Najtrudniejsze na początek: rzeczywiście jest pan gotowy zdobywać medale dla innego kraju, czy to tylko takie strachy, żeby wygrać wojnę ze związkowymi działaczami?

Adrian Zieliński:

Czuję się Polakiem, oddycham Polską i mogę jeszcze dużo dla Polski zrobić. Nie wyrywam się do obcych. Ale nasz związek musi zacząć wreszcie doceniać to, co robimy. Przywozimy medale z mistrzostw świata, igrzysk, a nic z tego nie wynika. Nie ma żadnego pomysłu, jak ciężary wypromować, kogo podpatrywać, co zmieniać. We własnym sosie jest naszym działaczom najlepiej. I szczerze mówiąc, to ja już niczego od tych panów nie oczekuję. A to, że inne kraje nas kuszą, to fakt.

Kraje ze Wschodu?

Też. W ciężarach najmodniejszy jest Azerbejdżan, tam mają tyle pieniędzy, że jeśli startuje dla nich choć jeden prawdziwy Azer, to już jest święto. Stać ich na wszystko. Biorą obcokrajowca, a jak ich rozczaruje, to następnego. Ale mnie ten kierunek w ogóle nie kusi. Jeśli już odchodzić, to na Zachód albo Południe. Kupowanie sobie medalistów staje się coraz popularniejsze. Wystarczy spojrzeć, ilu lekkoatletów reprezentuje Katar. Tak po prostu jest.

Kto już pana kusił?

Nie mogę powiedzieć. Co sezon są jakieś podchody. Najczęściej dzwoni trener i pyta. Jedną propozycję mogę zdradzić: w 2009 chcieli mnie Niemcy. Odmówiłem. Powiedzieli, że gdybym zmienił zdanie, zawsze mogę jeszcze dać znać.

A z prezesem naszego związku Zygmuntem Wasielą pan w ogóle jeszcze rozmawia?

Rozmawiam, kultura wymaga. Ale milczeć na temat tego, co w polskich ciężarach złe, nie mam zamiaru. Jaka będzie lepsza okazja niż złoty medal na igrzyskach? Nikt mi nie zarzuci, że szukam wymówek. Mogę mówić w imieniu całej kadry, bo wszyscy zawodnicy uważają tak samo. Nikt nas nie słucha. Musi być tak, jak chcą działacze. Dali nam trenera kadry, z którym nie chcemy ćwiczyć. Dlatego dziękując wszystkim po medalu, trenera Mirosława Chorosia nie wymieniałem, bo on się w żaden sposób do moich sukcesów nie przyczynił. Jestem w Londynie z Jerzym Śliwińskim i to z nim sięgnąłem po złoto. Nie mogę powiedzieć, na zgrupowaniach niczego nam nie brakuje. Poza atmosferą: jest nijako, tak samo od lat, żadnych nowych bodźców. Próbowałem to zmieniać, ale się nie da. Więc zacząłem sobie zgrupowania organizować sam. Ale to też się nie spodobało.

Chodzi o zgrupowanie w Gruzji, u Arsena Kasabijewa.

Tak, związek zastanawiał się, czy nas za to nie zawiesić, na wyjazd nie zgodził się też Klub Polska Londyn. Powiedzieli: nie, bo nie. Bo nie ma uzasadnienia merytorycznego.

A było uzasadnienie?

Może takie, że sportowiec z Klubu Londyn, z indywidualną ścieżką przygotowań, uznał, że potrzebna mu jest odmiana i chciał tylko skorzystać z tego, co mu obiecywano? Prezesi się nie zgodzili, ale ja postawiłem na swoim, a po trzech tygodniach w Gruzji przesłałem im zawiadomienie, że przedłużam pobyt i tyle. Przecież nic złego nikomu nie zrobiłem. Nie zgodzili się, to sam zapłaciłem za zgrupowanie. Z całym szacunkiem, ale jak trenować to najlepiej wie trener, a nie związek. On powinien być tylko od logistyki.

Przecież pan wie, dlaczego się wszyscy bali tej Gruzji. Tego, że o was powiedzą: pojechali daleko, żeby się dopingować.

Bez sensu. Czy w Polsce, czy w Gruzji jestem objęty systemem ADAMS, w którym muszę cały czas informować kontrolerów, gdzie jestem teraz i gdzie będę za chwilę. Przewrócić się na drugi bok nie można bez zawiadamiania ich. Średnio dwa razy w miesiącu jestem badany. Przyjeżdżają i polscy kontrolerzy, i obcy. Przed igrzyskami zdarzyło się, że badali mnie dwa razy w jednym tygodniu. Nie przesadzajmy, nie jest tak trudno dotrzeć do Gruzji, 80 km od Tbilisi. Takie posądzenia mnie obrażają.

Polski sportowiec płacący za zgrupowanie ze swoich oszczędności to jeszcze rzadsze zjawisko niż polski medalista olimpijski.

To jestem wyjątkiem. Zrobiłem to, żeby było po mojemu. Zresztą, zawsze coś dokładałem z własnej kieszeni, choćby na odżywki. Miałem przeznaczoną pewną kwotę na przygotowania do Londynu. Niedużą, bo uprawiam sport, w którym można dorobić, a nie zarobić. Ale na zgrupowanie wystarczyło, zrobiliśmy zrzutkę z Arsenem. Nie chciałem wychodzić na pomost w Londynie z poczuciem, że nie zrobiłem wszystkiego, co chciałem. Potrzebowałem tego dla spokoju sumienia.

Ciężary to kontuzje, niewielka popularność, pieniądze - jak pan mówi - też niewielkie. Nie zastanawiał się pan czasem: po co mi to?

Nie, chciałem być najlepszy. Chciałem medali: najpierw mistrzostw Europy, potem świata, wreszcie igrzysk. A że mi się udało wszystko zdobyć w cztery lata, zostać najmłodszym polskim mistrzem świata i olimpijskim...

Dziecko szczęścia?

Dziecko pracy. Nie odpuszczam sobie nigdy i w niczym. Nie miałem specjalnego talentu do ciężarów. Wszystko osiągnąłem pracą. Zresztą, co to jest talent? Wymówka, żeby nie pracować ciężko?

Zaczął pan podnoszenie ciężarów jako siedmiolatek, mieszkanie ma pan nad siłownią. Zwariować można.

Trzeba być trochę wariatem, żeby zostać mistrzem olimpijskim. Zacząłem jako siedmiolatek, ale przecież nie od dźwigania, bo nie wolno. Mój młodszy brat, też startujący w Londynie, zaczął razem ze mną, jako sześciolatek. To były na początku takie zabawy na kiju, nauka techniki, odruchów, żeby mięśnie je zakodowały. Dopiero z czasem wzięliśmy się za ciężary.

Skąd w małej Mroczy pod Bydgoszczą ciężarowe tradycje?

Nie było tradycji. Kilka lat wcześniej powstała u nas w klubie, w Tarpanie, sekcja ciężarów, bo prezes chciał, żeby było coś poza piłką nożną. Zatrudnił trenera Dominika Mikołajczyka, u niego zaczynaliśmy. A potem trener musiał wyjechać za granicę i prezes ściągnął do Mroczy Ireneusza Chełmowskiego, byłego mistrza Polski w ciężarach. I się zaczęło. Wcześniej klub mógł nawet przestać istnieć, my też przestaliśmy przychodzić na siłownię, ale Irek pozbierał wszystkich i pociągnął za sobą.

Dedykował mu pan złoty meda

l.

Nie mogę się pogodzić, że tego nie doczekał. Na treningach był moim szefem, po treningach przyjacielem. Taki wujek dobra rada. Siedział po uszy w grach strategicznych, poszedł na studia, żeby coś sobie udowodnić, i ja też tak zrobiłem. Zawsze dobrze się uczyłem i chciałem dużo wiedzieć. On był taki sam. Prowadził mnie ostrożnie, krok po kroku. Zawsze mówił, że woli jeść łyżeczkami kawior, niż chochlami zupę. Przyjechał do nas właściwie przypadkiem, na staż w gimnazjum. Często żartował: „Jaki ja głupi jestem, siedzę w tej Mroczy, a przecież tylko na chwilę tu wpadłem". Zmarł młodziutko. Miał37 lat. Takie życie.

Można w Mroczy uprawiać inny sport poza ciężarami?

Nie. Piłkarze Tarpana są w jakiejś 15. lidze, zresztą ja polskiej piłki nożnej nie uważam za sport. To jakieś hobby, na którym się nieźle zarabia. Od małego chciałem być sztangistą. W rodzinie nie było żadnych sportowych tradycji. Chyba że liczyć lekkoatletyczne czwartki taty, który startował w zawodach szkół. Mama pracuje w firmie obuwniczej, tata na zagranicznych kontraktach, w Niemczech i w Holandii, w rzeźniach. Teraz akurat ma przerwę i jest w Polsce.

Słyszałem, że na początku w klubie nie było sprzętu i ćwiczyliście z oponami wypełnionymi cementem.

A skąd, niepotrzebne ubarwianie. Pożyczaliśmy sprzęt od okolicznych klubów. Dziś to od nas pożyczają. Ale rzeczywiście, nie zawsze było normalnie. Ćwiczyliśmy w starej hydroforni, bez ogrzewania i bieżącej wody. W zimie dźwigaliśmy w czapkach i rękawiczkach. Potem dzięki naszym osiągnięciom powstała najpierw nowa siłownia, a niedawno cały ośrodek przygotowań olimpijskich. Moje mieszkanie jest właśnie nad siłownią, w hotelu. Przeprowadziłem się, bo obaj z bratem poznaliśmy dziewczyny i nie pomieścilibyśmy się już w domu. Urządziłem sobie dwa pokoje na piętrze, schodzę na dół na treningi, ale nie przesadzajmy, że to coś wyjątkowego. Trener kadry Rosji, przygotowując się do jednych igrzysk, po prostu przeniósł łóżko do siłowni, tak to przeżywał.

Brat mówi, że ma pan trudny charakter i w domu też wszyscy schodzą panu z drogi.

Wiele osób z mojego najbliższego otoczenia woli mi ulegać, niż się ze mną kłócić. Ja po prostu muszę postawić na swoim. Ciężko się ze mną żyje. Nie uginam się w żadnej sprawie. I takich ludzi lubię. Bo oni do czegoś dochodzą. Na pewnym etapie przygotowań do igrzysk byłem tak zaślepiony, że zapomniałem o wszystkim. W siłowni mieliśmy kalendarz z 1972 ze zdjęciem Zygmunta Smalcerza, z ostatnim olimpijskim złotem polskiej sztangi. To mnie nakręcało. Był tunel, a na końcu złoty medal. I teraz mam mnóstwo spraw do załatwienia: zaległości w papierach, na uczelni. Studiuję w Wyższej Szkole Gospodarki w Bydgoszczy, organizację i zarządzanie sportem. Kończę licencjat i zaraz zaczynam magisterskie. Trzeba się dożycia przygotować.

Ma pan 23 lata, złoto MŚ i igrzysk. Trudno będzie jeszcze znaleźć wyzwania w sporcie?

Dlaczego? Chcę zdobyć medal w trzech igrzyskach z rzędu. Na razie za mną dopiero jedna trzecia drogi.

Rozmawiał w Londynie Paweł Wilkowicz