Dramat czy nudna lekcja. Jak różnica pokoleń wpływa na rozbieżność ocen recenzentów „Rz”

 

Talent Woronowicza od dawna doceniali widzowie i reżyserzy jego macierzystego Teatru Powszechnego w Warszawie.

– Zanim spotkałem się w pracy z Adamem, widziałem go na scenie – mówi reżyser Grzegorz Wiśniewski. – Zawsze skupiał uwagę. Z tego okresu pamiętam powtarzającą się opinię, że jest człowiekiem bardzo religijnym. Gdy zapytałem go o to, odpowiedział zaskakująco: tam, gdzie jest wiara, tam też jest bardziej obecny diabeł. Zrozumiałem, że jego duchowość wpływa mocno na aktorstwo.

Woronowicz miał w teatrze okazję penetrować zakątki duszy człowieka. Te jasne i te mroczne. I świetnie wykorzystał szansę, grając z jednej strony pełnego otwartości Chrystusa w "Ofierze Wilgefortis" w Teatrze Wierszalin czy biblijnego Jakuba we wrocławskim Teatrze Współczesnym, z drugiej zaś Wierchowieńskiego w "Biesach" w Powszechnym. Co ciekawe, udział w "Biesach" Dostojewskiego zaproponował mu Rudolf Zioło, kiedy przekonał się, z jakim wyczuciem zagrał… Chlestakowa w "Rewizorze" Gogola. Rola Woronowicza była z pewnością najlepsza w tamtej adaptacji Dostojewskiego.

– Adam łączy wewnętrzną prostotę z wielką ofiarnością i żarliwością, która kompletnie nie współgra z dzisiejszym stylem bycia popularnych aktorów – uważa Piotr Cieplak. – Jego nieudzielanie się w komercyjnych przedsięwzięciach bardzo służy jakości jego aktorstwa. Nadaje mu wymiar szekspirowski. Gdy recytuje Słowackiego, rozumie się, co do nas mówi. Często wręcz wydaje nam się, że mówi to po prostu od siebie.

Tę pozorną zwyczajność i potoczystość aktor świetnie wykorzystał w telewizyjnej wersji "Pamiętnika z powstania warszawskiego", wcielając się w postać Mirona Białoszewskiego. Za tę rolę dostał nagrodę na festiwalu Dwa Teatry. Grany przez Woronowicza bohater zachłystuje się powiewem wolności, dzieli euforię pierwszych sukcesów powstania, a potem, jak większość cywilów, pragnie już tylko przetrwać. Innym spektaklem telewizyjnym, który przykuwał uwagę, było "51 minut" – mistrzowski i przejmujący duet Adama Woronowicza ze Stanisławą Celińską. Aktor grał chorego na AIDS narkomana, świadomego, że do końca życia pozostały mu minuty. Z matką porozumiewa się czasem jedynie spojrzeniem, grymasem ust. W jego oczach był cały dramat tej sytuacji, ale też przekonanie, że śmierć stanie się wybawieniem.

– Adam Woronowicz jest postacią o niewątpliwej charyzmie – uważa Anna Augustynowicz. – Podczas pracy nad "Miarką za miarkę" przekonałam się, że jest niezwykle otwarty i twórczy. Reżyserzy powinni pamiętać, że ma wielkie poczucie humoru i dystans do siebie.

To pierwsze prezentuje w rolach komediowych, to drugie bardzo mu się przyda, gdy przy okazji filmu "Popiełuszko" zobaczy swoje zdjęcia na wielkich banerach i niemal każdym przystanku autobusowym.