fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Porażka skandalisty

twitter.com
Motyw wyciągania z ust hostii jest stary jak świat, a Hiszpania ma w zakresie takich bluźnierczych zachowań wątpliwy dorobek – pisze politolog z Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Historia hiszpańskiego artysty, który z 242 konsekrowanych hostii ułożył słowo „pederastia", to kamyczek do debaty o granicach wolności twórczej lub braku tych granic. W Polsce temat powraca cyklicznie i wpada w wyżłobione koleiny schematu: agresywna większość versus zaskoczony agresją artysta.

Tak było w przypadku spektakli „Golgota Picnic" i „Śmierć i dziewczyna". Historia z kraju Cervantesa jest nieco inna, bo Abel Azcona z pasją deklaruje, że poprzez sztukę walczy z religiami w ogóle, ponieważ, jego zdaniem, zabiły więcej ludzi niż rak i AIDS razem wzięte (sic!). Artysta wcześniej zamieścił w sieci zdjęcia, na których rzekomo zjada Koran, w związku z czym musiał korzystać przez jakiś czas z obstawy. Tym razem uczestniczył w mszach, na których przystępuje do komunii, wyciąga hostie z ust, gromadzi je w pojemniku, układa z nich słowo „pederastia" i wieńczy pracę, siadając przy niej nago.

Instalacja „Amen" i zdjęcia dokumentujące cały proces zostały tydzień temu wystawione w pampeluńskiej galerii sztuki w ramach wystawy „Desenterrados", której głównym celem jest złożenie hołdu ofiarom reżimu frankistowskiego. Azcona trafia na czołówki gazet, a jego praca zyskuje światowy rozgłos. „Mistrz prowokacji" i „odważny transgresor" zyskał sławę, miano buntownika, zasłużył na podziw i obronę ze strony autorytetów w zakresie sztuki.

Podobnych historii było aż nadto, by poświęcać Azconie więcej uwagi. Motyw wyciągania z ust hostii jest stary jak świat, a Hiszpania, w której, co niewiarygodne, słowo „hostia" to dziś w języku potocznym wulgarne przekleństwo, ma w tym zakresie wątpliwy dorobek. Sama pokusa, by sprofanować sacrum, jest w pewnym sensie nawet naturalna.

Dlaczego jednak za każdym razem prowokacja okazuje się skuteczna? Czy rzeczywiście chodzi wyłącznie o niedojrzałą emocjonalną reaktywność katolików? A może wynika z chęci zastraszenia każdego artysty-rycerza samotnie walczącego z wiatrakami katolickiego zabobonu? Nasuwa się też pytanie parafrazujące słynny cytat z Theodora Adorno dotyczący kinematografii: czy z wystawy takiej jak ta Azcony, przy zachowaniu pełnej czujności, ktokolwiek wróci mądrzejszy i lepszy?

W Polsce odnieść można wrażenie, że artyści świadomi są performatywnego charakteru, a nawet polityczności sztuki, lecz tylko do momentu negatywnej reakcji opinii publicznej. Kiedy bowiem podnoszą się głosy protestu wobec obrazoburstwa, chowają się oni za zasłoną autonomii twórczej i domagają statusu osoby pokrzywdzonej przez krytyków swojego dzieła.

W odróżnieniu od tej postawy Azcona nie udaje, że jest apolityczny. W swej instalacji w sposób patchworkowy łączy wątki religijne i polityczne, takie jak wiara w obecność Jezusa w konsekrowanej hostii, przemoc reżimu Franco czy kwestia przypadków pedofilii wśród kleru, i świadomie oczekuje wybuchu furii praktykujących hiszpańskich katolików, będących w jego kraju już mniejszością.

Komentując sprawę na Twitterze, niewiele czasu poświęca treści swojej instalacji. Szkoda, bo może mógłby zainicjować ciekawą debatę na temat pedofilii i jej wielorakich źródeł. Jego wpisy nie pozostawiają jednak wątpliwości, że to forma, a nie treść, znajduje się w centrum zainteresowania artysty. W reakcji na klęczących w galerii ludzi „zaćwierkał": „fantastyczny performance", i właściwie tyle o głębi jego artystycznego zamysłu wiemy.

Co jednak w tej historii zasługuje na uwagę, to reakcja katolików z Nawarry. Element przemocy ze strony publicznie występujących wierzących w ogóle się nie pojawił. Przeciwnie, to właśnie artyście zarzucono bezsensowną przemoc i brak szacunku dla współobywateli, protest zaś nie wyszedł poza ramy pokojowego obywatelskiego sprzeciwu.

Grupa modlących się na różańcu przed galerią, jak i protestujących 23 listopada przed ratuszem, domagała się przede wszystkim szacunku dla swoich przekonań religijnych i formy sprawowania kultu. Powołując się na konstytucyjną gwarancję wolności religijnej, a w tym wypadku ochrony przed przemocą polegającą na niezrozumiałym szyderstwie, prawie 100 tys. sygnatariuszy petycji na portalu change.org domaga się, by pampeluński magistrat zrezygnował z ekspozycji w murach publicznej galerii. Wniesiono też pozew z art. 524 i 525 kodeksu karnego, które dotyczą obrazy uczuć religijnych.

Azcona twierdzi, że spotkał się z falą hejtu szczególnie w sieci, a nawet groźbami śmierci, oraz że boi się wyjść z domu. Fakty te, choć skandaliczne, nie mogą być jednak przypisywane występującym z otwartą przyłbicą i podpisującym się imieniem i nazwiskiem protestującym przed galerią i urzędem miasta. Konia z rzędem temu, kto odkryje sposób zatrzymania fali nienawiści w sieci, której doświadcza prawie każda osoba zabierająca głos w debatach publicznych. Ale twierdzenie, że Kościół w ten sposób terroryzuje artystę, jest chyba kolejną odsłoną performance'u Azcony. Z galerii zniknęła też podobno część hostii, nie wiadomo jednak dokładnie, w jakich okolicznościach.

Niezależnie od tego, jak historia się zakończy – bo dziś ratuszem w mieście święta San Fermines rządzi skrajnie lewicowe Bildu (rewindykujące, co ciekawe, baskijską tożsamość Nawarry) – jest ona przykładem dobrej praktyki społecznego reagowania na artystyczne nowe-stare bluźnierstwa lub – by posłużyć się językiem demokracji – na brak szacunku i przemoc symboliczną. Zdaje się, że w obliczu narastających napięć religijnych i ekstremizmów politycznych model pozostającego w ramach prawa, lecz jednoznacznego sprzeciwu, nie jeden raz jeszcze może się okazać przydatny.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA