Ale czy w świecie, w którym
coraz większe znaczenie ma i będzie miała sztuczna inteligencja, automatyzacja i głębokie zmiany na rynku pracy, nie ma pan czasem poczucia, że jako związkowiec
funkcjonuje jak relikt – dinozaur biegający po świecie, w który już
uderzyła kometa?
Absolutnie nie. Nie zgadzam się na takie porównanie. Z tych 16 mln pracowników w Polsce mniej więcej 1,5 mln należy do związków zawodowych – oczywiście nie tylko do OPZZ, także do innych organizacji. To ogromna siła. Czy oni wszyscy to dinozaury? Dla porównania: członkostwo w partiach politycznych w Polsce jest dziś nieporównywalnie mniejsze. Tym bardziej niezrozumiałe i trudne do wytłumaczenia wydaje mi się nieliczenie się ani z 16-mln rzeszą pracowników, ani z 1,5-mln grupą związkowców.
A jak wygląda teraźniejszość OPZZ? Czy to wciąż
organizacja ludzi w średnim wieku?
Młodzi ludzie również zapisują się do związków zawodowych. Nie mamy do czynienia z sytuacją, w której związki w sposób naturalny odchodzą do przeszłości, bo po prostu nikt już do nich nie wstępuje. Fakt, że ogólna liczba członków od wielu lat pozostaje na podobnym poziomie, dobitnie świadczy o tym, że zapisują się też nowe osoby. Dotyczy to również organizacji zrzeszonych w OPZZ.
Jak oczekiwania młodszych członków związków różnią się od oczekiwań tych, którzy
zapisywali się do nich np. w latach 90.?
To się oczywiście zmienia. W związkach zawodowych widzimy dziś dwie podstawowe motywacje przynależności. Pierwsza ma charakter idealistyczny – ktoś ma przekonanie, że warto działać wspólnie na rzecz pracowników i wprost odwołuje się do potrzeby działania zbiorowego. Druga jest bardziej indywidualistyczna, materialistyczna i polega na tym, że ktoś zapisuje się do związku, bo oczekuje konkretnych korzyści: większej stabilności, bezpieczeństwa czy wyższego wynagrodzenia. Młodsi pracownicy w większym stopniu kierują się właśnie tym drugim, bardziej transakcyjnym podejściem. Często zadają pytanie: „Co ja z tego będę miał?”. Związek zawodowy musi więc stosunkowo szybko pokazać, że jest im realnie do czegoś potrzebny, że opłacanie składki przekłada się na konkretne, namacalne korzyści. Jeśli ich nie widzą, bardzo często rezygnują z członkostwa. Dla wcześniejszych pokoleń, w okresach, gdy związki zawodowe były liczniejsze i silniejsze, charakterystyczna była natomiast silniejsza motywacja idealistyczna – przekonanie o sensie wspólnego działania samo w sobie.
A czy nie jest tak, że to w pewnym sensie same związki zawiodły
tych idealistycznych pracowników? Skoro mówi pan o rozczarowaniu rządem, to ktoś mógłby zapytać: czy
związki nie uwikłały się zbyt mocno w politykę? Padają takie argumenty – choćby
ten, że jedni związkowcy maszerowali z obecną koalicją, a inni wcześniej bardzo
blisko współpracowali z PiS.
Związki zawodowe w różny sposób wchodziły w relacje z polityką – także w swojej historii. OPZZ również ma przeszłość silnych relacji z lewicą i współtworzenia Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Trzeba jednak jasno powiedzieć: związki z natury rzeczy są podmiotami politycznymi, bo reprezentują określone interesy i formułują postulaty wobec państwa. Nie są i w żadnym wypadku nie powinny być jednak organizacjami partyjnymi. Nie chcę oceniać działań innych central związkowych. Również wewnątrz OPZZ istnieją różne opinie na temat tego, jak inne związki funkcjonują w przestrzeni publicznej. Mamy świadomość, że także w naszych szeregach są ludzie o bardzo różnych poglądach i przekonaniach. Oparcie się na jednej partii politycznej byłoby dla wielu z nich niezrozumiałe. Niewątpliwie jesteśmy jednak postrzegani jako organizacja demokratyczna. Nasza bliskość wobec ówczesnej demokratycznej opozycji wynikała właśnie z tego przekonania i miała taki, a nie inny wymiar.
Skoro cały czas balansujemy
między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, nie sposób pominąć wątku, który dziś budzi
największe emocje na styku polityki i świata pracy, czyli reformy Państwowej Inspekcji Pracy. Czy z pana perspektywy to w ogóle dobry
kierunek zmian? Chodzi o decyzję, by zamiast pełnego ozusowania umów cywilnoprawnych
wpisać do KPO właśnie reformę PIP.
Początkowo nam się to nie podobało – uważaliśmy, że pierwotne rozwiązanie było dobre. Gdy jednak doszło do zmiany, uznaliśmy, że poczekamy na efekty i rezultaty. Propozycje, które później wychodziły z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ramach tzw. drugiego kamienia milowego, także akceptowaliśmy. Każda reforma i każda zmiana, która poprawia albo cywilizuje rynek pracy – a więc prowadzi do eliminowania sytuacji, w których prawo jest łamane poprzez fikcyjne zatrudnianie na umowach cywilnoprawnych, tzw. umowach śmieciowych czy kontraktach B2B – jest z naszego punktu widzenia krokiem w dobrą stronę. Jesteśmy w końcu tu i teraz, z kamieniem milowym, który został zmieniony i zależy nam na tym, by został on jak najszybciej realnie wdrożony. Jeśli rozbierać całą tę dyskusję na czynniki pierwsze, kluczowe jest dla nas to, by nowe rozwiązania rzeczywiście zaczęły działać w praktyce.