fbTrack

Unia Europejska

Do obsadzenia jest ponad 30 stanowisk ambasadorów

Polacy znajdą się w nowej służbie dyplomatycznej - mówi Mikołaj Dowgielewicz, sekretarz stanu do spraw europejskich i polityki ekonomicznej w MSZ
[b]Rz: Dlaczego Polska i inne nowe kraje są tak słabo reprezentowane na unijnych placówkach? Nie ma nas nawet w Europie Wschodniej, na której pewnie lepiej się znamy niż osoby z krajów starej Unii [/b]
[b]Mikołaj Dowgielewicz:[/b] Przedstawiciele nowych krajów powinni obsadzić większą liczbę stanowisk. Te dane pokazują skalę problemu. Ale mówimy o delegacjach Komisji Europejskiej, które były obsadzane w drodze wcześniej obowiązujących procedur. Polacy mieli mniejsze szanse, bo każdy musiał przepracować w centrali dwa lata, zanim wyjechał na placówkę zagraniczną. Ale coraz więcej Polaków spełnia ten warunek. Mamy też kilku urzędników na szczeblu kierowniczym w sekretariacie Rady. Sytuacja będzie się więc poprawiać i Polacy znajdą się w nowej służbie dyplomatycznej. [b]Na jaką placówkę możemy liczyć? [/b]
Pani Ashton prowadzi rekrutację na ponad 30 stanowisk ambasadorów. Ale to do niej należy wybór, więc nie byłoby elegancko odpowiadać na to pytanie. [b]Nieoficjalnie mówi się, że to pan jest polskim kandydatem. Czy nie ma tu konfliktu interesów? Osoba, której zależy na stanowisku, nie musi być zainteresowana wywieraniem presji na Ashton w sprawie przyznania nowym krajom większej liczby stanowisk. [/b] Premier Donald Tusk stwierdził, że mógłbym być kandydatem, pod warunkiem, że byłoby to interesujące dla wysokiej przedstawiciel. Myślę, że nie ma tu konfliktu interesów, bo za polską obecność w unijnej dyplomacji odpowiada wiceminister Grażyna Bernatowicz. Poza tym taka teza odnosiłaby się do wielu osób pełniących różne funkcje w 27 krajach członkowskich, które mogą być brane pod uwagę pod kątem stanowisk w nowej służbie. Zapewniam, że zabiegamy o stanowiska, ale też intensywnie pracujemy nad tym, by mieć odpowiednich kandydatów. Trzeba ich znaleźć i przygotować, by wygrywali konkursy, które nas czekają. Oczywiście sięgamy do puli byłych dyplomatów. Jest też pomysł, by dyplomatów szkolić, tak by od razu byli gotowi pełnić funkcje w unijnej służbie zagranicznej. [b]Na razie unijni ambasadorzy często nawet nie znają języka kraju, w którym są na placówce. [/b] Rzeczywiście byłoby dobrze, by mówili w języku lokalnym. Ale to będzie się poprawiać. Do tej pory ambasadorowie byli wysłannikami Komisji Europejskiej, a więc byli to urzędnicy, którzy mieli głównie doświadczenie z pracy w Brukseli. Teraz wśród kandydatów łatwiej o osoby mówiące w różnych językach afrykańskich czy azjatyckich. W służbie dyplomatycznej było także za mało kobiet i to się powinno zmienić. W polskiej dyplomacji jest ich wiele i świetnie by się nadawały do dyplomacji unijnej. Na razie – po interwencji ministra Sikorskiego – usunięto jeden z przejawów maskulinizacji, o której jest mowa w raporcie PISM. Do tej pory w oficjalnych dokumentach pisano o szefie służby zawsze w rodzaju męskim. Mimo że pierwszą osobą, która stanęła na czele nowej służby, jest kobieta. Po interwencji ministra pisze się nie on (he), tylko on/ona (he/she). [b]Polacy się skarżą, że zajmują mniej wysokich stanowisk w strukturach Unii, bo są dyskryminowani na egzaminach. Czy przy doborze kadr do służby zagranicznej taka dyskryminacja im nie grozi? [/b] Osoby, które są kandydatami na ambasadorów, nie muszą zdawać egzaminów. Pani Ashton sama dokonuje wyboru na podstawie oceny ich kompetencji i rozmowy z kandydatem. Warto przy okazji zauważyć, że z naszą obecnością w Komisji nie jest aż tak źle. Prawie w 100 procentach wypełniamy kwotę narodową na niższych szczeblach ekspertów i asystentów, a pule stanowisk kierowniczych w 65 procentach Jest wiele nowych krajów, które są w zdecydowanie gorszej sytuacji, a ich obecność jest śladowa.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL