fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

„Dokumencik” chętnie sprzedam

Fotorzepa, Robert Gardziński
W sieci wciąż kwitnie handel replikami dowodów i praw jazdy, choć za ich produkcję i sprzedaż grożą dwa lata więzienia.

Obowiązująca od blisko miesiąca ustawa, mająca ukrócić obrót „kolekcjonerskimi" dokumentami, i co za tym idzie fałszerstwa, do których są wykorzystywane, na razie pozostaje na papierze. W internecie nadal ogłaszają się producenci replik – nie boją się kar.

– To było do przewidzenia, ustawa w żadnym razie nie rozwiązuje problemu tzw. dokumentów kolekcjonerskich. Żeby się z nim realnie uporać, należało całkowicie zabronić posiadania replik, które są identyczne z prawdziwymi dokumentami – mówi „Rzeczpospolitej" Wiesław Paluszyński, wiceprezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji.

Intratny proceder

Ustawa o dokumentach publicznych weszła 12 lipca. Jej główny cel – jak twierdziło MSWiA – to „walka z fałszerstwami dokumentów oraz z wykorzystywaniem ich do przestępstw np. wyłudzania kredytów". Nowy akt prawny wprowadził definicję repliki dokumentu publicznego i kary za ich „wytwarzanie, oferowanie, sprzedaż lub przechowywanie w celu sprzedaży". Chodzi o art. 58 ustawy, który przewiduje za to grzywnę, ograniczenie wolności, a nawet karę do dwóch lat więzienia. To miało ochronić przed fałszerstwami „z wykorzystaniem dokumentów łudząco podobnych do oryginałów".

Przeczytaj też: Coraz więcej zatrzymań obywatelskich pijanych kierowców

Jednak „replikowy biznes" jest najwyraźniej tak dochodowy, że groźba kar nie działa. W internecie wciąż można nabyć „dokumenciki" – dowody osobiste, prawa jazdy i nawet zezwolenia na pobyt, średnia cena 350–600 zł. Można więc kupić łudząco podobne do oryginału prawo jazdy dowolnego kraju – od europejskich przez kanadyjskie, kalifornijske czy albańskie.

Niektórzy oferujący co prawda twierdzą, że replikę może zamówić tylko osoba posiadająca oryginalny dokument, i zastrzegają, że nie produkują go „na dowolne dane" – ale z daleka czuć fikcją. W formularzu zamówienia podaje się m.in. personalia, datę urodzenia, kategorię prawa jazdy. Można wpisać wszystko, bo nikt nie sprawdzi, czy kupujący „kolekcjonerskie prawko" posiada prawdziwe. Oszuści mają pole do popisu.

– Dopóki w sieci będzie istniała możliwość zakupu tzw. dokumentów kolekcjonerskich czy tożsamości, to świat przestępczy będzie to wykorzystywał, próbując wyłudzeń przy użyciu takich replik – uważa dyr. Przemysław Barbrich, rzecznik Związku Banków Polskich. Zaznacza, że w ostatnim kwartale ubiegłego roku doszło do 1,1 tys. prób wyłudzeń kredytów z sektora bankowego na łącznie 92 mln zł. Część prób odbyła się w oparciu o repliki dokumentów.

Gra w ciuciubabkę

Wiesław Paluszyński ocenia, że ustawa nawet w podstawowym zakresie nie spełnia swojej roli, także dlatego, że nie pominęła repliki zagranicznych dokumentów.

– Ponadto dokument jest repliką wtedy, kiedy trwałe naniesiono na niego znaki informujące, że jest to „wzór". Tymczasem oferowane w sieci tzw. kolekcjonerskie prawa jazdy czy dowody od strony graficznej niczym się nie różnią od prawdziwych – zaznacza wiceprezes Paluszyński.

Sklepy internetowe stosują fortel. – Wyprodukowany dokument wkładają w plastikową koszulkę z napisem „wzór dokumentu". – To żadne zabezpieczenie, osłonkę można rozerwać i wyjąć zawartość. Ustawodawca gra w ciuciubabkę – ocenia Paluszyński.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji pytane o nieskuteczną ustawę, odpowiada:

„Wprowadzenie nowej regulacji było motywowane tym, że obowiązujące dotychczas w Polsce przepisy dotyczące przestępstw przeciwko wiarygodności dokumentów, a w szczególności przepis art. 270 par. 1 kodeksu karnego („Kto, w celu użycia za autentyczny, podrabia lub przerabia dokument lub takiego dokumentu jako autentycznego używa – red.), nie dawały możliwości pociągnięcia do odpowiedzialności osób oferujących tzw. dokumenty kolekcjonerskie bez uprzedniego udowodnienia celu, tj. zamiaru użycia jako dokumentu autentycznego" – tłumaczą służby prasowe MSWiA. Twierdzą, że celem ustawy było więc „stworzenie podstaw prawnych do ścigania tego typu działań", a już walka z samym procederem to zadanie organów ścigania.

Policja zapewnia, że będzie ścigać producentów i handlarzy. – Osoby, które mimo zmiany przepisów nadal wytwarzają, sprzedają czy przechowują w celu zbycia replikę dokumentu publicznego, muszą liczyć się z surowymi konsekwencjami. Nawet karą do dwóch lat więzienia – mówi Mariusz Ciarka, rzecznik KGP.

Dlaczego więc w sieci wciąż są oferty? – Obawiam się, że sklepy oferujące falsyfikaty kupiły domeny np. na Karaibach. Szanse na ściganie mogą być mizerne – sugeruje policyjny informatyk, i uważa, że „jednym ruchem" można się uporać z problemem: trzeba wprowadzić wymóg, że repliki dokumentów muszą mieć nadruk informujący, że to „wzór". Wtedy liczba chętnych na nie radykalnie spadnie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA