Publicystyka

Stanisław Strasburger: Zrzucanie gorsetu

Chciałbym, by władza i media promowały język debat publicznych, który będzie otwarty na naszą różnorodność. Język ten powinien nam pomagać w mierzeniu się z wielowymiarową przeszłością rodziny czy naszego najbliższego otoczenia – postuluje pisarz.

Unia, jaką znamy, czyli rodzaj stanów zjednoczonych Europy, nie sprawdza się (...). Nadszedł czas Europy jako republiki" – nawołuje na spotkaniu z czytelnikami w Berlinie politolożka Ulrike Guérot. „Wolność jednostki ludzkiej istnieje o tyle, o ile inne jednostki też są wolne. Wzywamy do (...) poszanowania niezbywalnych praw jednostki (...) w oparciu o głębokie znaczenie dewizy braterstwa. Żywimy przekonanie, że narodowość i podległość wobec jakiegokolwiek terytorium nie ujmują ani nie dodają jednostce ludzkiej żadnych praw" – postuluje w swoim manifeście założone przez andaluzyjskich intelektualistów stowarzyszenie Humanismo Solidario.

W Europie wrze dyskusja nad przyszłością kontynentu. Dynamicznym przeobrażeniom regionu towarzyszy poczucie niedostatku przekonujących wizji politycznych i często archaiczny język debat. Do jego kluczowych, poddawanych próbie pojęć należą narodowość (państwo narodowe), ojczyzna, tożsamość, a nawet osobowość rozumiana jako zespół stałych cech danego człowieka, czyli tak zwany charakter. Czy powyższe idee, które wykształciły się w XIX wieku, nadal przystają do współczesności naszego kontynentu?

Warto spojrzeć rzeczywistości w oczy. Wielu Europejczyków ma dziś problem z określeniem siebie i swoich bliskich za pomocą takich pojęć. Im bardziej modne jest zainteresowanie losami przodków (genealogia przeżywa dziś prawdziwy boom w wielu krajach Europy), tym wyraźniej widać, jak trudno wpisać historię własnej rodziny w sztywne ramy jednorodnej, narodowej tożsamości. Czy mój dziadek lub babcia urodzili się w tym samym miejscu, co ja? A pradziadowie? Jakim językiem mówili? Czy byli przesiedleńcami, migrantami, uchodźcami?

W Polsce jest przecież takie powiedzenie: każdy z nas ma w rodzinie Żyda, różnimy się tylko tym, kto o tym mówi wprost, a kto robi z tego tajemnicę. Dotyczy to zresztą nie tylko przodków mówiących w jidysz, ale także niemiecko-, rosyjsko-, czy czeskojęzycznych. W zmiennych kolejach historii ziem polskich, ale także wielu innych części Europy, silny związek z regionem był często stabilniejszy niż identyfikacja z państwem narodowym, którego granice nazbyt często ulegały przesunięciu.

Tajemnice rodzinne związane z pochodzeniem często idą w parze z cierpieniem (nierzadko również ukrywanym). Odkrywane przez wnuki i prawnuki obciążone bywają międzypokoleniową traumą. Czasem babcia lub dziadek nadal nie chcą o nich mówić. Czasem jako dzieci zawsze czuliśmy, że w powietrzu wisi tajemnica, ale nikt nie śmiał o nic pytać.

Język debat publicznych, współtworzony przez rządzących i przez media, może nas wspierać w mierzeniu się z wielowymiarową przeszłością rodziny czy naszego najbliższego otoczenia. Albo odwrotnie: może nas zmuszać niejako wbrew międzypokoleniowym doświadczeniom do monolitycznej opowieści. Język może być niczym ciasny wiktoriański gorset, w którym grzęźnie nasza rodzinna przeszłość. Szarpanie zapięć gorsetu rodzi frustrację. Czasem agresję.

Humanistyczna solidarność

Istotnym elementem owej wrzącej w Europie debaty nad przyszłością kontynentu jest poszukiwanie języka, który właśnie nie byłby niczym gorset z dziewiętnastowiecznego żurnala mody. Humanismo Solidario (HS) to młode, powstałe w 2013 r. stowarzyszenie, które stawia sobie za cel inspirować dyskurs odpowiadający tak zdefiniowanym potrzebom społecznym. Sygnatariusze manifestu HS to ponad 700 osób, w tym wielu pisarzy i ludzi kultury – przede wszystkim ze świata hiszpańskojęzycznego, ale także krajów basenu Morza Śródziemnego.

Jak sama nazwa wskazuje, dla członków HS główną rolę odgrywają wartości humanizmu w jego solidarnościowym ujęciu. Członkowie HS nie wahają się używać podniosłych słów w przekonaniu, że istnieje pilna potrzeba zmian. Odwołując się do pojęcia utopii, mają nadzieję tworzyć możliwie najlepsze warunki kreatywnego myślenia i działania. Uznając kluczową rolę edukacji, angażują się w działalność w tym zakresie. Twierdząc, że człowiek jest istotą społeczną, zwracają uwagę na fakt, że solidarność jako filar współżycia między ludźmi to realistyczny postulat, pod warunkiem, że władza tworzy odpowiednie społeczne i prawne ramy korzystania z wolności jednostek i grup. Wreszcie szczególną rolę odgrywa dla nich kultura.

Ucho przywykłe do chłodnej aury rodem z północnej Europy – z jej rzeczowością i niejakim dystansem do wylewności – manifest HS może razić gorącym temperamentem. Osobiście lubię gorący temperament. Uważam, że jest dziś potrzebny. Wypieranie emocji z polityki, podobnie jak wypieranie przekazów rodzinnych i regionalnych, uważam za szkodliwe. Owa pozytywna, emocjonalna energia HS idzie w parze z doświadczeniami mojego dwumiesięcznego pobytu w andaluzyjskiej Granadzie wiosną tego roku. Z tej okolicy pochodzą zresztą inicjatorzy manifestu.

Jeśli spoglądamy na miasta jako na kuźnie przyszłości kontynentu, Granada jest przykładem wartym uwagi. Filarem pamięci zbiorowej jej mieszkańców jest opowieść o udanej koegzystencji wieloreligijnej społeczności przez niemal 800 lat średniowiecza i renesansu (żydów, chrześcijan i muzułmanów). Na malowniczą starówkę Granady do dziś składają się pałace, świątynie i wille sięgające tamtych czasów. Nad miastem góruje spektakularny zamek mauretańskich władców miasta, Nasrydów.

Oczywiście, jak każdy element pamięci zbiorowej, opowiedziana przeszłość Granady jest uproszczeniem. Miasto zapisało także ciemne karty historii: rzezie, wypędzenia, mordy polityczne i nietolerancję. Nowsza historia jest związana przede wszystkim z okresem wojny domowej i faszystowskiej dyktatury Franco oraz dwuznaczną rolą Kościoła katolickiego w tym czasie. Będąc w Granadzie, miałem jednak wrażenie, że mieszkańcy miasta kroczą drogą uczciwego rozrachunku z traumami przeszłości. Snują wielowymiarowe opowieści, w której jest miejsce na perspektywę lokalną, a nawet pojedynczych rodzin. Bo przeszłość, choćby była najokrutniejsza, nigdy nie ulegnie już zmianie. Warto ją opowiedzieć możliwie najdokładniej, ale potem godnie pochować i wrócić do życia tu i teraz.

Robert Menasse mieszka w Wiedniu. Stolica Austrii ze swoją nostalgią za cesarzem Franciszkiem i c.k. monarchią uchodzi za przeciwieństwo żywiołowości południa Europy. Niemniej Menasse dobitnie piętnuje aktualną sytuację UE i język narodowych tożsamości. Pisarz nawołuje do radykalnego zwrotu. Jego przemowa w Parlamencie Europejskim nie pozostawia miejsca na niedomówienia: „Pytanie jest takie (...) czy po ewentualnym załamaniu się zjednoczeniowego projektu europejskiego nadal możemy liczyć na pokój oparty na zasadach demokracji, sprawiedliwej dystrybucji dóbr i społecznego bezpieczeństwa, czy też ryzykujemy, że niedawni przyjaciele znów zmienią się we wrogów, a suwerenni obywatele staną do walki jako członkowie autorytarnych kolektywów, uwikłanych w konflikty o dystrybucję dóbr, a nawet w wojny domowe, zaś na płaszczyźnie narodowej – w wojny o dostęp do złóż, kapitału, rynków i sfer wpływów".

Menasse zwraca uwagę, że UE od zarania pomyślana była jako stopniowe przekroczenie perspektywy państw narodowych (a w konsekwencji ich likwidacja). Ojcowie założyciele UE chcieli stworzyć trwałe fundamenty systemu pozwalającego zapobiec kataklizmom, które przetoczyły się przez nasz kontynent. Obie wojny światowe wyrosły bowiem z obłędu nacjonalistycznych ideologii. W myśl słynnego hasła „Nigdy więcej!" należy dążyć do wyrzeczenia się państw narodowych na rzecz systemu politycznego, który stworzy nową jakość. O EU-topii, czyli Europie jako republice z jej kontynentalną architekturą polityczną i regionalnymi tożsamościami, pisałem na łamach „Rzeczpospolitej" kilkakrotnie. Menasse to gorący rzecznik tego projektu. Jego kluczowym założeniem jest sięganie w dyskursie publicznym po opowieści lokalne i rodzinne jako podstawę wielowymiarowych tożsamości, także tożsamości zbiorowych.

Wielowymiarowe tożsamości

W maju miałem przyjemność wspólnie z Robertem Menassem i innymi gośćmi wziąć udział w debacie na festiwalu literackim w Marsylii. Rozmawialiśmy o tym, czy Morze Śródziemne jest obszarem odgraniczającym Europę od reszty świata, czy jest sferą nieustannego przenikania. Z perspektywy Marsylii odpowiedź jest oczywista. Dostarczają jej właśnie opowieści rodzinne. Niezależnie od paszportu i brzmienia nazwiska wśród publiczności nie było praktycznie nikogo, kogo historia rodzinna nie przebiegała szlakami śródziemnomorskimi, przekraczając granicę kontynentów, narodowości i państw.

Marsylia to miasto dotknięte wieloma problemami związanymi z migracją, biedą i korupcją. Zorganizowany w tym roku po raz pierwszy festiwal jest jedną z prób zmiany wizerunku miasta. Jednocześnie to oferta zaadresowana do mieszkańców. Na forum festiwalu aktualna sytuacja marsylczyków i ich wielowymiarowe tożsamości znalazły wyraz w języku jeśli nie polityki, to przynajmniej kultury. Jak twierdzą członkowie HS: „Literatura i sztuka pozwalają z maksymalną precyzją podejmować próby wyjaśnienia ludzkiego losu oraz tajemnicy istnienia. Jednocześnie mamy świadomość, że kreatywność powinna wspierać odnowę etyczną, w tym definiowanie wartości życia społecznego".

Chciałbym, aby wielowymiarowe opowieści rodzinne mieszkańców Polski stanowiły inspirację do europejskich debat nad przyszłością kontynentu. Życzyłbym sobie, aby władza i media wspierały nas przez promocję języka debat publicznych, który nie jest niczym krępujący ruchy wiktoriański gorset, przeciwko któremu buntowały się już ówczesne feministki, ale jest otwarty na naszą różnorodność w jej solidarnościowym wymiarze. ©?

Autor jest pisarzem i menedżerem kultury. Zajmuje się wielokulturowością oraz pamięcią zbiorową. Jest autorem książek „Opętanie. Liban" i „Handlarz wspomnień".

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL