Reklama

Piotr Ostrowski, szef OPZZ: Mam poczucie, że ten rząd stoi po stronie biznesu. I zawiódł pracowników

Bilans działań tego rządu jest rozczarowujący. Niestety nie mogę powiedzieć o nim wiele dobrego z punktu widzenia pracowników – mówi „Rzeczpospolitej” Piotr Ostrowski, przewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych.

Publikacja: 31.01.2026 15:52

Piotr Ostrowski, szef OPZZ

Piotr Ostrowski, szef OPZZ

Foto: PAP/Rafał Guz

Od redakcji: W ostatnim czasie kwestie pracy stały się jednym z najważniejszych tematów politycznych, a zablokowanie przez premiera Donalda Tuska na ostatniej prostej reformy Państwowej Izby Pracy, od której zależy część pieniędzy z KPO, przyjęte zostało z dużym zaskoczeniem. „Rzeczpospolita” postanowiła sprawdzić, jak tę sprawę postrzega szef Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych. Czego oczekuje od rządu i jak widzi przyszłość dialogu społecznego, kim są dziś działacze związkowi i jak się zmienia model pracy w erze sztucznej inteligencji – o to wszystko pytamy Piotra Ostrowskiego.

Reklama
Reklama

Czy ma pan dziś poczucie, że związki zawodowe w Polsce mają coś więcej do zaoferowania niż tylko odwoływanie się do swojej przeszłości? Czy mają nie tylko przeszłość, ale i realną przyszłość?

Gdybym w to nie wierzył, zapewne nie pełniłbym dziś funkcji przewodniczącego OPZZ ani nie chciałbym kierować ruchem, który w przyszłości przestałby istnieć. Dopóki będziemy mieć do czynienia z pracą najemną, dopóty w sytuacjach nierównowagi sił między pracodawcami a pracownikami będzie istniała potrzeba zbiorowej reprezentacji interesów pracowniczych.

Pojawiają się jednak wizje, według których w przyszłości znaczna część pracy po prostu zniknie, a ta, która pozostanie, będzie miała charakter jednoosobowy – wolnych zawodów, pracy kreatywnej. W takim świecie, jak się wydaje, nie będzie już miejsca dla związków zawodowych.

Nie podzielam tych pesymistycznych scenariuszy. Zmiany w świecie pracy towarzyszą nam od początku nowoczesnego kapitalizmu. W XIX w. wydawało się, że wraz z pojawieniem się maszyn parowych praca zostanie zlikwidowana, bo maszyny zastąpią ludzi. Okazało się jednak, że mieliśmy do czynienia raczej z głębokim przewartościowaniem i zmianą struktury pracy – z kolejną rewolucją. I dziś mówimy o pierwszej, drugiej czy trzeciej rewolucji przemysłowej.

I obecnie również mamy do czynienia z tego typu procesem. Być może nie wszędzie jest on jednakowo widoczony, nie we wszystkich sektorach, ale co do samego faktu zachodzących zmian panuje powszechna zgoda. Nie jestem natomiast przekonany, że ich długofalowy wpływ na rynek pracy będzie aż tak negatywny. Raczej będziemy mieć do czynienia z pewnym przesunięciem – miejsca pracy będą znikać w jednych obszarach, ale pojawią się w innych.

Reklama
Reklama

Mówi pan o nierównowadze między pracownikami a pracodawcami. Teraz to Nowa Lewica odpowiada za regulację rynku pracy, a konkretniej – ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Jak wygląda bilans tych dwóch lat?

Powiem tak: gdy w 2023 r. zostałem zaproszony przez Platformę Obywatelską do udziału w marszu 4 czerwca, a później w marszu październikowym, odpowiedziałem pozytywnie. Wziąłem w nich udział, reprezentując demokratyczne związki zawodowe, bo wierzyłem w dobrą, demokratyczną zmianę. Wiele osób zrzeszonych w OPZZ również w to wierzyło. Bilans tego rządu jest jednak rozczarowujący. Niestety nie mogę powiedzieć o nim wiele dobrego z punktu widzenia pracowników. W mojej ocenie ten rząd pracowników zawiódł.

Mam wrażenie, że obecny rząd – podobnie jak wcześniej rząd Zjednoczonej Prawicy – po prostu nie wierzy w dialog społeczny i nie uznaje go za istotny element prowadzenia polityki państwa

Piotr Ostrowski, szef OPZZ

Dlaczego? 

Bo nie spełnił wielu obietnic, z którymi szedł do wyborów. Nie zrealizował istotnej części zapowiedzi programowych. Podam przykład kwoty wolnej od podatku, która znalazła się wśród „stu konkretów”. W tej sprawie do dziś nic się nie zmieniło. Faktem jest, że płaca minimalna wzrosła, ale stało się tak przede wszystkim dlatego, że tak działa ustawa o minimalnym wynagrodzeniu. Jest ono powiązane z inflacją, a rząd de facto nie dołożył tu nic od siebie. Jeśli chodzi o wynagrodzenia w szerszym ujęciu, to oczywiście cieszymy się z podwyżki dla nauczycieli i całej sfery budżetowej. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że był to ruch jednorazowy, w dużej mierze rekompensujący wcześniejsze zaniedbania i realny spadek płac z poprzednich lat. To, z czym mamy dziś do czynienia, jest z naszego punktu widzenia absolutnie nie do zaakceptowania: wzrost wynagrodzeń ograniczony do poziomu prognozowanej inflacji, faktyczne mrożenie realnych dochodów, a także brak realizacji obietnic dotyczących emerytur stażowych. Tych obszarów niezadowolenia jest naprawdę bardzo dużo. I dlatego w ubiegłym roku jako OPZZ zorganizowaliśmy w Warszawie dużą manifestację – Marsz Niezadowolenia.

A jak dziś wygląda dialog z rządem? Jednym z głównych zarzutów wobec rządów PiS było to, że poza relacjami z Solidarnością – związkiem, którego przewodniczący nigdy nie ukrywał swoich politycznych sympatii – realnego dialogu ze związkami zawodowymi nie było. 

Początkowo, tuż po wyborach, wyglądało to całkiem obiecująco. Dziś jednak mam wrażenie, że obecny rząd – podobnie jak wcześniej rząd Zjednoczonej Prawicy – po prostu nie wierzy w dialog społeczny i nie uznaje go za istotny element prowadzenia polityki państwa. W tym obszarze mam do obecnej koalicji wiele zastrzeżeń. Dość powiedzieć, że premier do tej pory nie znalazł czasu, by spotkać się z OPZZ ani choćby raz wziąć udział w posiedzeniu Rady Dialogu Społecznego.

Można jednak postawić pytanie, które wraca od początku tej rozmowy: czy nie jest po prostu tak, że związki zawodowe przestały się dziś liczyć politycznie? Że wasz głos nie ma już realnego znaczenia?

Ale przecież mówimy o reprezentacji ok. 16 mln wyborców – tylu pracowników jest dziś w Polsce. Uznawanie, że nie trzeba się z nimi liczyć, byłoby moim zdaniem politycznym samobójstwem. To w dużej mierze osoby, które głosowały na partie tworzące obecną koalicję i które dziś w znacznym stopniu są nimi rozczarowane. Oczekiwanie, że w przyszłych wyborach te same osoby ponownie oddadzą na nie głos, jest – moim zdaniem – trudne do zrozumienia. Jeśli rząd i politycy tworzący koalicję nie dostrzegają, że to grupa 16 mln potencjalnych wyborców, to mogę się tylko temu dziwić.

Reklama
Reklama

Ale czy w świecie, w którym coraz większe znaczenie ma i będzie miała sztuczna inteligencja, automatyzacja i głębokie zmiany na rynku pracy, nie ma pan czasem poczucia, że jako związkowiec funkcjonuje jak relikt – dinozaur biegający po świecie, w który już uderzyła kometa?

Absolutnie nie. Nie zgadzam się na takie porównanie. Z tych 16 mln pracowników w Polsce mniej więcej 1,5 mln należy do związków zawodowych – oczywiście nie tylko do OPZZ, także do innych organizacji. To ogromna siła. Czy oni wszyscy to dinozaury? Dla porównania: członkostwo w partiach politycznych w Polsce jest dziś nieporównywalnie mniejsze. Tym bardziej niezrozumiałe i trudne do wytłumaczenia wydaje mi się nieliczenie się ani z 16-mln rzeszą pracowników, ani z 1,5-mln grupą związkowców.

A jak wygląda teraźniejszość OPZZ? Czy to wciąż organizacja ludzi w średnim wieku?

Młodzi ludzie również zapisują się do związków zawodowych. Nie mamy do czynienia z sytuacją, w której związki w sposób naturalny odchodzą do przeszłości, bo po prostu nikt już do nich nie wstępuje. Fakt, że ogólna liczba członków od wielu lat pozostaje na podobnym poziomie, dobitnie świadczy o tym, że zapisują się też nowe osoby. Dotyczy to również organizacji zrzeszonych w OPZZ.

Jak oczekiwania młodszych członków związków różnią się od oczekiwań tych, którzy zapisywali się do nich np. w latach 90.?

To się oczywiście zmienia. W związkach zawodowych widzimy dziś dwie podstawowe motywacje przynależności. Pierwsza ma charakter idealistyczny – ktoś ma przekonanie, że warto działać wspólnie na rzecz pracowników i wprost odwołuje się do potrzeby działania zbiorowego. Druga jest bardziej indywidualistyczna, materialistyczna i polega na tym, że ktoś zapisuje się do związku, bo oczekuje konkretnych korzyści: większej stabilności, bezpieczeństwa czy wyższego wynagrodzenia. Młodsi pracownicy w większym stopniu kierują się właśnie tym drugim, bardziej transakcyjnym podejściem. Często zadają pytanie: „Co ja z tego będę miał?”. Związek zawodowy musi więc stosunkowo szybko pokazać, że jest im realnie do czegoś potrzebny, że opłacanie składki przekłada się na konkretne, namacalne korzyści. Jeśli ich nie widzą, bardzo często rezygnują z członkostwa. Dla wcześniejszych pokoleń, w okresach, gdy związki zawodowe były liczniejsze i silniejsze, charakterystyczna była natomiast silniejsza motywacja idealistyczna – przekonanie o sensie wspólnego działania samo w sobie. 

Czytaj więcej

Piotr Ostrowski: Silne związki zawodowe to zwykle silna gospodarka

A czy nie jest tak, że to w pewnym sensie same związki zawiodły tych idealistycznych pracowników? Skoro mówi pan o rozczarowaniu rządem, to ktoś mógłby zapytać: czy związki nie uwikłały się zbyt mocno w politykę? Padają takie argumenty – choćby ten, że jedni związkowcy maszerowali z obecną koalicją, a inni wcześniej bardzo blisko współpracowali z PiS.

Związki zawodowe w różny sposób wchodziły w relacje z polityką – także w swojej historii. OPZZ również ma przeszłość silnych relacji z lewicą i współtworzenia Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Trzeba jednak jasno powiedzieć: związki z natury rzeczy są podmiotami politycznymi, bo reprezentują określone interesy i formułują postulaty wobec państwa. Nie są i w żadnym wypadku nie powinny być jednak organizacjami partyjnymi. Nie chcę oceniać działań innych central związkowych. Również wewnątrz OPZZ istnieją różne opinie na temat tego, jak inne związki funkcjonują w przestrzeni publicznej. Mamy świadomość, że także w naszych szeregach są ludzie o bardzo różnych poglądach i przekonaniach. Oparcie się na jednej partii politycznej byłoby dla wielu z nich niezrozumiałe. Niewątpliwie jesteśmy jednak postrzegani jako organizacja demokratyczna. Nasza bliskość wobec ówczesnej demokratycznej opozycji wynikała właśnie z tego przekonania i miała taki, a nie inny wymiar.

Skoro cały czas balansujemy między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, nie sposób pominąć wątku, który dziś budzi największe emocje na styku polityki i świata pracy, czyli reformy Państwowej Inspekcji Pracy. Czy z pana perspektywy to w ogóle dobry kierunek zmian? Chodzi o decyzję, by zamiast pełnego ozusowania umów cywilnoprawnych wpisać do KPO właśnie reformę PIP.

Początkowo nam się to nie podobało – uważaliśmy, że pierwotne rozwiązanie było dobre. Gdy jednak doszło do zmiany, uznaliśmy, że poczekamy na efekty i rezultaty. Propozycje, które później wychodziły z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ramach tzw. drugiego kamienia milowego, także akceptowaliśmy. Każda reforma i każda zmiana, która poprawia albo cywilizuje rynek pracy – a więc prowadzi do eliminowania sytuacji, w których prawo jest łamane poprzez fikcyjne zatrudnianie na umowach cywilnoprawnych, tzw. umowach śmieciowych czy kontraktach B2B – jest z naszego punktu widzenia krokiem w dobrą stronę. Jesteśmy w końcu tu i teraz, z kamieniem milowym, który został zmieniony i zależy nam na tym, by został on jak najszybciej realnie wdrożony. Jeśli rozbierać całą tę dyskusję na czynniki pierwsze, kluczowe jest dla nas to, by nowe rozwiązania rzeczywiście zaczęły działać w praktyce. 

Reklama
Reklama

W tej debacie pojawiło się wiele skrajnych emocji. Padały nawet porównania, że PIP będzie działał po reformie „jak bolszewicy”, jak „inspekcje robotniczo-chłopskie”.

I tu wracamy do początku naszej rozmowy – rząd zawiódł pracowników. Zdecydowana większość polityków tworzących obecną koalicję nie myśli dziś kategoriami poprawy sytuacji ludzi pracy. W sporach między biznesem a pracownikami bardzo często stają po stronie biznesu – nawet wtedy, gdy ten biznes łamie albo omija prawo. Dla mnie jest to szczególnie zdumiewające, że zamiast bronić uczciwych przedsiębiorców i uczciwego biznesu, w praktyce broni się tych, którzy prawo naruszają. Najbardziej zaskakuje mnie, że rząd sam wpisał te rozwiązania do kamienia milowego i zgodził się z Komisją Europejską, że rynek pracy wymaga ucywilizowania. A potem niewiele brakowało, by cały ten projekt trafił do kosza – właściwie bez merytorycznego powodu.

Sondaż dla „Rzeczpospolitej” pokazał, że  70 proc. wyborców partii tworzących obecną koalicję rządzącą popiera pomysł ograniczania tzw. elastycznych form zatrudnienia i przekształcania ich w etaty. Może dlatego ostatecznie premier Donald Tusk zmienił zdanie i prace nad reformą nie zostały całkowicie porzucone.

Wydaje mi się, że zadziałała tu przede wszystkim presja związana z ryzykiem utraty środków unijnych oraz z kosztami wizerunkowymi. Rząd bardzo często chwali się pieniędzmi z KPO, a w tym przypadku pojawiłoby się realne ryzyko, że te środki mogą zostać utracone. Moim zdaniem to właśnie ten argument przeważył – a nie jakaś szczególna troska o pracowników ze strony premiera.

Foto: Tomasz Sitarski

Premier miał nie wiedzieć, co dokładnie trafiało na Stały Komitet Rady Ministrów, a minister Maciej Berek miał nie orientować się w treści tych rozwiązań.

To jest absolutnie zdumiewające i w mojej ocenie nie może być prawdą. 29 października 2025 r. byłem na spotkaniu w KPRM z ministrem Maciejem Berekiem i było całkowicie jasne, że doskonale wie, o co toczy się gra. Wyraźnie podkreślił już na samym początku, że ten kamień milowy – w sprawie uprawnień PIP – nie podlega zmianie, nie może być ruszony i że musi zostać jak najszybciej zrealizowany. I później, na początku grudnia, wydawało się, że w sprawie reformy Państwowej Inspekcji Pracy wszystko zostało uzgodnione. Sam minister Berek informował w mediach społecznościowych o porozumieniu osiągniętym na poziomie Stałego Komitetu Rady Ministrów. Tym bardziej niezrozumiałe było to, co wydarzyło się później, na przełomie roku – pojawiające się informacje i deklaracje, że premier zamierza wyrzucić reformę do kosza. Byłem tym szczerze zaskoczony i zbulwersowany.

Czytaj więcej

Hubert Salik: Afera PIP, czyli w Polsce nigdy nie ma dobrego momentu na reformy
Reklama
Reklama

Czyli jest jednak jakiś dialog z rządem, skoro rozmawiał pan o tych sprawach bezpośrednio z ministrem Berkiem.

Tak, ale oczekiwałbym, że dialog będzie trwale wpisany w filozofię prowadzenia polityki państwa, a nie prowadzony od przypadku do przypadku. Na tym, moim zdaniem, polega prawdziwy dialog społeczny. Powinien on być elementem budowania ładu społeczno-gospodarczego, a nie jedynie incydentalnym dodatkiem do procesu decyzyjnego.

Jeśli reforma jednak wejdzie w życie, to czy Państwowa Inspekcja Pracy faktycznie będzie w stanie pomóc pracownikom?

Obawiam się, że niewiele z tej reformy zostanie. Wejdzie jakieś rozwiązanie, które uspokoi Komisję Europejską, ale w gruncie rzeczy – patrząc na to, jak kolejne projekty są stopniowo okrajane i ograniczane – mam poważne wątpliwości, co do jego efektów. Boję się, że nie będzie to rozwiązanie realnie działające. Jeśli chcemy rzeczywiście ucywilizować rynek pracy, w mojej ocenie musimy zrobić trzy rzeczy. Po pierwsze, zrealizować pierwotny kamień milowy – czyli jednolicie opodatkować i oskładkować wszystkie formy zatrudnienia. Chodzi o to, by nie tworzyć presji kosztowej skłaniającej do przechodzenia na kontrakty B2B czy tzw. umowy śmieciowe. Po drugie, realnie wzmocnić Państwową Inspekcję Pracy i wyposażyć ją w skuteczne narzędzia, w tym możliwość wydawania decyzji administracyjnych – czyli dokładnie to, czego dotyczy obecny kamień milowy. Po trzecie wreszcie, wzmocnić sądownictwo pracy. Chodzi zarówno o zwiększenie liczby wydziałów pracy, jak i o zdecydowane przyspieszenie postępowań. Sprawy pracownicze nie mogą toczyć się latami.

A co z tzw. pracownikami platformowymi, czyli kurierami, kierowcami z aplikacji i wykonawcami podobnych usług? To przecież grupa, z którą dziś niemal każdy ma kontakt. Jest dyrektywa unijna, która w tym sektorze wprowadza domniemanie stosunku pracy.

Podejrzewam, że będziemy mieć do czynienia z bardzo podobną sytuacją, czyli swego rodzaju wojną, jak w przypadku PIP. Dyrektywa jasno wskazuje, że pracowników platformowych należy traktować jak pracowników, a nie jak użytkowników aplikacji.

Czytaj więcej

Chińskie humanoidy ruszają do pracy. USA zaczynają zostawać w tyle

Gdy jednak rząd chciał coś realnie w kwestiach pracy zmienić i wymusić neutralność płciową w ogłoszeniach, to niewdzięczni internauci potraktowali go memami w stylu „zatrudnię osobę murarską”.

To być może także jakaś forma zmiany, ale w mojej ocenie trzeciorzędna. Powstają o tym memy, bo zamiast fundamentalnych, realnych reform poprawiających sytuację pracowników, wprowadzane są rozwiązania postrzegane jako nieważne – a przez to częściej wyśmiewane niż odbierane pozytywnie. I to jest zasadniczy problem. Dlatego mówię, że ten rząd zawiódł pracowników: zamiast spójnych, systemowych działań mamy propozycje okrojone, połowiczne albo takie, które stają się przedmiotem kpin.

Reklama
Reklama

Za dwa lata ministrem pracy może zostać jednak Sławomir Mentzen albo ktoś inny z Konfederacji. 

Dlatego – i to jest, moim zdaniem, ważny przekaz dla rządu – wciąż jest jeszcze czas. Wybory odbędą się jesienią przyszłego roku. Ten rząd musi jednak radykalnie zmienić kurs i wreszcie zacząć realnie myśleć o postulatach pracowniczych. Nie może być tak, że w imię obrony przedsiębiorców – traktowanych zawsze jako strona najważniejsza – zapomina się o pracownikach, a nawet nie realizuje się obietnic składanych w kampanii wyborczej. Bo przecież kwota wolna od podatku nie była postulatem żadnego mniejszego koalicjanta, jak np. Lewicy, lecz Koalicji Obywatelskiej. Wciąż jest czas, by wsłuchać się w sensowne propozycje wychodzące z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, ale też, by uważnie przeczytać program OPZZ i postulaty związków zawodowych w Polsce. Naprawdę jeszcze wiele można zrobić. Ostatecznie to wyborczynie i wyborcy wystawią temu rządowi ocenę. A na razie widzę u wyborców zniechęcenie, część może nie ruszyć do urn wyborczych albo poszuka jakiejś nowej alternatywy.

A poszedłby pan jeszcze raz w takim marszu, jak w 2023 r.?

Na pewno nie.

Foto: rp.pl/Weronika Porębska

A co by pan powiedział młodym, którzy na rynku pracy często czują się bezsilni? 

Trzeba otwarcie przyznać, że instytucje, które mają ich wspierać, po prostu są zbyt słabe. PIP jest niedofinansowana, ma nieskuteczne narzędzia. Sądy pracy są niesprawne. Powiedziałbym więc młodym, że rozumiem ich odczucia.  

Słyszałem ostatnio pytanie, że „jesteśmy niby 20. gospodarką świata, ale co ja z tego mam? Nie mam stabilnej pracy, szans na mieszkanie, na założenie rodziny”...

Młodzi mają większą odwagę niż starsze pokolenie mówić o tym otwarcie. Widać to w dyskusji o PIP. Niektórzy właśnie dlatego przystępują do związków zawodowych. I dlatego patrzę na naszą pracę z optymizmem, nawet w zmieniającym się świecie. Przed związkami zawodowymi przyszłość.

Reklama
Reklama
Rozmówca

Piotr Ostrowski

Rocznik 1977. Przewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, doktor nauk humanistycznych, wiceprzewodniczący Rady Dialogu Społecznego, członek Komitetu Wykonawczego Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych, członek Rady Generalnej Międzynarodowej Konfederacji Związków Zawodowych, zastępca członka Rady Administracyjnej Międzynarodowej Organizacji Pracy

Policja
Nietykalna sierżant „Doris”. Drugie życie tajnej policjantki
Polityka
Protest w Sejmie. Rolnicy zapowiadają, że nie wyjdą z budynku. Żądają spotkania z Tuskiem
Polityka
Prezydenckie weta - merytoryczne, czy to wynik kalkulacji? Najnowszy sondaż
Polityka
Kongres Konfederacji Grzegorza Brauna w Łochowie. Przychód z imprezy wspomoże Ukrainę
Polityka
Sondaż CBOS. KO na czele. Koalicja Konfederacji wyprzedza PiS
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama