fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Chwiejna piramida nad Europą

Andrzej Sławiński
Fotorzepa, Szymon Łaszewski Szymon Łaszewski
Hołubienie wielkich banków nie leży w interesie Europy – piszą były wicepremier i minister gospodarki oraz dyrektor Instytutu Ekonomicznego Narodowego Banku Polskiego
Gdy Anglosasi mówią o słoniu w pokoju, to mają na myśli jakiś poważny problem, o którym mówi się mało albo wcale.
Tym przysłowiowym słoniem jest dzisiaj konieczność dokonania w europejskiej bankowości większych zmian niż te, które są planowane.

Produkcja ryzyka

Dlaczego w Stanach Zjednoczonych wciąż istnieją tysiące małych banków? Dlatego że w nieomal całej historii tego kraju jego kolejni prezydenci się bali, że jeśli dopuszczą do powstania zbyt dużych banków, to zaczną one za bardzo wpływać na gospodarkę i politykę. Wielki kryzys lat 1929 – 1932 sprawił, że drugą cechą amerykańskiej bankowości był do niedawna ustawowy podział na banki komercyjne zajmujące się zbieraniem depozytów i udzielaniem kredytów oraz banki inwestycyjne zajmujące się doradztwem i operacjami na rynkach finansowych. Senatorowie Carter Glass i Henry Steagall słusznie uznali w 1933 r., że pieniądze złożone na depozytach bankowych nie powinny być wykorzystywane do ryzykownych operacji na rynkach finansowych.
Podział na bankowość komercyjną i inwestycyjną został zniesiony w 1999 r. (w okresie prezydentury Billa Clintona) wraz z unieważnieniem ustawy Glassa-Steagalla. Przyspieszyło to w Stanach Zjednoczonych proces tworzenia wielkich konglomeratów finansowych, łączących w sobie bankowość inwestycyjną i komercyjną. W tym samym czasie w Europie rosły szybko w siłę konglomeraty finansowe określane jako banki uniwersalne. Wszystko zaś uzasadniano możliwością osiągania efektów skali, mimo że nie potwierdzały tego wyniki badań. Trudno zresztą się dziwić. Jakie mogą być efekty skali z połączenia wodociągów z siecią zakładów bukmacherskich? Dlaczego zatem tworzono banki zbyt duże, by można było pozwolić im upaść? Odpowiedź jest prosta. Bank zbyt duży, by upaść, może pożyczyć pieniądze taniej niż inne. Może podjąć większe ryzyko, a w każdym podręczniku można przeczytać, że w branży finansowej oczekiwana stopa zwrotu rośnie wraz z wielkością podejmowanego ryzyka.
I wielkie banki to wykorzystywały. Osiągały zyski w dużej mierze kosztem zaśmiecania gospodarek wielu krajów nadmierną ilością ryzyka. Wiele mówiono o innowacjach finansowych. Niewiele z nich jednak miało autentyczną społeczną wartość. W przeciwieństwie do samochodów i pralek dopuszczano je do sprzedaży bez żadnej gwarancji, że nie stwarzają nadmiernego ryzyka dla użytkownika.
Podręcznikowy świat, w którym banki przyjmowały depozyty oszczędnościowe i pożyczały je przedsiębiorstwom, by te finansowały pożyteczne dla gospodarki inwestycje, w dużym stopniu odszedł w przeszłość. W krajach rozwiniętych banki udzielały pożyczek głównie sobie wzajemnie (na finansowanie transakcji na rynkach międzybankowych). Wszędzie zaś rosły, zajmując się z wielkim zapałem masową produkcją kredytów hipotecznych. Nie trzeba już dzisiaj tłumaczyć, że to właśnie w dużej mierze przyczyniło się do wybuchu globalnego kryzysu bankowego i kryzysu w strefie euro. Istnienie wielkich banków przedstawia się często jako naturalny stan rzeczy, podczas gdy dzisiejsza skala tego zjawiska jest czymś zupełnie nowym.
Nigdy wcześniej aktywa jednego lub kilku banków nie stanowiły tak dużego, jak obecnie, procentu dochodu narodowego, co odnosi się zwłaszcza do Europy.

Groźne wydmuszki

Aktywa Deutsche Banku stanowią 80 proc. niemieckiego PKB. Aktywa Dexii to 180 proc. PKB Belgii, a aktywa Fortisa stanowią 155 proc. PKB Holandii. We Francji aktywa trzech największych banków to ponad 230 proc. PKB. W Szwajcarii suma bilansowa dwóch największych banków przewyższa PKB aż sześciokrotnie. Dla porównania, w USA największą w relacji do PKB sumę bilansową ma JP Morgan – 15 proc. amerykańskiego PKB. Potencjalnie zatem największe zagrożenia wiszą nad głowami europejskich podatników.
Tym, co zmieniło europejskie banki w groźne wydmuszki, jest nadmierny rozrost działalności inwestycyjnej
Rodzi to pytanie, jak ich uchronić przed koniecznością ponownego pokrywania strat wielkich banków. Europa niewiele robi w tej sprawie. Z dużym trudem przebijają się postanowienia Bazylei III, które mają umożliwić zwiększenie kapitałów banków i ograniczyć nieumiarkowane finansowanie akcji kredytowej pożyczkami zaciąganymi w innych bankach. Co gorsza, Europa wyraźnie chce dać dodatkowe przywileje swym wielkim bankom. Forsowana przez Komisję Europejską nowa umowa kapitałowa umożliwiałaby centralizację zarządzania kapitałem i płynnością w bankach matkach. Powracają postulaty, aby banki matki mogły obciążyć swoimi ewentualnymi stratami banki córki w innych krajach. Oba rozwiązania byłyby antyeuropejskie. Stawiałyby w gorszej sytuacji władze nadzorcze i podatników w krajach, w których banki stanowią spółki kapitałowo zależne, co mocno dotknęłoby i nas.
Tym, co zmieniło europejskie banki w groźne wydmuszki, jest nadmierny rozrost działalności inwestycyjnej. To ona sprawia, że uporządkowany upadek wielkiego banku jest czymś – w najlepszym razie – skrajnie trudnym. Przypomnijmy, że inwestycyjna część działalności banków polega w dużej mierze na zaciąganiu pożyczek w innych bankach, aby sfinansować zakupy papierów wartościowych, oraz na przeprowadzaniu transakcji na rynku instrumentów pochodnych, co jest w dużej mierze niczym innym jak zakładaniem się z innymi bankami o to, czy cena czegoś wzrośnie czy spadnie. Powstaje w ten sposób coraz gęstsza sieć powiązań między bankami rodząca ryzyko, że upadek jednego z nich stworzy ryzyko upadku innych. Takie banki stały się ekonomicznie zbyt duże i politycznie zbyt wpływowe, aby mogły upaść. Ekonomicznie są wielkim graczami, ale jednocześnie sędziami w ekonomicznej rywalizacji. Władze polityczne natomiast stały się praktycznie ich więźniami.

Powrót do źródeł

Kontynentalna Europa, zamiast hołubić swoje wielkie banki, powinna pójść w ślady Wielkiej Brytanii i zacząć myśleć o oddzielaniu bankowości tradycyjnej od inwestycyjnej, jak zaproponowała to komisja Sir Johna Vickersa, której wiele postulatów znalazło silne poparcie brytyjskiego rządu. Komisja Vickersa nie proponuje wprawdzie podziału banków, a tylko prawne rozdzielenie bankowości tradycyjnej i inwestycyjnej, ale i tak przyniesie to poważne korzyści. Po pierwsze, wydzielenie bankowości inwestycyjnej stworzy prawdziwe szanse na uporządkowane upadki banków, które nie będą wymagały angażowania pieniędzy podatników i nie będą wywoływały spadku akcji kredytowej. W USA, gdzie nadal istnieje duża liczba tradycyjnych banków, ich uporządkowane upadki są na porządku dziennym. Po weekendzie zrestrukturyzowany bank podejmuje działalność z nowiutkim zarządem. Drugim celem zmian proponowanych przez Komisję Vickersa jest to, by subsydium, jakim jest dawana przez podatników gwarancja wypłaty depozytów, wspomagała tylko najbardziej potrzebną gospodarce tradycyjną działalność banków, a nie ryzykowne transakcje na rynkach finansowych.
Banki stały się ekonomicznie zbyt duże i politycznie zbyt wpływowe, by upaść
Być może bankowość inwestycyjna przemawia do wyobraźni, w tym zwłaszcza młodych ludzi, ale lepiej byłoby dla Europy, gdyby gwarancje podatników były skierowane wyłącznie na bankowość komercyjną, zwłaszcza na wspieranie kredytowania małych i średnich firm w czasach, gdy one właśnie tworzą rosnącą część PKB i największą liczbę nowych miejsc pracy.
Brytyjczycy nie są odosobnieni w myśleniu o konieczności przynajmniej prawnego oddzielenia działalności komercyjnej i inwestycyjnej banków. W USA od dłuższego czasu postulat tego rodzaju formułował Paul Volcker, który w latach 80. uwolnił amerykańską gospodarkę od inflacji. Także OECD zdecydowanie opowiada się za racjonalnością wydzielenia w bankach bankowości tradycyjnej i inwestycyjnej.
Europa kontynentalna o oddzieleniu bankowości komercyjnej i inwestycyjnej nawet nie myśli. Zamiast poważnych dyskusji na ten temat słyszy się opowiadania o tym, że systemowo groźny bank nie musi być duży, bo wystarczy, że jest silnie powiązany z innymi, a jego upadek może wszystkim zaszkodzić. Zapytajmy jednak, jakie banki są mocno powiązane z innymi? Odpowiedź brzmi: te, które mają rozbudowaną bankowość inwestycyjną, bo to one zaciągają masowo pożyczki w innych bankach i masowo zawierają z innymi bankami transakcje na rynku instrumentów pochodnych.
Tymczasem, jak piszą niezależnie od siebie, ale zgodnie, Jeffrey Sachs i Paul De Grauwe, Europa za dużo zajmuje się moralizowaniem, a za mało tworzeniem operacyjnych planów naprawczych. Gdy chodzi o pomoc dla rządów, to pojawiają się obawy, czy aby nie ułatwi to im trwania w grzechu. Tymczasem dyskusji, co zrobić z wiszącymi nad Europą chwiejnymi piramidami wielkich uniwersalnych banków, na razie po prostu nie ma.
Piszemy to wszystko także ku naszej polskiej przestrodze. Amerykanom i Europejczykom mówiono, że tworzenie silnych narodowych konglomeratów finansowych jest w ich interesie. I jedni, i drudzy ponieśli duże koszty, by się przekonać, że tak nie było. Promotorzy takich pomysłów okazali się uczniami czarnoksiężnika.
Jerzy Hausner jest profesorem Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie i członkiem Rady Polityki Pieniężnej obecnej kadencji.
Andrzej Sławiński jest dyrektorem Instytutu Ekonomicznego NBP, profesorem SGH. Był członkiem RPP poprzedniej kadencji. Tekst wyraża wyłącznie własne poglądy autorów
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA