Reklama

Wszyscy chcieli grać na Śląsku

Rozmowa z Antonim Piechniczkiem, byłym trenerem piłkarskiej reprezentacji Polski
Wszyscy chcieli grać na Śląsku

Foto: Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak

Rz: Polonia Warszawa, która niedawno szastała milionami na transfery, dziś nie ma pieniędzy na olbrzymie pensje dla piłkarzy. W czasach PRL, gdy pan zaczynał karierę, pieniędzy na piłkę chyba nie brakowało?

Antoni Piechniczek:

Wtedy, na wzór radziecki, wszystkie kluby były przy zakładach pracy, w których to piłkarze pracowali normalnie na etatach. Oczywiście pracowaliśmy krócej niż inni (mniej więcej po cztery godziny dziennie), by mieć jeszcze czas na treningi. W latach 60. zwolniono nas z obowiązku pracy w zakładach, ale dalej oficjalnie byliśmy zatrudnieni jako robotnicy.

Dużo pan zarabiał?

Najpierw grałem w wojskowej Legii, gdzie zarobki zależały od stopnia wojskowego, a że my z Jackiem Gmochem jako jedyni nie byliśmy żołnierzami, tylko studentami, to otrzymywaliśmy wyłącznie stypendium sportowe. Dostawałem jedynie 1500 zł, więc grając w Legii, zarabiałem tylko na opłacenie akademika i przeżycie do pierwszego.

Reklama
Reklama

Później grał pan w Ruchu Chorzów, tam było lepiej?

Piłkarz dostawał pensję wykwalifikowanego robotnika w zakładzie pracy, któremu podlegał klub. Do tego dostawało się dodatkowo od klubu tzw. dożywianie i premie meczowe, więc w sumie w Ruchu zarabiałem mniej więcej tyle, ile wynosiły dwie pensje robotnika.

Istniały duże różnice w zarobkach w poszczególnych klubach?

Oczywiście, w końcu w śląskich zakładach zarabiało się najlepiej, z tym że w Górniku Zabrze i tak płacono dwa razy lepiej niż w hutniczym Ruchu Chorzów. Zresztą przypomnijmy sobie, ile wtedy było śląskich klubów w pierwszej lidze: siedem! Wszyscy chcieli grać na Śląsku, ale wielu musiało grać w Legii, bo jako jedyna miała ona możliwość ściągnięcia każdego młodego piłkarza: po prostu poprzez powołanie go do służby wojskowej. Legia ściągała więc najlepszych piłkarzy ze wszystkich klubów, tak wyglądały kiedyś transfery...

Nie dało się uchronić przed takim „transferem"?

Znam jeden przypadek piłkarza, który tego uniknął. To Gerard Cieślik z Ruchu Chorzów. Legia bardzo chciała Cieślika u siebie, wszystko było już prawie ustalone, ale bardzo znany śląski przodownik pracy – górnik Józef Marchewka – pojechał do sekretarzy PZPR w Warszawie i wybłagał, by nie kraść im najlepszego piłkarza. Wszyscy inni musieli co najmniej dwa lata odsłużyć w wojsku i przez ten czas reprezentować Legię.

Policja
Nietykalna sierżant „Doris”. Drugie życie tajnej policjantki
Materiał Promocyjny
Jedna rata i większa kontrola nad budżetem domowym?
Materiał Promocyjny
PR&Media Days 2026
Społeczeństwo
Zmiana czasu to nie tylko godzina mniej snu. Naukowcy ostrzegają przed skutkami
Społeczeństwo
Kto zapłacił za ewakuację Polaków z Bliskiego Wschodu? Specjalna umowa z agencją
pogoda
Początek wiosny pod znakiem deszczu i niskich temperatur. Kiedy pogoda się poprawi?
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama