fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jan Emil Skiwski. Heretyk z Katynia

Zdjęcie Jana Emila Skiwskiego. Zgaszony wzrok, rok 1942
Ze zbiorów Macieja Urbanowskiego
Janowi Emilowi Skiwskiemu zależało na wolności Polski – i Europy. W drodze do tego celu zdarzały mu się błędy, chociażby szukał nieodpowiednich sojuszników, jak III Rzesza. Ale to nie przekreśla faktu, że bywał myślicielem boleśnie wręcz przenikliwym i trzeźwym.

Sześćdziesiąt lat temu – dokładnie 3 marca 1956 roku – na Cementerio Del Sur w Caracas odbył się pogrzeb Jana Rogalskiego. Zmarłego ledwie dzień wcześniej na zawał serca, jowialnego, sądząc z fotografii, pracownika miejscowej Biblioteca Nacional na ostatni spoczynek odprowadzali ksiądz katolicki, żona wraz z dwójką nastoletnich synów i niewielkie grono znajomych.

Niektórzy pewnie znali Rogalskiego jako redaktora efemerycznego „Głosu Polaka w Wenezueli", aktywnego wśród lokalnego uchodźstwa. Smutna uroczystość nie wzbudziła jednak żadnego zainteresowania prasy: tej lokalnej, ale też wychodzących na obczyźnie pism polskich. Nikt przecież lub prawie nikt nie wiedział, że na ostatni spoczynek tak naprawdę odprowadzano Jana Emila Skiwskiego – wybitnego polskiego krytyka literackiego, eseistę, publicystę politycznego, tłumacza, świadka Katynia, ale także: człowieka zaocznie skazanego przez władze komunistyczne na karę dożywotniego więzienia za kolaborację z III Rzeszą. Człowieka, którego nazwisko było w kraju obłożone anatemą, a jego wydane przed II wojną światową książki wycofywane z bibliotek i niszczone.

Religia kultury

Ten pogrzeb mógł wyglądać zupełnie inaczej. Skiwski spocząłby w okazałym rodzinnym grobowcu na Starych Powązkach w Warszawie, zaprojektowanym przez znanego rzeźbiarza Jana Woydygę. Zostałby pochowany w mieście, z którym jego rodzina była związana od ponad stu lat i w którym on sam się urodził w roku 1894, a potem przez wiele lat mieszkał. Mieście, o którym pisał kilkakrotnie z humorem i sentymentem.

Na Powązkach Skiwski spocząłby obok swego dziadka Emila, drukarza i wydawcy m.in. popularnych pism kulturalnych: „Przyjaciela Dzieci" i „Biesiady Literackiej", twórcy firmy, która publikowała potem powieści Henryka Sienkiewicza i Juliusza Verne'a.

W tym wyimaginowanym warszawskim pogrzebie Jana Emila Skiwskiego uczestniczyłoby na pewno znacznie więcej osób. Przede wszystkim byliby przedstawiciele środowiska literackiego, którzy żegnaliby w osobie zmarłego wiceprezesa Związku Zawodowego Literatów Polskich i członka zarządu Polskiego PEN Clubu, ale przede wszystkim autora dwóch znakomitych książek krytycznych, „Poza wieszczbiarstwem i pedanterią" oraz „Na przełaj", także niezliczonych tekstów rozproszonych w najważniejszych pismach międzywojnia. Zapewne mowę pożegnalną wygłosiłby Stefan Kisielewski, który tak wysoko cenił krytykę Skiwskiego. A może byłby to Kazimierz Wyka? Na pewno wspomnieliby, że uczestniczył w fundamentalnych potyczkach o Stefana Żeromskiego, Tadeusza Boya-Żeleńskiego i Karola Irzykowskiego, że był zaciętym wrogiem „życia ułatwionego", walczył o modernizację polskiej kultury i świetnie czytał nowoczesną prozę. Może – jak wiele lat później Marek A. Cichocki – powiedzieliby też, że zmarły „z irytacją reagował na naskórkowy charakter polskiego życia intelektualnego i tropił nonsensy wynikające z nazbyt łatwego, nieprzemyślanego zapożyczania zagranicznych mód intelektualnych przez literatów i krytyków w Polsce"?

Słów ostatniego pożegnania Skiwskiego słuchałby z pewnością attaché kulturalny ambasady Francji. Autor „Na przełaj" pisał przecież z dociekliwością o Maurisie Barresie, Louisie-Ferdinandzie Céline'ie i François Mauriacu, doskonale przełożył „Kłębowisko żmij" tego ostatniego, utwory André Gide'a i Jeana Cocteau. Tak, zmarły był kochankiem Francji i Francuzi na pewno by to docenili.

Ale obok trumny Skiwskiego staliby też przedstawiciele Wojska Polskiego, bo Skiwski uczestniczył w wojnie z bolszewikami w 1920 roku. Byliby też – koso na siebie spoglądający – reprezentanci skłóconych pism i środowisk, z którymi ten dziwny zmarły kolejno współpracował. Pojawiliby się więc i endecy z „Myśli Narodowej", i liberałowie z „Wiadomości Literackich", i piłsudczycy z „Pionu".

Czy byłby to pogrzeb kościelny? Skiwskiego całe życie mocno zajmowała religia, w pewnym momencie był związany z katolickim pismem „Tęcza" wychodzącym w Poznaniu. Ale potem polemizował z katolikami i katolicyzmem, oskarżał ich o niekonsekwencje, bierność, wrogość wobec kultury. Przeciwstawiał katolicyzmowi wizję jakieś własnej „religii kultury". Bez wątpienia zresztą przejętą od swoich mistrzów, Stanisława Brzozowskiego i Fryderyka Nietzschego.

Można też założyć, że na Powązkach nie byłoby Antoniego Słonimskiego, z którym Skiwski toczył zaciekłe walki polemiczne. Zapewne prasa lewicowa i liberalna przypomniałaby też, że zmarły w końcu lat 30. wspierał prawicowe skrzydło sanacji, że marzyła mu się jakaś polska wersja totalizmu, że brzydko, nie stroniąc od akcentów antysemickich, atakował środowisko „Wiadomości Literackich"...

O tym, że tego warszawskiego pogrzebu Skiwskiego nie było, zdecydowała w znacznej mierze historia, konkretnie: II wojna, a dokładnie: sam pisarz i jego ówczesna postawa. To wtedy nastąpił zasadniczy zwrot w biografii autora „Poza wieszczbiarstwem i pedanterią" i w stosunku opinii publicznej wobec niego. Warto tu przypomnieć trzy momenty kluczowe dla „sprawy" Skiwskiego.

Rok 1941. Jesień. Rozchodzi się wieść, że Skiwski chce opublikować w koncesjonowanym polskojęzycznym Wydawnictwie Polskim powieść „Czad". Jej publikacja złamałaby kategoryczny zakaz podziemia. We Francji takiego zakazu nie ma, swe książki wydają np. Jean-Paul Sartre i Albert Camus, ale tam Niemcy prowadzą inną politykę kulturalną, nie zlikwidowali większości przedwojennych pism i wydawnictw.

W Polsce jest inaczej. Na terenach okupowanych przez III Rzeszę oczywiście, bo pod okupacją sowiecką kwitnie radosna twórczość Leców i Ważyków sławiących Stalina. „Czad" powstał przed II wojną, nie ma charakteru politycznego, ale i tak prasa podziemna kieruje wniosek do podziemnego sądownictwa o nałożenie na Skiwskiego kary infamii. Wyroku nie będzie, bo pisarz wycofuje książę z druku. Nie ustaną wszakże – niepotwierdzone – plotki o jego współpracy z Wydawnictwem Polskim.

Bojkot środowiska

Rok 1943. Kwiecień. Niemcy ogłaszają, że odkryli pod Smoleńskiem masowe groby pomordowanych przez bolszewików polskich oficerów. Władze okupacyjne zwracają się do Skiwskiego z propozycją, aby wszedł w skład komisji, która na własne oczy zobaczy miejsce zbrodni. Pisarz się zgadza, nie pytając, jak to zrobili Ferdynand Goetel czy Józef Mackiewicz, o zgodę władz AK. Po powrocie udziela polskojęzycznej prasie niemieckiej paru wywiadów. Mówi o szoku, jakiego doznał na widok grobów katyńskich, i oskarża o zbrodnię. Sowiety, ale także Żydów. „Musieli zginąć, bo reprezentowali kulturę europejską" – mówi. I tłumaczy: „Katami Czeka byli zazwyczaj Żydzi z Jagodą na czele. Polaków zaś Żydzi tym chętniej mordują na własną rękę, biorąc odwet za przedwojenne objawy antysemityzmu w Polsce". Komunistyczna prasa nazywa go „urzędnikiem wydziału propagandy", niemieckiej oczywiście. Zaczyna być bojkotowany przez część środowiska literackiego.

Kazimierz Brandys tak wspominał w „Dżokerze" niespokojne i wyzywające zachowanie Skiwskiego w popularnej Kuchni Literackiej: „Ubrany był na czarno (sprawiał na mnie wrażenie księdza, który złamał śluby czystości) i wygłaszał poglądy na temat spalania kalorii: najmniejszą ilość ruchów przy minimalnej ilości światła. Twierdził, że spędza pół doby leżąc w ubraniu w łóżku. Pewnego dnia podszedł do niego szczupły młody człowiek, również o nieco duchownym wyglądzie, i wymienili na boku parę cichych zdań. Odbyło się to prawie niepostrzeżenie. [...] Nazajutrz zebrałem informacje. Scenka, która się przy mnie rozegrała, tych parę słów na stronie, była to represja wobec kolaboranta".

Młody szczupły człowiek to zapewne Jerzy Andrzejewski, który miał rozpocząć bojkot towarzyski Skiwskiego. Za kilka lat – tak jak i Brandys – sam zostanie kolaborantem. Komunistycznym.

Opcja niemiecka

Rok 1944. Kwiecień. Ukazuje się pierwszy numer dwutygodnika politycznego „Przełom". Pismo przypomina druk podziemny, ale wydawane jest za zgodą i zapewne przy wsparciu materialnym Niemców. Ma olbrzymi nakład i cieszy się dużą popularnością. Publikowane w nim artykuły podpisują przede wszystkim Jan Emil Skiwski oraz Feliks Burdecki. Ten drugi to współpracownik okupacyjnego pisma dla młodzieży „Ster", przed wojną znany popularyzator nowoczesnej techniki, socjalista, sekretarz Andrzeja Struga. „Przełom" jednak prawie w ogóle nie zajmuje się literaturą. Przede wszystkim wzywa Polaków do zaprzestania walki z Niemcami. Ze Wschodu nadchodzi przecież o wiele groźniejsze niebezpieczeństwo. Jedynie armia niemiecka może je powstrzymać. Kontynuowanie dotychczasowej polityki oznacza tak naprawdę współpracę ze Stalinem i torowanie mu drogi do podboju nie tylko Polski, ale całej Europy. Dlatego Skiwski potępia decyzję o rozpoczęciu powstania w Warszawie. „Nie można pozwolić, by naród polski miał przyjąć rolę kurnika, który wyrzyna każdy przechodzień, a my szczycimy się z tego, że ginęliśmy, gwiżdżąc na rzezaków".

Jego teksty są czytane i komentowane. Stanowią ważny punkt odniesienia w sporze realisty Wielgosza i AK-owca Szarego w sławnym „Końcu legendy" Jana Józefa Szczepańskiego. Tak jak Skiwski – przynajmniej w zasadniczych granicach – myślą wtedy inni, antykomuniści, realiści, zwolennicy ratowania substancji narodowej. Pisał o nich niedawno Piotr Zychowicz w głośnej „Opcji niemieckiej". Należeli do tej opcji na przykład Józef Mackiewicz czy Aleksander Bocheński.

Ale nikt nie posunął się tak daleko jak Skiwski. Mackiewicz spotka się zresztą z redaktorami „Przełomu". Po wojnie nazwie ich sarkastycznie „ludźmi z głębszego podziemia". Zdaniem autora „Kontry" działalność „Przełomu" kompromitowała antykomunizm. Ułatwiała robotę bolszewikom, którzy w ten sposób dowodzili, że antykomuniści to zwolennicy Hitlera.

Skiwski, dziesięć lat po wojnie, uzna relację Józefa Mackiewicza za kłamliwą w stosunku do faktów. Nie był też w żadnym „głębszym podziemiu", napisze w liście do Stanisława Cata-Mackiewicza. Z Niemcami współpracował z pobudek ideowych, żył skromnie, wręcz biednie, co potwierdzają niemal wszystkie wspomnienia. Brandys raz jeszcze: „Czułem tu jakąś podłość szczególnego gatunku, podłość »bezinteresowną«. Współpraca z Niemcami nie przynosiła mu zysków, żył w nędzy. Czyż nie wymyślił swojej hańby, tak jak swoją teorię o spalaniu: w ciemnym pokoju, leżąc ubrany na łóżku?".

Sam moment podjęcia współpracy z przegrywającymi wojnę Niemcami też świadczył o bezinteresowności Skiwskiego. Albo o – jak chcieli inni – jego naiwności czy wręcz głupocie. Jeszcze inni widzieli w tym przejaw konsekwencji. Bo choć Skiwski nie przepadał za kulturą niemiecką (tłumaczył Hegla, ale dystansował się od „mglistej niemczyzny"), to w latach 30. sympatyzował z faszyzmem, podobała mu się też konsekwencja polityki Hitlera. Do tego właściwie od zawsze był nastawiony antyrosyjsko i antysowiecko. Rosję zresztą znał świetnie. Jako nastolatek zamieszkał wraz z rodzicami w Moskwie i tam się uczył, po wybuchu I wojny światowej został nawet wcielony do armii rosyjskiej. Do kraju wrócił w 1918 roku, więc – jak Goetel – widział na własne oczy przewrót bolszewicki i – jak Witkacy – nie wracał do tych wspomnień. Bił się – jak Józef Mackiewicz – z bolszewikami w 1920 roku.

Nie jest chyba przypadkiem, że to Skiwski tłumaczył w 1937 słynny „Powrót z ZSRR" André Gide'a. W książce tej niedawny zwolennik bolszewizmu z niejakim zdumieniem odkrywa ciemne strony ustroju sowieckiego. Pojawia się w niej też następująca uwaga: „Wątpię, aby w jakimkolwiek innym kraju, nie wyłączając hitlerowskich Niemiec, duch był mniej wolny, bardziej ukorzony, wylękniony (sterroryzowany), ujarzmiony".

To, co Skiwski zobaczył w Katyniu, musiało go tylko w jego antykomunizmie utwierdzić. I w przekonaniu, że komunizm to Rosja, a Rosja to Azja. Pisał przecież, że „gdyby cały świat wyglądał tak jak Rosja opisywana przez Rosjan, lepiej byłoby umrzeć".

Przełomu oczywiście nie było. Okupacyjna publicystyka Skiwskiego jawić się może dzisiaj jako jeden z wielu przykładów „zdrady klerków", bo przecież klerkiem był nasz bohater. Przywołując twórcę tego terminu, Juliena Bendę, uważał, że zadaniem intelektualisty jest wyłapywanie niekonsekwencji, fałszów i ułatwień myślenia innych, a zarazem zajmowanie postawy outsidera, heretyka, podążającego „na przełaj" rozmaitych podziałów intelektualnych czy politycznych, podejmującego ryzyko niepopularności, życia na krawędzi ustawicznej kompromitacji. Niektórzy więc nazywali Skiwskiego ironicznie „mecenasem", bo tak naprawdę nie był wierny żadnej idei.

Konsekwencje takiego stanowiska były jednak w jego przypadku ogromne i po ludzku rzec ujmując – bardzo dotkliwe. W obliczu nadciągającej Armii Czerwonej Skiwski opuścił w styczniu 1945 roku Kraków, w którym od jakiegoś czasu mieszkał z rodziną. W lutym dotarł na południe Niemiec, gdzie spotkał się z „samym" gubernatorem Generalnej Guberni Hansem Frankiem. Ten wyraził wobec redaktorów „Przełomu" ubolewanie z powodu niemieckich „błędów" popełnionych w stosunku do Polaków w czasie kończącej się wojny.

W lipcu 1945 roku władze w Polsce wydają za Skiwskim (i Goetlem) list gończy. Dowiadujemy się z tego listu, że twórca „Przełomu" garbił się i nerwowo mrużył oczy. Komuniści montują proces, konsultują się w tej sprawie z samym Andriejem Wyszyńskim, przesłuchują wielu pisarzy. Chcą ukarać kolaborantów i przy okazji skompromitować niewygodnych świadków Katynia. W przypadku Goetla do procesu nie dojdzie, Skiwski za kilka lat otrzyma wspomniany już wyrok dożywocia. Gdyby został w kraju, nie uszedłby z pewnością z życiem, co wprost ogłosił przewodniczący sądu w 1949 roku.

Skiwski jednak mieszkał już wtedy w Wenezueli. Dotarł tam w 1948 roku. Wcześniej był w obozach dla dipisów, potem trafił do Włoch. Zgłosił się do 2. Korpusu, ale tutaj go nie chciano. „Odmówiłem pomocy moralnej jedynie Skiwskiemu" – donosił w liście do Miłosza Wańkowicz. Skiwski trafia więc do nadzorowanego przez Brytyjczyków obozu dla jeńców niemieckich w Rimini. Zaprzyjaźnia się z przebywającym tam pisarzem Jürgenem Rauschem. Prowadzą długie rozmowy o literaturze, na przykład o „Joginie i komisarzu" Arthura Koestlera. Rausch notuje w swoim dzienniku: „Rogalski [pod tym pseudonimem trafia tam] w ogóle nie ma nic. Jednak nie mówi o swoich stratach, pomimo że starsi znoszą trudniej katastrofy niż my. Jest opanowany – właściwość, którą wysoko cenię. I to tym bardziej, kiedy znać, że w gruncie rzeczy ma on namiętną, wojowniczą naturę. Jego spokój wzmaga wrażenie siły i budzi zaufanie".

Po zakończeniu II wojny Skiwski wiele pisze. Wraca do nowelistyki (debiutował w 1919 roku opowiadaniem), tworzy dramat, aforyzmy. Przede wszystkim jednak zajmuje go polityka, której poświęca kolejne artykuły, czego podsumowaniem będzie obszerny traktat „Problematyka polityczna Polski dzisiejszej" z 1955 roku.

Część z tych tekstów wysyła – pod rozmaitymi pseudonimami – do pism emigracyjnych. Nie udaje się z londyńskimi „Wiadomościami". Być może Mieczysław Grydzewski domyśla się, kim jest A. Grzegorzewski, i pamięta swego dawnego współpracownika, który tuż przed wybuchem II wojny gwałtownie zaatakował „Wiadomości Literackie".

Marzenie o europejskim imperium

Skiwskiemu udaje się za to nawiązać współpracę z paryską „Kulturą". Drukuje tu przejmujące wspomnienie o wojennej Warszawie, esej o pisarzach-fenomenologach polskości, polemizuje z Melchiorem Wańkowiczem. Gdy autor „Monte Cassino" zapyta Jerzego Giedroycia, kim jest Antoni Krystek, ten odpowie: „O Krystku wiem jeszcze mniej, gdyż jest w Australii". Ale Giedroyc zna oczywiście tożsamość i miejsce pobytu człowieka kryjącego się za tym pseudonimem, choć nie jest jasne, na ile orientuje się w jego wojennych losach. Nie wiadomo, co zadecyduje o zerwaniu trzyletniej współpracy – zaoczny wyrok na Skiwskiego za kolaborację czy spór o artykuł o solidaryzmie europejskim. Giedroyc chciał zmian, autor się na nie nie zgadzał. Dzisiaj tekst ten jest czymś w rodzaju klasyki: drukuje go Ministerstwo Spraw Zagranicznych (w roku 2007) w antologii najważniejszych twórców XX-wiecznej klasyki polskiej myśli europejskiej.

Czy Skiwski był pisarzem emigracyjnym? Tak nazwali go jakiś czas temu Jakub Beczek i Krzysztof Dybciak, z czym polemizował Wacław Lewandowski: „Społeczność Drugiej Emigracji była bowiem tą częścią społeczeństwa polskiego, która wybrała los wygnańczy w imię służby sprawie wolności Polski, niejako z definicji nie można zatem policzyć do niej kogoś, kto świadomie i ze straceńczą pismaczą gorliwością sprawie tej się sprzeniewierzył".

Skiwskiemu jednak zależało na wolności Polski – i Europy. Zgodzić się trzeba, że dróg do niej szukał niekiedy w sposób błędny, że szukał nieodpowiednich sojuszników, co nie przekreśla faktu, że bywał myślicielem boleśnie wręcz przenikliwym i trzeźwym. Także odważnym w swych rzeczywiście heretyckich pomysłach.

Myślę chociażby o wydanej niedawno jego powojennej publicystyce politycznej. Z uporem bronił w niej tezy, iż jedynymi realnymi bytami w polityce międzynarodowej są imperia i że zadaniem Polski jest zbudowanie imperium europejskiego, przeciwdziałającego szkodliwymi wpływom imperiów sowieckiego i amerykańskiego. Kluczem do tego jest jednak współpraca polsko-niemiecka, a to wymagało jego zdaniem przezwyciężenia po obu stronach historycznych resentymentów. „Teksty [te] z dzisiejszej perspektywy okazują się wręcz profetyczne. Ale trudno być prorokiem we własnej ojczyźnie, a już zwłaszcza jeśli się służyło ludobójcom" – zauważył ponad rok temu na tych łamach Filip Memches.

Dlatego pewnie prochy Skiwskiego pozostaną na Cementerio General Del Sur w Caracas.

Autor jest historykiem literatury, krytykiem literackim, kierownikiem Katedry Krytyki Współczesnej na Wydziale Polonistyki UJ. Ostatnio opublikował: Romans z Polską. O literaturze współczesnej" (2014)

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA