fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Edukacja

Jak jest na e-lekcjach? Nauczyciele mają problem

Zdalne nauczanie
Adobe Stock
Nauczycielka rzucająca kotem, tłumacząca anatomię na swoim psie, czy wykładowca znikający ze spotkania w wyniku zastosowania się do rad udzielonych przez studentów – to tylko niektóre sceny ze zdalnego nauczania, jakie można było obejrzeć w internecie. Do przestrzeni wirtualnej trafiły materiały z wizerunkami nauczycieli, pokazujące ich w lepszym lub gorszym świetle.

Okres zdalnej nauki to wyzwanie dla wielu osób, będących częścią systemu oświaty w Polsce. Problemy uczniów dotyczą między innymi takich kwestii, jak dostęp do odpowiedniego sprzętu, czy zagwarantowanie sobie właściwych warunków do nauki. Uczniowie z nowymi technologiami obcują jednak na co dzień o wiele bliżej niż nauczyciele.

Szkoły, czy samorządy rzadko oferowały swoim pracownikom szkolenia w zakresie zdalnego nauczania, nie było czasu na myślenie o tym czy prowadzący zajęcia mają ku temu odpowiednie warunki (dostęp do internetu, sprzęt). Nauczyciele, tak jak uczniowie, musieli zmienić tryb pracy z dnia na dzień, z tą jednak różnicą, że kwestie technologiczne okazały się dla części z nich barierą trudną do pokonania. Stali się więc obiektem żartów i krytyki.

Po kilku miesiącach pandemii internet jest pełny nagrań, pokazujących zachowanie uczniów, bądź prowadzących zajęcia, przy czym na ekranie zawsze widać wizerunek nauczyciela, czy wykładowcy. Słuchacze często wyłączają kamery.

– Szkoda, że nikt nie robi z tego problemu. Prowadzący różnie na to reagują, bo granicą jest to, co kogoś śmieszy. To kwestia bardzo indywidualna. Jedni mogą mieć dużo dystansu i wysoką granicę tolerancji, inni mniejszą – komentuje Adam Tarnowski, doktor habilitowany nauk humanistycznych, profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.

On sam, na początku swoich wykładów, prosił studentów o wypełnienie ankiety ze zgodą na nagrywanie spotkań, by później udostępnić je do ponownego odtworzenia. Twierdzi, że to kwestia nie tylko przepisów, ale także szacunku do odbiorców. Po drugiej stronie nie zawsze można liczyć na taki profesjonalizm. Zdaniem doktora, zawód nauczyciela, czy wykładowcy akademickiego wiąże się w pewnym sensie z udostępnianiem swojego wizerunku – nawet podczas nauki stacjonarnej, a kwestie wykorzystywania tego przez uczniów i studentów to kwestia ryzyka zawodowego.

Nie zmienia to faktu, że umieszczane w internecie treści mają często charakter prześmiewczy. Weźmy za przykład nagranie, na którym nauczycielka prosi uczniów o pomoc, a oni w odpowiedzi proponują kombinację klawiszy, która w rezultacie prowadzi do opuszczenia przez nią nagrania. Tego typu nagrania komentowane są m.in. na facebookowej grupa o nazwie „Jak będzie na e-lekcjach?”, zrzeszającej już ponad sto tysięcy użytkowników. Oprócz tego, że służy ona wymianie zdań i komentowaniu rzeczywistości pandemicznej w kontekście nauki zdalnej, przepełniona jest zdjęciami prowadzących czy nagraniami z zajęć. Wpisy, komentujące te treści, nie zostawiają na prowadzących suchej nitki.

– W sytuacjach zawodowych prawo do prywatności jest dość ograniczone. W przypadku studentów normy są luźniejsze, ale bycie na uczelni zobowiązuje do pewnych zachowań, nakłada obowiązki i w wypadku skrajnych naruszeń są narzędzia do wyciągania konsekwencji. Oczekiwałbym, że w takiej sytuacji uniwersytet stanąłby w obronie swojego pracownika – mówi doktor Tarnowski.

Nie brakuje sytuacji, w których na nagraniach uwieczniono sytuacje kontrowersyjne. Zdarzali się uczniowie grający podczas lekcji, przeklinający bez świadomości włączonego mikrofonu, z ust nauczycieli padały niecenzuralne słowa, wykładowca oznajmiał, że idzie na piwo. Wiele z nich nie powinno mieć miejsca i nagrania zapewne okażą się przydane w postępowaniach dyscyplinarnych. Nie zmienia to jednak faktu, że podczas pandemii, uczniowie i studenci wykazali się większą swobodą w rejestrowaniu zajęć i wizerunku nauczycieli, często przekraczając granice przyzwoitości. Trudno wyobrazić sobie sytuację odwrotną - w której to pedagodzy tworzą forum, na którym wyśmiewają swoich podopiecznych.

– Być może byłby potrzebny pewnego rodzaju kodeks, aby z jednej strony założyć, że nie poddajemy w wątpliwość kultury osobistej odbiorców. Ale w sytuacji pandemicznej powstają problemy z etykietą, które wcześniej nie istniały, i może warto je badać i opisywać – komentuje doktor Tarnowski.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA