fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Stracone pokolenie: Pierwsza wojna pisarzy

Kadr z filmu Delberta Manna „Na Zachodzie bez zmian” (1979 r.), ekranizacji powieści Ericha Marii Remarque’aeast news
Ta wojna nie tylko zmieniła polityczny kształt Europy. Stworzyła też własne pokolenie pisarzy. Tylko po to, aby z niepowstrzymaną mocą od razu je zniszczyć.

„Stracone pokolenie” – tego określenia użył Ernest Hemingway w swojej pierwszej powieści „Słońce też wschodzi”, wydanej w 1926 r. Przyznawał jednak i wtedy, i wielokrotnie później, że zapożyczył te słowa od Gertrudy Stein, pisarki i intelektualnej przywódczyni środowiska amerykańskich twórców żyjących w Paryżu lat 20. XX wieku. Ona z kolei usłyszała je w warsztacie samochodowym, gdzie oddała do naprawy swoje auto. Właściciel warsztatu, rozsierdzony ignorancją i flegmatycznością swojego młodego pomocnika, miał wykrzyczeć pod jego adresem: „Wy wszyscy jesteście straconym pokoleniem”. Stein, opowiadająca o tym zdarzeniu Hemingwayowi, zakończyła tę historię taką samą konkluzją, mając na myśli jego i jego rówieśników o podobnej biografii.

Lost Generation

Nazwa zyskała najpierw aprobatę samych zainteresowanych, a wkrótce potem urosła do rangi kategorii w dziejach literatury współczesnej. W węższym rozumieniu oznacza grupę amerykańskich pisarzy urodzonych w ostatniej dekadzie XIX wieku, którzy jako młodzieńcy walczyli na europejskich frontach w latach I wojny światowej lub stracili tam bliskich, i których twórczość powstająca już po wojnie nosiła silne piętno tych traumatycznych doświadczeń. Do grona tego zaliczani są najczęściej Ernest Hemingway, F. Scott Fitzgerald, John Dos Passos, T.S. Eliot i wielu innych.

W szerszym znaczeniu to symboliczna definicja całego pokolenia w literaturze i sztuce Zachodu, przede wszystkim w jego anglojęzycznym obszarze, które wkraczało w dojrzałość w cieniu Wielkiej Wojny. Przy tak wykreślonej granicy tego pojęcia do wymienionych wyżej dołączają William Faulkner, nieco młodszy od nich John Steinbeck, E.E. Cummings, Anglicy J.R.R. Tolkien i Robert Graves, a nawet Henry Miller, który z Ameryki wyjechał po raz pierwszy w 1928 r., i Erich Maria Remarque, Niemiec i weteran z drugiej strony frontu, w okresie międzywojennym cieszący się jednak największą popularnością w Stanach Zjednoczonych. Niektórzy historycy wspominają też o przedstawicielach poprzedniego pokolenia, których kataklizm wojny dotknął tak boleśnie, że zmienił ich życie i postawę. Wśród nich na pierwszym miejscu przywoływany jest Rudyard Kipling, jeden z ostatnich „kronikarzy” schyłku kolonialnego Imperium Brytyjskiego. Jego jedyny syn zginął na polach bitewnych Francji.

Ameryka i Europa znały wojnę. Europa żyła nią przez stulecia, Ameryka w ogniu wojny z Brytyjczykami wywalczyła swoje istnieje, a w brutalnej konfrontacji Północy z Południem swoją nowoczesność. Ale nie taką wojnę: totalną, niekończącą się, z setkami tysięcy zabitych w walce o kilka kilometrów jałowej ziemi, technologiczną – bo choć w bardzo ograniczonym jeszcze zakresie, to już jednak z udziałem lotnictwa, wojsk pancernych i broni masowego rażenia, jak gaz bojowy; bestialską, na wyniszczenie. Świat królestw i wieloetnicznych imperiów legł w gruzach, synowie z dobrych domów mieszczańskich, bez szabli paradnej u boku, gnili powoli w okopach w takim samym szlamie ludzkich i nieludzkich wydzielin jak nieokrzesani chłopi, ginęli również tak samo, anonimowo, szybko, banalnie. Wraz z ludźmi umierały wzorce i idee. Niezachwiane od wieków hierarchie, monolityczne prawdy wiary i solidne prawdy rozumu, kindersztuba programowo niesfornych modernistów i anarchistów, zawiłe kody salonowych kontredansów – wszystko poległo w konfrontacji z jednoznaczną materialnością fizjologii.

Pokolenie, które ciśnięto w to piekło okopów, było stracone dosłownie: ileż nieodkrytych talentów przysypano ziemią na zaimprowizowanych z konieczności cmentarzyskach. I symbolicznie, bo nawet ci, którzy przeżyli, powrócili do domów okaleczeni fizycznie i psychicznie tak głęboko, że w tych domach nie odnaleźli już ukojenia. Egzystowali dalej odarci ze złudzeń, nieufni wobec wszelkiej maści „humanizmów”, starając się zagłuszyć wspomnienia kakofonią epoki jazzu, hollywoodzkich bożków i fortun na pokaz.

Pisarze straconego pokolenia utracili zaufanie do swojego tworzywa, języka literackiego, wyrzekli się jego form wcześniejszych i z uporem wynajdowali go od nowa. Wyszukane formy prozy XIX-wiecznej zastąpili narracją prostą, surową, dosadną, opartą na dialogu i sytuacji, zbliżoną do stylu reportażowego. Odwołali się do faktów i własnego doświadczenia, starając się zbliżyć do prawdy tak bardzo, jak to w literaturze pięknej możliwe. Odrzucili konwencje i poetyki, kazali swym bohaterom mówić językiem codzienności, a z realistycznego odzwierciedlenia szczegółu otaczającego nas świata uczynili zasadę obowiązującą na poziomie estetyki i przesłania. Z tego wyrosły dzieła, bez których trudno byłoby zrozumieć, co właściwie stało się z literaturą w XX stuleciu.

Bolesne rany

W 1918 r. Hemingway był młodzieńczo nieodpowiedzialny, żądny wrażeń i bardzo pewny siebie. Wspominał później: „Pamiętam, że po prostu uważałem nas za drużynę miejscową, Austriaków za drużynę przyjezdną”. Wypłynął do Francji w maju, wkrótce później pojechał dalej, do Włoch. Nie trafił na linię frontu. Miał problemy ze wzrokiem, które eliminowały go z regularnej służby, wraz z innymi odrzuconymi z powodów zdrowotnych znalazł się w oddziale Amerykańskiego Czerwonego Krzyża i jako kierowca ambulansu przewoził rannych. I zwłoki. Mnóstwo zwłok. Po eksplozji w fabryce amunicji nieopodal Mediolanu, gdzie stacjonował wraz z kolegami z jednostki sanitarnej, brał udział w odszukiwaniu i zbieraniu ciał zabitych. Wśród ofiar było wiele kobiet – I wojna przyczyniła się w ogromnym stopniu do zmiany ich roli społecznej, musiały zastąpić powołanych do armii mężczyzn na stanowiskach produkcyjnych. Młody ochotnik, choć miał już do czynienia z przemocą, cierpieniem i śmiercią w swej pierwszej amerykańskiej, reporterskiej pracy, był wstrząśnięty skalą i charakterem tragedii.

Nie bez powodu jednak Hemingway miał w przyszłości uchodzić za „najtwardszego” wśród pisarzy swej generacji. Jedno traumatyczne przeżycie nie zmusiło go do odwrotu. Kilka tygodni później ponownie z wyboru, nie na rozkaz, znalazł się znacznie bliżej pola walki. Trwała bitwa nad Piawą, jeden z ostatnich aktów krwawego widowiska na froncie włoskim. Wolontariusze ze służby pomocniczej opiekowali się polowymi kantynami rozmieszczonymi tuż za frontem. Do ich zadań należało dostarczanie do okopów najbardziej poszukiwanych dóbr: czekolady, papierosów i korespondencji. Podczas jednej z tych wypraw Hemingway znalazł się w strefie rażenia austriackich moździerzy. Pocisk rozerwał się w pobliżu, rozszarpał okop i żołnierzy. Amerykanina przysypały fragmenty umocnień, odłamki wbiły się głęboko w ciało. Mimo to zdołał się podnieść i pomóc ciężej rannemu Włochowi. Kiedy niósł go do punktu medycznego, został trafiony ponownie, tym razem z karabinu maszynowego. Dotarł jednak na miejsce. Po wstępnych zabiegach odesłano go do Mediolanu, do prowadzonego przez amerykański personel szpitala Czerwonego Krzyża. Powrócił jeszcze w pobliże bezpośrednich zmagań, ale ze względu na stan zdrowia już tylko jako obserwator, nie zaś uczestnik.

Nawet w tej roli był świadkiem wydarzeń, których nie zdołał już nigdy wyrzucić z pamięci. Włosi, inaczej niż w następnej wojnie, wierzyli w sens tej walki i bili się z zaciętością. Austriakom nie pozostawało już nic prócz obrony honoru. Obrazy masakry z ostatnich tygodni wojny powracały później, nie zawsze wypowiedziane wprost, na kartach jego dzieł. Wcześniej, w szpitalu mediolańskim, zakochał się beznadziejnie w pełnej dojrzałego uroku, starszej od niego pielęgniarce Agnes von Kurowsky. Wybranka serca obdarzała go życzliwością, może także poważniejszym uczuciem, ale, kierując się rozsądkiem, nie wierzyła, aby ten wojenny afekt mógł zaowocować w przyszłości poważnym związkiem. Hemingway nie myślał tak racjonalnie. Gdy Agnes zakończyła ten niespełniony romans, nie potrafił się z tym pogodzić. Tak dopełniły się w życiu klasyka literatury amerykańskiej dwa ryty inicjacji do wieku męskiego: spotkanie z miłością i ze śmiercią. Ich konsekwencje miały się okazać zarazem fascynujące i druzgocące.

W przeciwieństwie do Hemingwaya, Fitzgerald nie zobaczył wojny na własne oczy. Odczuwał jednak jej realność bardzo dotkliwie. W 1917 r. porzucił studia w Princeton, by wstąpić do armii. Uważał to za swój obowiązek, zaciągali się zresztą wszyscy. Ale świadomość tego, co trzeba zrobić, nie pomagała mu stłumić przygnębienia i lęku, zwłaszcza w obliczu wieści o kolejnych znajomych, którzy wyjechali wcześniej i polegli. Przekonany, że nie wróci z Europy żywy, w krótkim czasie napisał swoje pierwsze, bardzo surowe jeszcze dzieło, które zostało odrzucone przez wydawcę. Wrócił do niego później, wzbogacając pierwotną wersję o zbeletryzowany zapis wspomnień i stanów emocjonalnych z lat wojennych. W efekcie w 1920 r. ukazała się książka „Po tej stronie raju”, debiut literacki Fitzgeralda i, w pewnym sensie, całego pokolenia. Nie ma tam relacji z frontu – wojna skończyła się, nim jednostka, w której służył pisarz, otrzymała rozkaz wyjazdu. Odległy cień tych lat towarzyszył jednak Fitzgeraldowi i w życiu prywatnym, i w pracy nad kolejnymi powieściami.

Anglicy wyruszyli wcześniej. Anglia wypowiedziała wojnę Niemcom jeszcze w sierpniu 1914 r. Kilka tygodni później młodych ludzi zaciągających się do wojska liczono już w dziesiątkach tysięcy. Ale J.R.R. Tolkien zwlekał, chciał najpierw zdać egzaminy w murach Oxfordu, a także ustabilizować relacje z Edith Bratt, którą kochał – z wzajemnością – od lat. Powiodło się jedno i drugie, ślub odbył się w marcu 1916 r., a już w czerwcu oficer sygnałowy strzelców z Lancashire stanął na francuskiej ziemi. Potem zaczęło się to, co Tolkien nazwie „zwierzęcą potwornością”: wojna pozycyjna, dni i noce spędzane w okopach, pośród trupów, których nikt już nie zabierał, w błocie wypełniającym i pochłaniającym wszystko, ze spojrzeniami utkwionymi w płaszczyznach szarej, groteskowo poznaczonej lejami i zasiekami, odartej z resztek trawy ziemi, stanowiącej niegdyś malowniczą szachownicę żyznych pól. Rzadkie spotkania z kolegami z uczelnianych klubów przypominały stypy – przekazywano sobie informacje, kto ze znajomych zginął w ciągu ostatnich dni. Tolkien, choć może to zabrzmieć ironicznie, miał szczęście, bo stracił tylko zdrowie. W okopach królowały wszy, one też były głównym źródłem choroby o nieznanej etiologii, żołnierzom znanej pod banalną nazwą „gorączka okopowa”. Choroba była groźna, wymagała fachowej terapii i długiej rekonwalescencji. Tolkien zapadł na nią w październiku, a w listopadzie lekarze zdecydowali o odesłaniu go do Anglii. Wracał do zdrowia bardzo długo, a gdy tylko poczuł się lepiej, musiał meldować się w kolejnych garnizonach. Jak wielu innych jednak, którzy zachorowali, był zbyt słaby, aby ponownie trafić na front. Gdy w rok po powrocie męża do Anglii Edith Tolkien urodziła syna, przeniesienie do macierzystego oddziału wciąż walczącego na kontynencie stało się jeszcze mniej realne. Oczywiście równie nierealne było przebywanie z rodziną, wojna wszak wciąż trwała, oficerów bez przerwy przenoszono z miejsca na miejsce. Ale tutaj, na Wyspach, Tolkien był względnie bezpieczny. Znalazł nawet czas na rozpoczęcie prac nad szkicem zbioru opowieści, z których w przyszłości wyłonić się miał m.in. „Władca Pierścieni”. Wtedy jeszcze nie dotarła do niego wiadomość, że mniej więcej w tym okresie jego batalion został zmasakrowany pod Chemin des Dames.

Powróćmy do 1917 r. Pod koniec lata Hemingway dopiero decydował, co ma ze sobą zrobić po ukończeniu szkoły, Tolkien zaś przebywał w bazie w Yorkshire, niepokojąc się o żonę, która była w zaawansowanej ciąży. Tymczasem w zachodniej Flandrii rozpoczęła się trzecia bitwa pod Ypres, znana też jako bitwa pod Passchendaele (Belgia), prawdopodobnie najbardziej absurdalna kampania tej wojny. Celem trwających ponad trzy miesiące zmagań było przejęcie kontroli nad jedną wioską i 10-kilometrowej szerokości pasem łąk, w czasie wojny zmienionym w cuchnące bagno. Zginęło lub zostało rannych kilkaset tysięcy ludzi, a bitwa nie została wygrana przez żadną ze stron w sposób rozstrzygający. 31 lipca, pierwszego dnia walki, po niemieckiej stronie frontu czekał na brytyjski atak 19-letni chłopak, żołnierz dywizji rezerwowej, w przyszłości znany pod nazwiskiem Erich Maria Remarque. Nie mógł, rzecz jasna, wiedzieć, że jego udział w bitwie zakończy się tego samego dnia, a kilkanaście następnych miesięcy spędzi w szpitalu. Mógł już natomiast uświadamiać sobie, że znalazł się w środku szaleństwa, że śmierć wokół niego jest nie tylko odarta z wszelkiej wzniosłości, ale i przerażająco daremna.

Znacznie wcześniej, pod koniec 1915 r., zginął we Francji John Kipling, syn powieściopisarza i autora książek dla dzieci i młodzieży, noblisty i piewcy brytyjskiego kolonializmu, Rudyarda Kiplinga. Pisarz, reprezentujący ostatnie „XIX-wieczne” pokolenie, nie zdołał już po tym osobistym dramacie poświęcić się swojej sztuce z równym oddaniem co przed wojną. Również w tym wymiarze stał się niejako reprezentantem swojej formacji pokoleniowej, która po I wojnie niemal zamilkła. Stracone pokolenie nie milczało, wypowiedziało się niebawem i zdominowało obszar literatury przynajmniej na dwie międzywojenne dekady. A miało wiele do powiedzenia. I jeszcze więcej goryczy oraz gorszej nawet od goryczy pustki, którą przyoblekło w słowa.

Blizny na duszy

Straceni potrafili pisać, lecz nie potrafili żyć. Przynajmniej w opinii ich poprzedników, ale i części spadkobierców. Hemingway, który w popularnym wyobrażeniu uchodzi do dzisiaj za wielkiego poszukiwacza radości życia, wybierał je według dość osobliwego klucza. Zawsze fascynowały go kobiety, ale żadne z jego czterech małżeństw nie należało do wzorcowych. Uwielbiał krwawe sporty, jakby prześladowała go obsesja krwi i cierpienia. Był zatem zagorzałym myśliwym, chętnie poświęcał czas na rybołówstwo, był chyba największym wśród pisarzy entuzjastą corridy, już w jego czasach uważanej przez wielu za wyjątkowo okrutną rozrywkę. I bez wahania, mimo tak bolesnych wspomnień, wracał na wojnę. W czasie II wojny światowej z pasją wczuł się w rolę korespondenta wojennego. Ale nie ominął też wcześniejszego wielkiego europejskiego konfliktu, wojny domowej w Hiszpanii. Trzeba przy tym przypomnieć, że najwyraźniej odpowiadało mu życie w ruchu, w nieustannej podróży. Po opisanych wyżej doświadczeniach z końcowego okresu I wojny osiadł przecież w Paryżu, zasilając szeregi grupy amerykańskich emigrantów. Powrócił do Stanów dopiero na wyraźne życzenie drugiej żony, pod koniec lat 20., ale nigdzie nie potrafił wytrzymać zbyt długo. Bywał w Europie, jeździł do Afryki na safari, po zakupie imponującego jachtu odwiedzał archipelagi rozciągnięte wzdłuż amerykańskich wybrzeży. Jakby nieustannie przed czymś uciekał.

Ten eskapistyczny wątek odnaleźć można zresztą także w życiorysach innych pisarzy pokolenia, choć ucieczka przybierała różne formy. Fitzgerald szukał ulgi w światłach wielkich metropolii i blichtrze szalonych lat 20., w wiecznym rozgardiaszu Hollywood i w kuszącym szumie plotkarskich mediów. Remarque zaszył się w Szwajcarii, bo Niemcy zmuszony był opuścić po tym, jak naziści zakazali druku jego książek, już wydane spalili, a jego samego ogłosili ideologicznym wrogiem III Rzeszy. Mógłby zapewne żyć dostatnio i w otoczeniu wielbicieli w Stanach Zjednoczonych, gdzie powieść „Na Zachodzie bez zmian” zapewniła mu ogromną popularność, i gdzie otrzymał obywatelstwo. Ameryka nie oferowała jednak spokoju, a tego chyba potrzebował najbardziej. Dla Tolkiena domem na całe życie okazał się Oxford, choć można uznać, że angielski pisarz znalazł miejsce odpowiadające mu jeszcze bardziej – Śródziemie, mityczne, zrodzone w jego wyobraźni, uniwersum „Władcy Pierścieni”, „Hobbita” i „Silmarillionu”, współtworzących, wraz z innymi rozproszonymi opowieściami, jego opus magnum. W mitologii greckiej, rzymskiej i w historii antycznej, a w realnym świecie w willi na Majorce cieszył się ukojeniem inny Anglik, Robert Graves.

Obok potrzeby ucieczki od życia twórców spod znaku straconego pokolenia cechowała alienacja, dezorientacja w kalejdoskopowej strukturze egzystencji i kultury, głęboko uwewnętrzniony sceptycyzm wobec wszelkich autorytetów, dogmatów, „niepodważalnych” systemów wartości, wiary w wyjątkowość i przyrodzoną dobroć człowieka. Nie oznacza to, że ci, których pośrednio lub bezpośrednio okaleczyła Wielka Wojna, proponowali wizję jednoznacznie pesymistyczną. Bohaterowie literaccy Hemingwaya ucieleśniali wolę istnienia i wewnętrzną siłę, która pozwala się podnieść po każdym upadku. Dla Tolkiena gwarantem przetrwania i zachowania siebie w chaotycznej rzeczywistości był tradycyjny katolicyzm, stanowiący zresztą swoistą formę buntu w anglikańskim lub wręcz odrzucającym jakąkolwiek religijność środowisku nowoczesnego brytyjskiego mieszczaństwa. Godne podkreślenia jest, że i ten zdeklarowany konserwatysta tylko w świecie wyimaginowanym znalazł właściwe miejsce dla wojny heroicznej i celowej – bo taki jest jeden z głównych wątków jego twórczości, a najszlachetniejszymi przymiotami ludzkimi obdarzył nie ludzi wcale, a istoty legendarne, starsze od człowieka i doskonalsze.

Egzystencjalnie pogubieni

Pisarze należący do tej grupy przynajmniej w swych dziełach starali się wykreować wzorzec pozytywny człowieka, którego „można zniszczyć, ale nie pokonać”, przywołując sprowadzone ostatecznie do podręcznikowego sloganu dumne słowa Hemingwaya. Ale cena, jaką trzeba było zapłacić za wyraźne uświadomienie sobie rozdarcia, jakie stało się udziałem współczesnej jednostki i całych społeczeństw, zawieszenia między potrzebą solidnego punktu oparcia w niepewnym świecie a dojmującym poczuciem względności i tymczasowości wszystkiego, co ludzkie, była bardzo wysoka.

Autor „Komu bije dzwon”, bezradny wobec własnego alkoholizmu i jego wyniszczających organizm rezultatów, cierpiący na zaburzenia afektywne dwubiegunowe, znane lepiej jako choroba maniakalno-depresyjna, wybrał samobójstwo. Alkohol zabił też Fitzgeralda, którego powieść „Wielki Gatsby”, odsłaniająca brutalnie duchową, moralną i intelektualną próżnię przenikającą życie amerykańskich elit, stała się manifestem generacyjnym. Pili nadmiernie niemal wszyscy w tym pokoleniu. Jedynie nielicznym udało się ustabilizować życie rodzinne. Wierna i niezawodna okazała się tylko samotność.

Twórczość straconego pokolenia stała się istotną inspiracją dla następnych, literackich, artystycznych i tych biologicznych, zorganizowanych wokół daty urodzenia, lecz również wokół pewnej postawy i związanych z nią przekonań. Wszystkie późniejsze formacje, odrzucające z różnych przyczyn zastany porządek, traktowały je jako punkt odniesienia dla swoich własnych koncepcji. I nie chodzi tu tylko o subkultury młodzieżowe – poczucie egzystowania w czasach permanentnego kryzysu tego, co najważniejsze, nie opuszcza nas do dzisiaj. A początków tej zbiorowej psychozy należy upatrywać w czterech długich latach I wojny światowej, która zdeterminowała losy całego pokolenia, a także, chociaż w różnym stopniu, jego spadkobierców.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA