fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Maciej Berbeka. Góra czekała na niego

Broad Peak
Fotorzepa, MR Monika Rogozinska
Historia Macieja Berbeki jest jak tragedia antyczna – mówią ci, którzy znali wspinacza z Zakopanego. Góra go wzięła dokładnie co do dnia, 25 lat po tym, jak go wypuściła. Sam na nią wrócił po swój los.

5 marca 2013 roku Adam Bielecki, Artur Małek, Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski dokonali pierwszego zimowego wejścia na ośmiotysięcznik Broad Peak. W drodze powrotnej dwaj ostatni zginęli. W rocznicę tej tragedii przypominamy tekst sprzed pięciu lat.

Wspinać się zaczął pięć lat po tragicznej śmierci swego ojca, Krzysztofa Berbeki, znanego alpinisty, ratownika tatrzańskiego, uczestnika wypraw w Alpy, Kaukaz, Hindukusz. Krzysztof zmarł w szpitalu w Zurichu na skutek obrażeń po wypadku podczas zejścia z alpejskiego czterotysięcznika Dent d’Herens po dokonaniu pierwszego zimowego przejścia trudnej ściany. Maciek miał wtedy niespełna 10 lat, a jego brat Jacek, który też został himalaistą, pięć. To wtedy powstał istniejący do dziś Fundusz im. Krzysztofa Berbeki, który wspiera rodziny zmarłych tragicznie alpinistów. Utworzyli go koledzy i przyjaciele, żeby wspomóc Elżbietę Berbekę i jej synów.

Maciek urodził się 17 października 1954 r. w Zakopanem. Jest absolwentem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych im. A. Kenara, uczył później w tej szkole. Ukończył Wydział Architektury Wnętrz Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. – Planowaliśmy w październiku tego roku wystawę u nas prac Maćka Berbeki i jego żony Ewy, która jest malarką i plastykiem. Cała rodzina jest uzdolniona artystycznie – mówi Anna Zadziorko, dyrektor Miejskiej Galerii Sztuki w Zakopanem. – Okazało się, że właściwie nie ma dokumentacji prac Maćka. Zupełnie o to nie dbał. Był skromny, jeśli chodzi o własne dokonania artystyczne. Projektował wnętrza. Współpracował z Teatrem im. Stanisława Ignacego Witkiewicza. Razem z żoną robili scenografię do sztuk. Tworzył też plakaty, zaproszenia. Ale najważniejsze były dla niego góry.

Ostro napierali

Tak jak inni wspinacze ze złotej ery himalaizmu polskiego lat 80. i początku 90., Berbeka przechodził kolejne szczeble wtajemniczenia wysokogórskiego, uczestnicząc w wyprawach w Kaukaz, Alpy, Pamir, Himalaje. W owym czasie Klub Wysokogórski w Zakopanem był potęgą.

– Byłem z Maćkiem na sześciu wyprawach w Himalajach – mówi Maciej Pawlikowski. Zakopiańczyk i ratownik tatrzański tworzył z Berbeką słynny zespół dwóch Maćków do zadań ekstremalnych. – Andrzej Zawada zaprosił nas na ekspedycję zimową na ośmiotysięcznik Cho Oyu (8201). Oraliśmy tę ścianę właściwie w pięć osób. Byliśmy bardzo skoncentrowani, ostro napieraliśmy. 12 lutego 1985 r. weszliśmy na szczyt. Maciek był dobrym partnerem w górach. Doskonale współpracował z rozmaitymi ludźmi. Szybko nawiązywał kontakt, nie uprzedzał się do nikogo.

Berbeka poprowadził dwie zimowe wyprawy zakopiańczyków na Nanga Parbat (8125 m), na ścianę Rupal – najwyższą na świecie. Na ośmiotysięczniku Manaslu (8156) zrobił pierwsze zimowe wejście z Ryszardem Gajewskim, także z Zakopanego. Na Annapurnę (8091) wszedł nową drogą. Żeby mieć szansę wejścia na Mount Everest (8848), zatrudnił się jako przewodnik w wyprawie komercyjnej. Na zdjęciu ze szczytu siedzi uśmiechnięty z różańcem w ręku. Dostał go na drogę od rodziny.

Był ratownikiem TOPR, przewodnikiem wysokogórskim z licencją IVBV/UIAGM/IFMGA. To elitarna Międzynarodowa Federacja Związków Przewodnickich, jej licencja pozwala na wprowadzanie ludzi w góry – „tam i z powrotem”, honorowane w ponad 20 krajach, od Tatr polskich i słowackich przez Alpy, Andy, Kanadę po Japonię. „Lubimy góry i lubimy ludzi. Wasze górskie cele i satysfakcja są naszym wyzwaniem” – głosi wizytówka Polskiego Stowarzyszenia Przewodników Wysokogórskich.

– Dla mnie Maciek ma ważną cechę charakteru: pogodę ducha, która udzielała się uczestnikom wyprawy. Nawet jak ludzie byli zmęczeni, on dodawał sił – mówi Jerzy Poprawski, który jeździł z Berbeką jako przewodnikiem na Mont Blanc, Kilimandżaro i w Himalaje. Nie chce używać czasu przeszłego, mówiąc o Berbece. – Na pewno jest w nim duch ratownika. Był bardzo opiekuńczy. Ale też starannie przygotowywał nas do wyprawy.

– Podejrzewam, że na obecnej wyprawie na Broad Peak mógł się stać partnerem Tomasza Kowalskiego i mógł się poczuć odpowiedzialny za niego – uważa Maciej Pawlikowski.

Tak Polacy zdobywali szczyt Broad Peak

Nękanie lidera

25 lat temu Maciej Berbeka uczestniczył w pierwszej zimowej wyprawie na K2 (8611 m) kierowanej przez Andrzeja Zawadę. – Po dwóch miesiącach wyprawy wiedziałem, że nie ma już żadnych szans na zdobycie Góry Gór – mówi Aleksander Lwow. – Ale obok był niższy o pół kilometra Broad Peak (8047 m). Zacząłem namawiać Zawadę, żeby podjął starania u pakistańskich władz o pozwolenie na atakowanie tego szczytu. Nękaliśmy lidera razem z Maćkiem, którego przekonałem do tego pomysłu. Udało się. 3 marca 1988 r. wyruszyliśmy na nartach pod Broad Peak. Narty zostawiliśmy pod ścianą i poszliśmy do góry.

Wspinali się w stylu alpejskim – wszystko, co mieli, nieśli na plecach. Na górze poza nimi nie było nikogo. 5 marca był słoneczny dzień, zastał ich na wys. 7300 m. Założyli tam biwak. Noc była jednak straszliwie zimna. – Rozgrzewanie butów, topienie śniegu szło nam opornie – mówi Lwow. – Rano wyruszyliśmy o godz. 8. O wiele za późno. Przed godz. 16 byliśmy poniżej przełęczy między wierzchołkami głównym i pośrednim. Od szczytu i od zmroku dzieliły nas dwie godziny. Zdrowy rozsądek nakazywał odwrót, ambicja pchała do góry. Wał ciemnych chmur, który pojawił się na horyzoncie, szybko się zbliżał. Pomyślałem o tragedii, jaka rozegrała się tu 13 lat wcześniej. Teraz dopiero ją zrozumiałem. Sytuacja zdawała się powtarzać. Podjąłem decyzję. Zawróciłem.

Kiedy Lwow dotarł do namiotu w wichurze i padającym śniegu, widoczność nie przekraczała 20 metrów. Maciek wspinał się dalej. Nie wrócił ani tej nocy, ani przez cały następny dzień. Lwow walczył z huraganowym wiatrem, którego uderzenia podnosiły namiot razem z nim. Nie miał łączności. Jedyne radio zabrał Berbeka. Wiedział, że jeśli stamtąd nie zacznie uciekać kolejnego ranka, to zginie na pewno. Doszedł do wniosku, że Maciek prawdopodobnie już nie żyje.

Mimo to w śpiworze trzymał od rana butelkę z litrem wody dla kolegi, gdyby jednak wrócił. Śnieg stopił na płomieniach z resztek gazu. Około godz. 18 usłyszał krzyk. Pomyślał, że oszalał z niedotlenienia. Wysunął głowę z namiotu, lecz w ciemności i mgle niczego nie dostrzegł. Po chwili znów usłyszał słabe wołanie. Rozpiął namiot. Powyżej dostrzegł światełko latarki. – Gdybym nie usłyszał wołania, to we mgle i ciemności Maciek mógłby minąć namiot. Światłem czołówki naprowadziłem go na właściwą drogę. Zdjąłem mu raki z butów i pomogłem wejść do środka. Powiedział, że był na szczycie. Przyniósł radio, którym mogłem się komunikować z bazą. Miał odmrożone palce stóp. Podałem leki. Najgorszy był moment opuszczenia rano namiotu i zejścia na wysokość 6700 m. Schodziliśmy we mgle i huraganie. Nie mieliśmy picia. Intuicyjnie odnajdywałem drogę. Maciek z trudem podążał za mną.

Trzej koledzy spod K2 – Krzysztof Wielicki, Mirosław Gardzielewski i Mirosław Falco Dąsal wyszli im naprzeciw. Kiedy spędzali kolejną noc w ścianie, Maciek wspomniał z żalem, że zapomniał zabrać kamienie ze szczytu na pamiątkę. – Kamienie są na przedwierzchołku. Na głównym szczycie jest tylko śnieg – powiedział cicho do Lwowa Krzysztof Wielicki, który wszedł na Broad Peak cztery lata wcześniej.

Pomyłka sprzed lat

Skalisty przedwierzchołek – Rocky Summit (8030 m) jest o 17 metrów niższy od głównego, ale oddalony od niego o godzinę drogi granią. Jak się okazało później, wiele wypraw myliło te punkty. W bazie wszyscy zdawali sobie sprawę, dokąd dotarł Maciek. Ale nikt wtedy nie zdobył się, by powiedzieć mu, że się pomylił. Podczas odwrotu nie chciano mu odbierać sił.

Wypogodziło się, kiedy dotarli do stóp góry. Helikopter zabrał Maćka spod ściany. W świat poszła informacja, że 6 marca 1988 r. Broad Peak został zdobyty po raz pierwszy w zimie – Andrzej Zawada, który to uczynił z bazy, nie sprecyzował, jaki wierzchołek. Berbeka został odznaczony przez rząd Pakistanu i Polski – otrzymał medal „Za wybitne osiągnięcia sportowe”. A potem Lwow opublikował tekst, w którym napisał prawdę. Rozpętała się afera. Największą jej ofiarą był Maciek.

– Uważam, że zbliżał się często do cienkiej czerwonej linii. Wtedy na Broad Peak przeżył tylko dlatego, że nie poszedłem z nim do góry i zachowałem siły, dzięki czemu mogłem pomóc mu zejść – mówi Lwow. – Ale góra czekała na niego. Dostał od niej ostrzeżenie i nie posłuchał. Wrócił, znów zbliżył się do cienkiej czerwonej linii. Tym razem się nie udało. Kiedy rozegrała się tragedia na Broad Peak, pomyślałem, że gdybym tam był, to zachowałbym się podobnie jak ćwierć wieku wcześniej. Nie osiągnąwszy szczytu o właściwej porze, zawróciłbym, pamiętając że biwak bez sprzętu na tej wysokości i w zimie jest śmiertelnym zagrożeniem.

Aleksander Lwow, weteran himalaizmu, swojej książce dał tytuł: „Zwyciężyć, to znaczy przeżyć".

Broad Peak

Ta góra (Szeroki Szczyt) została tak nazwana ze względu na rozległość masywu. Jest dwunastym pod względem wysokości szczytem Ziemi. Masyw wygląda jak zlepiony z trzech gór. Środkowa nosi nazwę Broad Peak Middle (8016 m). Dla historii polskiego himalaizmu jest bardzo ważna. Była areną wielkiego triumfu i ogromnej tragedii. Broad Peak Middle był pierwszym ośmiotysięcznym wierzchołkiem, do tego dziewiczym, na jaki weszli Polacy. 28 lipca 1975 r. stanęli na nim wspinacze Klubu Wysokogórskiego z Wrocławia: Kazimierz Głazek, Janusz Kuliś, Marek Kęsicki, Bohdan Nowaczyk i Andrzej Sikorski. Trzej ostatni zginęli w czasie dramatycznego zejścia nocą w zamieci śnieżnej. Pierwszy spadł Nowaczyk podczas zjazdu, pociągając za sobą w trzykilometrową przepaść jedyną linę, jaką mieli. Skrajnie wyczerpani nie zdecydowali się na dalsze schodzenie w nocy. Biwakowali. Gdy się rozjaśniło, zaczęli, mimo zadymki, szukać kolegi. Mijały godziny, rozdzielili się. Głazek i Kuliś spędzili razem kolejną noc, biwakując. Kiedy ruszyli o świcie na dół, natknęli się na ciało Sikorskiego. Obrażenia pokazywały, że spadł. Tylko oni dotarli do bazy.

Prawdy nie poznamy nigdy

5 marca 2013 r. polska wyprawa zdobyła jako pierwsza zimą szczyt Broad Peak (8047 m). Adam Bielecki, Maciej Berbeka, Artur Małek i Tomasz Kowalski weszli kolejno na wierzchołek między 17.30 a 18 czasu pakistańskiego.

Późno, bo około 18, zapada tam noc. Podczas wspinaczki nie używali butli z tlenem.

Najmłodszy, 27-letni Kowalski, który wcześniej nie stał na żadnym ośmiotysięczniku, miał trudności z oddychaniem. Nie był w stanie schodzić. W okolicy skalnego wierzchołka spadł z grani. Nie mógł umocować raka do buta. O swoich problemach informował przez radiotelefon słabnącym głosem kierownika wyprawy, Krzysztofa Wielickiego, który przebywał w bazie.

Prawdopodobnie po ośmiu godzinach schodzenia z wierzchołka nawet nie dotarł do przełęczy na 7900 m, na którą schodzi się w dobrych warunkach około godziny.
Przed świtem 6 marca z bazy dostrzeżono światełko latarki Macieja Berbeki. Dwaj pozostali koledzy byli już w namiocie obozu II (7400 m). Nie wiadomo, co dokładnie się stało. W ciągu dnia, przy dobrej widoczności z bazy obserwowano stoki góry. Nie było nikogo powyżej obozu IV. Jeden z pakistańskich wspinaczy podszedł do wysokości 7700 m. Także nikogo nie dostrzegł.

Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski zginęli, schodząc ze szczytu. Przyznał to w piątek kierownik wyprawy Krzysztof Wielicki w oficjalnym komunikacie. Powrót wyprawy do Polski planowany jest na około 20 marca.

„Prawdy o tym, co tam się stało, nie poznamy nigdy” – powiedział Wielicki.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA