fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Jak ZSRR budował bombę atomową

Sowiecki poligon atomowy koło Semipałatyńska, na którym 29 sierpnia 1949 r. przeprowadzono pierwszą próbę jądrową.
AFP
6 listopada 1947 r. w oficjalnym komunikacie Wiaczesław Mołotow zasugerował Zachodowi, że Związek Radziecki ma bombę atomową. Amerykanie uznali to za blef. Ich wywiad zapewniał, że Sowieci będą gotowi do produkcji tego rodzaju broni dopiero za dziesięć lat.

Bomby, które spadły na Hiroszimę i Nagasaki, były dla ZSRR sygnałem nadchodzących zmian na politycznej mapie świata. Sygnał był jasny. Rządzić będą ci, którzy opanują atom. Dla Sowietów priorytetem stało się uzyskanie wiedzy potrzebnej do zbudowania broni nowej ery – broni, która nie tylko dogoni USA w wyścigu zbrojeń, ale przede wszystkim pozwoli ZSRR stać się militarną potęgą. Pod pozorem pomocy humanitarnej najwięksi radzieccy naukowcy zostali wysłani w rejony eksplozji. Skupili się na efektach wybuchu, pozostając zupełnie obojętni na los ofiar czy niesienie pomocy. Po powrocie do kraju i złożeniu szczegółowego raportu zapadła decyzja. Za wszelką cenę Kraj Rad musi zdobyć tę cudowną broń. Rosjanom zależało na czasie.

Budowa bomby jądrowej wymagała rozwiniętej wiedzy teoretycznej i praktycznej w zakresie technologii atomowej. Sowietom tej wiedzy brakowało, gdyż fizyka kwantowa czy teoria względności była w socjalistycznym państwie z gruntu zła ideologicznie. Wywiad radziecki jednak się spisał i plany budowy bomby atomowej zostały w krótkim czasie wykradzione Amerykanom. Przypuszcza się, że dokonał tego Klaus Fuchs, niemiecki fizyk i tajny współpracownik GRU, radzieckiego wywiadu wojskowego. W 1943 r. wyjechał do USA, gdzie uczestniczył w programie „Manhattan", czyli w pracach nad pierwszą bombą atomową. W 1950 r. został zdekonspirowany i za szpiegostwo skazany na 14 lat więzienia. Uważa się, że przekazane przez niego informacje znacząco przyspieszyły prace nad radziecką bombą atomową, którymi kierował Andriej Sacharow. Projekt potrzebował ogromnych nakładów finansowych i ściśle tajnej lokalizacji. Wybrano daleki zakątek Kazachstanu koło Semipałatyńska. Obszar o powierzchni 18 mln ha stał się pierwszym w ZSRR poligonem nuklearnym, na którym do 1963 r. oficjalnie przeprowadzono 468 naziemnych i podziemnych wybuchów jądrowych.

W imię pokoju

„W imię pokoju na świecie radziecka władza i partia podjęły decyzję o utworzeniu w Semipałatyńsku poligonu atomowego. Uczyniono to wyłącznie w celach pokojowych". Taki był oficjalny przekaz, który poszedł w świat. 29 sierpnia 1949 r. na poligonie koło Semipałatyńska przeprowadzono pierwszą próbę z bombą atomową. Aby móc realnie ocenić skutki wybuchu, wzniesiono imitacje dzielnic mieszkaniowych, schronów, bunkrów, lotniska, a nawet metra. Wybuch był 30 razy potężniejszy niż w Hiroszimie, a jego skutki oszołomiły naukowców. Po eksplozji widok był przerażający. Wszystko zniknęło. Wszędzie leżały dziesiątki martwych ptaków z nadpalonymi skrzydłami. Sacharow tak opisywał to w swoich wspomnieniach: „Budynki zmiecione jak domki z kart, odór popękanych cegieł, stopione szkło. Kiedy widzi się to wszystko na własne oczy, coś się w człowieku zmienia. Rozumieć coś w sposób abstrakcyjny to zupełnie co innego, niż czuć to całą swoją istotą, jak realność życia i śmierci". Wywiad Stanów Zjednoczonych nazwał tę próbę „Joe-1". Bomba była wierną kopią amerykańskiej bomby plutonowej Fat Man. Dla Amerykanów stało się jasne, że chcąc utrzymać swoją pozycję, muszą przyspieszyć prace nad własnym potencjałem nuklearnym.

Amerykańską odpowiedzią na próby ZSRR była operacja „Ivy". 1 listopada 1952 r. fizycy Edward Teller i Stanisław Ulam przeprowadzili na atolu Enewetak na Oceanie Spokojnym udane testy pierwszej bomby wodorowej o nazwie Mike. Wybuch miał siłę około 700 bomb zrzuconych na Hiroszimę i był tak potężny, że fragment atolu wyparował, a w jego miejscu powstał krater o średnicy blisko 2 km i głębokości 50 m.

Snieżok

Amerykańskie i sowieckie próby jądrowe rozpaliły wyobraźnię uczonych i samego Chruszczowa, który za wszelką cenę chciał zgłębić możliwości ładunków nuklearnych. 14 września 1954 r. na poligonie Tockoje odbyły się manewry pod kryptonimem Snieżok z udziałem ministra obrony marszałka Gieorgija Żukowa. Ich celem było przełamanie frontu siłami korpusu piechoty, a następnie przeciwuderzenie przy użyciu broni jądrowej i zniszczenie obrony przeciwnika. Na poligonie stacjonowało 45 tys. żołnierzy specjalnej jednostki. Była tak tajna, że nie miała nawet numeru. Oficjalnie nie istniała. Na całym terenie rozstawiono ciężki sprzęt, wykopano okopy, rozłożono zasieki, ustawiono budynki i rozmieszczono zwierzęta. O godz. 9.33 z bombowca Tu-4 na poligon zrzucono bombę o wdzięcznej nazwie Tatiana. Falę uderzeniową, która zmiotła wszystko, co znajdowało się na powierzchni, poprzedził ogromny huk i oślepiający błysk. 10 minut po wybuchu na rozkaz generała Buganina 45 tys. żołnierzy przeszło przez epicentrum wybuchu i ruszyło do pozorowanego natarcia.

Jak wynika z nielicznych relacji, żołnierze nie byli informowani o tym, że biorą udział w ćwiczeniach z użyciem prawdziwej bomby. Wyposażono ich w maski przeciwgazowe i inne środki ochrony przeciwchemicznej. Temperatura dochodziła do 45 stopni, zatem wielu żołnierzy rezygnowało z tej „ochrony". Rozmieszczono ich w płytkich ziemiankach i okopach. Jeden z żołnierzy wspominał: „Powiedziano mi, że mam schować pod siebie karabin, bo od temperatury lufa może się wygiąć. Pomyślałem: jeśli karabin może się zniszczyć, to co może być ze mną? Gdy dowódcy odeszli, przeniosłem się do ziemianki obok głębokiego okopu, w którym stały przywiązane do palików owce. Po wybuchu owce były strasznie poparzone. Ich wełna spłonęła. Po moim okopie nie został nawet ślad. Podmuch wyrównał teren. Cała ziemia usiana była martwymi ptakami". Ukryci w bunkrze marszałek i delegaci przez peryskop oglądali eksplozję i jej skutki. Nikt nie przejmował się położonymi około 5 km od epicentrum kazachskimi wsiami. Ich mieszkańcy nie zostali poinformowani o ćwiczeniach ani o skutkach wybuchu.

Tajne przez poufne

Manewry przeżyło zaledwie tysiąc osób. Część żołnierzy umarła zaraz po ich zakończeniu, otrzymując jednorazową dawkę promieniowania nawet 75 rentgenów na godzinę. Człowiek bez uszczerbku na zdrowiu może przez całe życie przyjąć w sposób naturalny dawkę 100 R z oddziałującego na nas promieniowania kosmicznego czy słońca. Po przejściu przez epicentrum wybuchu niemal wszyscy żołnierze dostali krwawej biegunki. Większość umarła, nieliczni padli ofiarą choroby popromiennej lub straszliwych nowotworów. Jeśli przeżyli, ich dzieci rodziły się zdeformowane lub z poważnymi wadami genetycznymi. Ci, którzy przetrwali, musieli podpisać zobowiązanie, że przez 25 lat nie powiedzą, gdzie byli i co widzieli; dotyczyło to też wizyt u lekarzy. Po 1980 r. w dokumentacjach lekarskich nie było zwykle śladu o źródle dolegliwości. Z zafałszowanej kartoteki wynikało, że jednostka, w której służyli, oficjalnie nie istniała, a w dzień wybuchu byli skoszarowani w zupełnie innym miejscu.

Mimo że klinikę onkologiczną w Semipałatyńsku otwarto w 1948 r., aż do upadku Związku Radzieckiego wszelkie statystyki onkologiczne utajniano lub w ogóle ich nie prowadzono. W 1958 r. klinika odnotowała 574 przypadki raka, w 1963 r. już 861. Najczęściej występowały nowotwory płuc, żołądka, piersi, tarczycy i narządów kobiecych. Do dziś w magazynie instytutu na półkach stoją słoje, a w nich zdeformowane „okazy". Żaden się nie powtarza, wszystkie są skrzętnie podpisane. Anencefalia ma oczy jak żaba, nie ma szyi. Wygląda na zdziwionego. Egzencefalia leży na brzuchu, a z tyłu głowy wyrasta mu ogromna narośl, jakby drugi tułów, kształtem podobny do mózgu. Sierenomelia ma zamknięte oczy. Wygląda, jakby w ogóle nie miał kości. W słoju zawiesili go na tasiemkach.

Druga szansa

Jak zawsze przy tego typu eksperymentach najbardziej ucierpiała ludność cywilna. Skażona została również woda i gleba. Miejscowi, nie wiedząc o niebezpieczeństwie, tak jak dotychczas korzystali z darów natury. W napromieniowanych jeziorach łowiono radioaktywne ryby, na kościach skażonych zwierząt gotowano posiłki, wypasane bydło dawało rakotwórcze mleko. Łączna liczba Kazachów, którzy zostali narażeni na szkodliwe promieniowanie, to ponad milion osób. Teren Semipałatyńska ogłoszono strefą katastrofy ekologicznej. Obszar ponad 300 tys. km kw. zamienił się w atomową pustynię, na której oczyszczenie potrzeba około 300 lat. Ten posowiecki poligon nuklearny strzeżony jest obecnie przez siły USA, a Kazachstan współpracuje i dostarcza siły roboczej. W 2003 r. oba kraje połączyły siły w ramach tajnej operacji „Świstak". Miała na celu zabezpieczenie skażonych plutonem posowieckich poligonów atomowych przed atakami terrorystów, którzy mogliby wykorzystać nagromadzony w glebie pierwiastek do budowy własnej broni nuklearnej. Dlatego najbardziej napromieniowany teren pokryto betonowymi płytami dwumetrowej grubości, a wejścia do tuneli, w których przeprowadzano próby atomowe, wysadzono i zalano betonem.

Radzieckie próby atomowe doprowadziły do niewyobrażalnych zniszczeń w środowisku naturalnym i pochłonęły tysiące ofiar. Do dziś Kazachstan odczuwa negatywne skutki polityki ZSRR. Nikita Chruszczow miał jednak na to jedną odpowiedź: „Dla uratowania ludzkości warto poświęcić 100 tysięcy albo nawet 150 tysięcy ludzi". Czy było warto?

W artykule wykorzystano książkę Jacka Hugo-Badera „W rajskiej dolinie wśród zielska" oraz wywiad Piotra Zychowicza z pisarzem Wiktorem Suworowem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA