojny secesyjnej. Nawet chłopcy bawiący się w wojnę na podwórkach krzyczeli do siebie słynne słowa Granta: „No terms except unconditional and immediate surrender can be accepted”. Te słowa i ta taktyka to także spuścizna wojny secesyjnej. Alianci zastosują ją na wiosnę 1945 r. w Niemczech.

Wojna secesyjna była okazją do wybicia się dla wielu znakomitych strategów. Przykładem był właśnie Ulisses Grant. Tak błyskawiczne i spektakularne zdobycie Fortu Donelson, który miał być jedną z najpotężniejszych twierdz Konfederacji, zapewniło mało znanemu generałowi brygadierowi wejście do ścisłego dowództwa armii i awans na generała majora. Ledwo rok wcześniej Grant zabiegał, żeby zostać szeregowym żołnierzem w kompanii ochotników. Nagle został dostrzeżony jako jeden z najważniejszych dowódców. Do tego stopnia, że wiosną 1864 r. prezydent Abraham Lincoln mianował go głównodowodzącym wojsk Unii.

I to jemu przypadł zaszczyt zakończenia tej wojny. 7 kwietnia 1865 r. generał Ulysses S. Grant wezwał głównodowodzącego wojsk Konfederacji generała Roberta E. Lee do poddania się. Tym razem jednak nie zażądał bezwarunkowej kapitulacji. Zaproponował nawet dość szczodre warunki złożenia broni. W niedzielę palmową, 9 kwietnia, generał Lee przybył do domu kupca i farmera Wilmera McLeana w Appomattox. Wybór miejsca był całkowicie przypadkowy, ale zapewnił jego właścicielowi stałe miejsce w podręcznikach historii. Generał Lee wszedł do skromnego salonu ubrany w nieskazitelny mundur. Zupełnie inaczej prezentował się Grant, którego mundur był zabłocony i powycierany po ostatnich dniach kampanii. Panowie doskonale się znali z czasów wojny amerykańsko-meksykańskiej (1846–1848). Robert E. Lee był pierwszym generałem, któremu prezydent Lincoln zaproponował stanowisko głównodowodzącego wojsk Unii na początku wojny secesyjnej. Lee uprzejmie odmówił i powrócił na Południe, aby wstąpić w szeregi sił konfederackich. Teraz musiał złożyć podpis na oświadczeniu o kapitulacji. Wojna była przegrana.

Początki US Air Force

Jedną z najciekawszych nowości w czasie wojny secesyjnej było utworzenie korpusu zwiadu powietrznego. Proszę nie przecierać oczu. Naprawdę w połowie lat 60. XIX wieku Amerykanie mieli już wywiad „lotniczy”, choć pierwszy samolot braci Wright miał wystartować dopiero za 40 lat. Armia Unii skorzystała z wywiadu lotniczego, jaki zaoferował dowództwu nieco ekscentryczny wynalazca, showman i naukowiec samouk prof. Thaddeus Constantine Sobieski Lowe. Nie należy się sugerować imieniem i nazwiskiem wynalazcy. Nie był Polakiem. Rodzice nadali mu imiona Thaddeus Constantine Sobieski od bohatera noweli napisanej w 1803 r. przez szkocką pisarkę Jane Porter. Nowela nosiła tytuł „Thaddeus of Warsaw” i opisywała życie Tadeusza Kościuszki, którego autorka z niewiadomych powodów nazwała Thaddeus Constantine Sobieski.

Wynalazca pochodził z New Hampshire. Od dziecka pasjonował się chemią, meteorologią i aeronautyką, jak nazywano loty balonami. Dzięki zastosowaniu specjalnej mieszanki powietrza Lowe zbudował niewielki balon, którym można było stosunkowo łatwo manewrować i wznosić się na duże wysokości. Swoje usługi zaproponował dowództwu wojsk Unii. Na podniebną podróż zaprosił nawet samego prezydenta Lincolna. Ze względów bezpieczeństwa balon był przywiązany do słupa wbitego w trawnik przed Białym Domem. Mimo to wzniósł prezydenta wysoko nad Waszyngtonem. Abraham Lincoln niemal krzyczał z zachwytu, widząc pod sobą Biały Dom i obejmując wzrokiem panoramę na Capitol i cały ówczesny Waszyngton. Prezydent był pod tak ogromnym wrażeniem podniebnej wycieczki, że z miejsca obiecał wynalazcy wszelką pomoc w realizacji koncepcji utworzenia zwiadu powietrznego.

Lowe otrzymał polecenie utworzenia Korpusu Balonowego Armii Stanów Zjednoczonych, pierwszej historycznej formacji sił powietrznych USA. Korpus balonowy miał towarzyszyć wojsku w czasie kampanii nad rzeką Potomak w Wirginii późną wiosną i latem 1862 r. Obserwatorzy siedzący w koszach balonów przekazywali dowództwu informacje o lokalizacji nieprzyjacielskich oddziałów za pośrednictwem telegrafu. Na tamte czasy była to technologia, którą dzisiaj musielibyśmy nazwać „kosmiczną”. Nikt i nigdzie jeszcze tego nie robił.

Korpus Balonowy Armii Stanów Zjednoczonych był przedmiotem fascynacji opinii publicznej, ale informacje, które dostarczał sztabowi generalnemu, nigdy nie zostały w pełni wykorzystywane. Tradycjonaliści w mundurach uważali, że pomysł zwiadu powietrznego użytego w działaniach wojennych to fanaberia, która nigdy się nie przyjmie. Dlatego jesienią 1862 r. rząd zdecydował, że projekt balonowy zostanie przerwany. Gdyby nie podjęto tej decyzji i armia Unii nadal korzystałaby z rozpoznania balonowego, to bitwy pod Antietam lub Gettysburgiem mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej.

Pierwszy karabin maszynowy

Wojna secesyjna to jednak przede wszystkim zmiana strategii i sposobu nacierania wojsk. I nie chodzi tu o stosowanie taktyki spalonej ziemi, ale o przeobrażanie się sposobu myślenia o wojnie przez dowódców: od otwartego frontalnego natarcia w uporządkowanym szyku rzędowym rodem z wojen napoleońskich, po wojnę okopową i starcia z zaskoczenia. Na przeobrażenie się tej taktyki wpływ miało uzbrojenie wojska. Na początku wojny dominowała w nim czarnoprochowa broń gładkolufowa przedniego załadowania. Czarny proch miał dwie zasadnicze wady: łatwo przemakał i szybko brudził lufę. Konstruktorzy zaczęli więc szukać rozwiązań pozwalających na szybkie przeładowanie i precyzyjne oddanie strzału. Jednym ze skutecznych udoskonaleń były cylindryczne ołowiane pociski, które skonstruował francuski wynalazca Claude-Étienne Minié. Po raz pierwszy ten rodzaj amunicji doskonale pasujący do karabinów z lufami gwintowanymi został użyty podczas wojny krymskiej w latach 1853–1856. Pocisk Minié był celniejszy, łatwiejszy w załadowaniu i miał większy zasięg. Idealnie pasował do wnętrza lufy. Tym rodzajem amunicji można było skutecznie razić pozycje nieprzyjaciela nawet z odległości 200–300 metrów. Pierwsi zaczęli go stosować już w 1861 r. Konfederaci do karabinów Enfield wzór 1853.

W tym czasie podstawowym wyposażeniem żołnierza jankeskiego stał się odprzodowy karabin Springfield wzór 186, ale już jazda dysponowała nowoczesnymi karabinkami Spencera z siedmionabojowym magazynkiem rurkowym. System przeładowywania za pomocą dźwigni dawał przewagę w szybkości oddawania strzałów. Wynalazca Christopher Miner Spencer przekonywał opornych na innowacje dowódców ze sztabu generalnego armii Unii, że przyszłość uzbrojenia wojska leży w karabinach powtarzalnych tylnego lub bocznego ładowania na pociski zespolone. Mimo to najczęściej używaną bronią podczas wojny secesyjnej był odprzodowy karabin jednostrzałowy Lorenz M1854, którego Unia kupiła 225 tys. sztuk z Europy, a Konfederacja – 100 tys. sztuk.

Prawdziwym jednak przełomem było wyprodukowanie w 1862 r. pierwszego w historii karabinu maszynowego konstrukcji Richarda Gatlinga. W przeciwieństwie do istniejącej wcześniej kartaczownicy Agera, kartaczownica Gatlinga była oparta na konstrukcji późnośredniowiecznej mitraliezy – wielolufowej broni odtylcowej. Była to najbardziej przerażająca broń palna w wojnie secesyjnej i zapowiedź zbliżającego się horroru przyszłych wojen. Wykorzystywała naboje zespolone z metalową łuską. Dzięki odpalaniu po kolei z poszczególnych luf kartaczownica Gatlinga wystrzeliwała ponad 200 pocisków na minutę. Twórcy deklarowali, że może ich być nawet 1200 sztuk na minutę. Karabin musiało obsługiwać aż czterech żołnierzy. W 1865 r. poprawiono konstrukcję, dodając naboje bocznego zapłonu i zamki mechaniczne. Co ciekawe, system Gatlinga karabinu maszynowego o lufach ruchomych znalazł kontynuację we współczesnych konstrukcjach napędowej broni wielolufowej, w tym w działku sześciolufowym M61 Vulcan. Rozwiązanie zaproponowane przez Richarda Gatlinga wyparł dopiero w 1883 r. w pełni automatyczny karabin maszynowy zbudowany przez Hirama Stevensa Maxima.