fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Bartkiewicz: Dlaczego nie wolno nam rozwiązywać UE

Adobe Stock
Kiedy były prezydent Lech Wałęsa sugeruje, że UE należałoby rozwiązać, szkodzi interesowi Polski – nawet jeśli jego słowa są jedynie formą prowokacji intelektualnej.

Parafrazując słowa poety: tak, są w UE rachunki krzywd. Organizacją tą targają rozmaite sprzeczności. Jedni chcieliby w niej widzieć głównie źródło bogacenia się jak najmniejszym kosztem (tzn. bez konieczności pozbywania się atrybutów suwerennej, państwowej władzy), inni myślą o ambitnym projekcie politycznym, który miałby uczynić z Europy mocarstwo będące równorzędnym partnerem dla USA czy Chin. Są wreszcie tacy, którzy chcieliby zachowania status quo. Te sprzeczności są źródłem kryzysów UE – z brexitem na czele, ale również z wzbierającą falą eurosceptycznych nastrojów w krajach Europy zachodniej. Ale Polacy – jak pokazują sondaże – okazują w tej kwestii jako społeczeństwo polityczną mądrość, a zwolennicy polexitu są w naszej rzeczywistości politycznym folklorem. I dobrze, bo – parafrazując Jana Rokitę – Polska jest w sytuacji, w której może powiedzieć „Unia albo śmierć”, przy czym chodzi o śmierć marzeń o spokoju i bezpieczeństwie.

Położenie geograficzne Polski na granicy między Zachodem i Wschodem wiąże się z poważnymi konsekwencjami z punktu widzenia bezpieczeństwa naszego kraju. Nie będziemy nigdy Norwegią czy Szwajcarią, które mogą obserwować to, co dzieje się w Europie, z bezpiecznej perspektywy Alp czy fiordów. W związku z tym – zwłaszcza przy obecnym potencjale średniego państwa europejskiego – Polska musi wybierać po której stronie umownej, cywilizacyjnej granicy się uplasuje. Próba pójścia trzecią drogą – budowy czegoś pośredniego między Zachodem i Wschodem w postaci Międzymorza, czy Trójmorza, wydaje się skazana na niepowodzenie. Po pierwsze ze względu na potencjał ewentualnych uczestników takiego bloku, po drugie ze względu na to, że w tej przestrzeni Polska wyróżnia się, ale nie dominuje – przez co potencjalnych liderów owego Międzymorza byłoby co najmniej kilku, co raczej nie sprzyjałoby jego spójności.

Dlatego Polska po 1989 r. – bardzo rozsądnie – postawiła na Zachód, a obecność w UE jest przypieczętowaniem tego wyboru. To wybór rozsądny bo w UE – nawet jeśli się z nią obecnie spieramy, a rząd trochę się na Brukselę boczy – zachowujemy podmiotowość, o co byłoby trudno w innej konfiguracji. Im więcej nitek łączy nas z Berlinem, Paryżem, Brukselą, Rzymem czy Madrytem, tym bardziej nie grozi nam niesławna niechęć do umierania za Gdańsk. Gdańsk w takiej konfiguracji nie jest już tylko jakimś dalekim portem w kraju, w którym po ulicach chodzą białe niedźwiedzie (jak zapewne postrzegali go np. Francuzi w 1939 r.). Gdańsk, Warszawa czy Białystok są dziś częścią europejskiego potencjału. Bez nich potencjał ten będzie mniejszy – a więc umierając za Gdańsk umiera się dziś za silniejszy Berlin czy Paryż. Warto zdawać sobie z tego sprawę.

I w tym momencie Lech Wałęsa – który na Zachodzie cały czas ma status legendarnego przywódcy „Solidarności” - mówi o rozwiązaniu UE. Były prezydent wyjaśnia, że w jej miejsce miałaby powstać jakaś UE-bis (na wzór NATO-bis, które niegdyś proponował). Pytanie tylko – biorąc pod uwagę wspomniane wcześniej sprzeczności targające Unią – skąd optymistyczne założenie, że w takiej UE-bis znalazłaby się Polska? Dlaczego kraje, chcące pogłębiać integrację (Niemcy, Francja) miałyby w scenariuszu UE-bis obciążać się koniecznością ponownego ścierania się z krajami, które przy każdym tego typu projekcie zaciągają hamulec ręczny? Dlaczego nie pozostawić ich samym sobie, urządzić Europę po swojemu, a potem – ewentualnie – zaprosić do współpracy na swoich warunkach? Dokładnie takie byłyby konsekwencje „opcji zero” proponowanej przez Wałęsę.

Ale ze słowami byłego prezydenta jest jeszcze jeden problem. O tym że PiS nie jest euroentuzjastyczny wszyscy w Europie już wiedzą. Ale kiedy ktoś z autorytetem takim, jakim cieszy się Wałęsa, kto jednocześnie dystansuje się od PiS na wszelkie możliwe sposoby, snuje wizje o rozwiązywaniu UE, wysyła sygnał zachodniej opinii publicznej, że z Polakami rzeczywiście jest jakiś problem. Niby chcą Unii, ale jej nie chcą. Niby rozumieją o co w tym wszystkim chodzi, ale chyba jednak nie rozumieją. To może dajmy im czas dorosnąć i zajmijmy się sobą?

Władysław Teofil Bartoszewski pytany w TVN24 o słowa Wałęsy wspominał, że kiedyś kupił zabytkowy dom, który postanowił wyremontować. Z remontem zabytku jest oczywiście dużo zachodu – więc ekipa odpowiedzialna za remont w którymś momencie spytała go, czy nie lepiej byłoby to wszystko zrównać z ziemią i zbudować coś zupełnie nowego. Problem w tym, że wówczas jest to już zupełnie inny dom. Bardziej nowoczesny? Pewnie tak. Ale może się okazać, że akurat naszego pokoju w nim nie przewidziano.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA