Dłużniak w latach 50. grał na środku ataku Polonii Warszawa, a to było coś. Kiedy na początku następnej dekady został grającym trenerem w Falenicy, my, kilkunastoletni chłopcy, patrzyliśmy w niego jak w obraz.

Był nie tylko dobrym piłkarzem i trenerem, ale wprowadzał nas w wielki świat. Falenica nie była miejscem dla ministrantów, chociaż i oni grali w naszym Hutniku. Zbierało się w nim towarzystwo mówiące najczystszą grypserą, rozmaici wykolejeńcy z tatuażami, robionymi przez fachowców z Rakowieckiej. Ekonomiści z bazaru Różyckiego i specjaliści w przewalaniu gościa, kupującego dolary pod Supersamem. A do tego wyjątkowe talenty piłkarskie, topiące karierę w łykach alpagi i księżycówki, produkowanej w drewnianych komórkach przedwojennych świdermajerów.

Dłużniak dla wszystkich był autorytetem. On nas łączył, dla niego przelewaliśmy krew na pozbawionym trawy boisku przy pętli autobusowej, podczas batalii z Otwockiem, ZWAR Międzylesie, Olimpią, Redutą, Wilgą Garwolin czy Mazurem Radzymin. A po meczach stawaliśmy pod budką pana Stasia, gdzie starsi pili piwo, młodsi oranżadę z Kędzierzyńskiej 10, a Pan Witek opowiadał. O meczach Polonii, prawdziwkach w parku królewskim w Sztokholmie, większych niż nasze pod Wiązowną. O Tyrmandzie i nowoorleańskim jazzie. O dworcu w Wiedniu, na którym spotkał George'a Besta i pałacu Topkapi w Stambule, gdzie znalazł się jako dyrektor przedsiębiorstwa, mającego swoją siedzibę obok kina Skarpa. Kiedy brakowało nam pieniędzy na bilet, krzyczeliśmy pod oknami: Panie Witku! A Pan Witek otwierał okno na drugim piętrze i pytał: ile wam, chłopaki, brakuje?

Kiedy trenerem reprezentacji został Kazimierz Górski, a władzę w PZPN przejęli młodzi aktywiści partyjni, Dłużniak z tej naszej Falenicy awansował na wiceprezesa związku piłkarskiego. Był nim w najlepszych czasach polskiej piłki, podczas mistrzostw świata w Niemczech. Potem został prezesem Polskiego Związku Kolarskiego, a wreszcie Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego i Zrzeszenia Sportowców Niepełnosprawnych Start. Z czasem przeniósł się do Wisły. Od kiedy, kilka lat temu, zaczął chorować, oglądał świat już tylko z okien położonego na zboczu beskidzkiej góry domu. Nie ma Hutnika, boisko w Falenicy to plac budowy. Nawet kina Skarpa już nie ma. Wszystko, co zostało, to wspomnienia. Nigdy, mimo propozycji Pana Witka, nie przeszedłem z nim na ty. Dla mnie to był zawsze Pan Trener.