Złożenie skargi do TSUE na dyrektywę zapowiedział w czwartek wicepremier Piotr Gliński.
Bardzo ważny dla wydawców prasowych jest art. 11 przyjętej dyrektywy. Przewiduje, że wydawcom będą przysługiwały prawa pokrewne za wielokrotne powielanie oraz publiczne odtwarzanie ich prac. Ma to dać efektywny instrument dopominania się o wynagrodzenie od portali internetowych czy wyszukiwarek typu Google News, dostarczających czytelnikowi za darmo treści z gazet.
Przepis nie dotyczy natomiast indywidualnych użytkowników internetu – oni będą mogli cytować i zamieszczać linki. Nie ma też mowy o żadnych ograniczeniach przepływu informacji: publikowanie byłoby dozwolone, pod warunkiem że pośrednik zapłaciłby wydawcy dostarczającemu oryginalną treść. Hiperłącza do artykułów informacyjnych, wraz z „pojedynczymi słowami lub bardzo krótkimi fragmentami", mogą być udostępniane bezpłatnie.
Z kolei art. 13 dyrektywy mówi o konieczności filtrowania dostarczanych przez użytkowników treści pod kątem łamania praw autorskich. – Skończy się to ostrożnością platform, one mają wziąć na siebie ciężar sprawdzenia legalności. Będzie prewencja w obawie przed karami – mówił Michał Boni z PO, przeciwnik art. 13. Zwolennicy tego zapisu argumentują jednak, że wcale nie będzie to trudne.
Czytaj także:
Izba Wydawców Prasy krytykuje rząd ws. skargi do TSUE
Co się zmieni po przyjęciu dyrektywy ws. praw autorskich
Dyrektywa autorska nie zabije internetu