We wtorek, 6 stycznia, podczas gościnnych występów w Paryżu, premier Donald Tusk ogłosił, że nie będzie dalszych prac nad reformą Państwowej Inspekcji Pracy, a sprawę uważa za zamkniętą. Ustawa o PIP miała m.in. doprowadzić do stopniowej zamiany części umów cywilnoprawnych na etaty. Tempo i sposób tych zmian jest kością niezgody wśród koalicjantów.
Cofnijmy się nieco w czasie. Po fatalnym dla Platformy Obywatelskiej 2015 r., gdy oddała władzę i fotel prezydenta, część partyjnych tuzów zaczęły nachodzić refleksje nad przyczynami porażki. W tym nurcie – przyznajmy jednak, że niezbyt mocnym – Michał Boni udziela w 2016 r. szczerego wywiadu „Gazecie Wyborczej”, w którym za jeden z powodów klęski uważa zignorowanie zmian na rynku pracy, a elastyczne formy zatrudnienia wprost nazywa „złem” i opisuje długoterminowe patologie, do jakich prowadzą. Równocześnie jednak mówi: „W sytuacji politycznej nawalanki rozmowa o kodeksie pracy to jest rzeź”. Ten wywiad to łabędzi śpiew politycznej kariery Boniego.
Zablokowanie reformy PIP, czyli koalicja gra przeciw własnym wyborcom
Co się od tamtej pory, po blisko dekadzie, zmieniło? Niewiele. Elastyczne formy pracy mają się dobrze, polityczna nawalanka tylko przybrała na sile, partia Donalda Tuska znów jest u władzy. Zmienił się za to świat i wyborcy KO. W badaniu IBRiS przeprowadzonym na zlecenie „Rzeczpospolitej” aż 71 proc. wyborców koalicji rządzącej popiera pomysł, by inspektorzy PIP mogli zamieniać elastyczne umowy na etaty. Przemyślenia Michała Boniego w 2026 r. są więc równie aktualne jak w 2016 r., bo blokując koalicyjny projekt, Tusk gra przeciw własnym wyborcom. Ale też przeciwko własnym koalicjantom.
Projekt reformy PIP, wielokrotnie łagodzony, wyszedł z resortu pracy, którego szefowa, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk jest polityczką Nowej Lewicy. Dla lewicy, która w 2015 r. do Sejmu w ogóle nie weszła, czasy rządów PiS to strategiczna porażka, bo partia Jarosława Kaczyńskiego przejęła lewicowe założenia polityki społecznej. Miała też odpowiednie środki z budżetu państwa, by tę politykę realizować. Nie miejmy jednak złudzeń, więcej w tym było kupowania głosów wyborców niż reform strukturalnych.
A lewica? Politykę społeczną zaczęła traktować nieco po macoszemu, skupiając się raczej na obronie praw grup wykluczonych. Porzuciła ją jednak znacznie wcześniej, bo dawne SLD tylko z nazwy było lewicowe, a z działania było klasyczną partią liberalną i mieszczańską.
Czytaj więcej:
Ponad 60 proc. osób uważa, że nadanie nowych uprawnień PIP do przekształcania umów cywilnoprawnych w stosunek pracy to dobre rozwiązanie – wynika z...
Pro
Polityka i pieniądze
Teraz jest szansa, by to zmienić. Lewica jest u władzy i może współkształtować prawo. Z badania IBRiS można wysnuć wniosek, że zmiany na rynku pracy to dla jej wyborców sprawa kluczowa. Ale wybór ma iście diabelski – jeśli postawi się premierowi, koalicja może się rozpaść, bo Tusk nie nawykł ustępować. W najgorszym scenariuszu mamy przedterminowe wybory. Ale jeśli premierowi ustąpi, to przestanie reprezentować interesy własnych wyborców. A wtedy nie ma pewności, czy w 2027 r. w ogóle się do Sejmu dostanie.
Możliwe, że na stole jest jeszcze kompromis, ratujący twarz Lewicy i silne przekonania Tuska, że nowelizacja ustawy jest niebezpieczna dla polskiej gospodarki, a ignorowanie zdania przedsiębiorców wpycha ich w ramiona Konfederacji. Ale nawet taki kompromis nie zmyje już wrażenia, że koalicjanci nie są w stanie dogadać się w kluczowej dla ich wyborców sprawie. Pozwoli za to przetrwać rządowi.
Nie ma odwrotu od reformy rynku pracy
Oczywiście, jak w większości przypadków, sprawa nie jest zerojedynkowa. Nie tylko o politykę tu wszak chodzi. Na umowach cywilnoprawnych pracuje dziś ok. 2,4-2,5 mln osób. Koszty ich zamiany na etaty byłyby dla polskich firm ogromne. Nawet jeśli zostałyby rozłożone w czasie i zmieniane przez kilka lat. Najprawdopodobniej prowadziłoby to do znaczącej utraty konkurencyjności polskich przedsiębiorstw. Gdyby doprowadziło to do wzrostu bezrobocia, polityczne koszty dla rządzących mogłyby być mordercze.
Czytaj więcej
Trwają prace nad projektem reformy Państwowej Inspekcji Pracy przygotowywanej w MRPiPS. Mimo że resort usunął zapis dotyczący rygoru natychmiastowe...
Tutaj wybór też nie jest więc łatwy. Tyle że konieczny, bo reforma PIP to jeden z kamieni milowych w realizacji i odblokowaniu funduszy z Krajowego Planu Odbudowy. Nie ma odwrotu. Polski rynek pracy trzeba zreformować. Tyle że nie tylko z powodu zewnętrznego przymusu. Po pierwsze, jest społeczny nacisk na zwiększenie poczucia bezpieczeństwa Polaków. Po drugie, Polska się starzeje, wzrost składek na ubezpieczenia emerytalne i zdrowotne pozwoli odsunąć w czasie inne, niezbędne reformy. Choć zapewne przed koniecznością ich wprowadzenia nie uchroni.
Nigdy nie ma dobrego momentu na reformy
Tymczasem dzieje się to samo, co za poprzednich, właściwie wszystkich rządów w XXI w. – rozwiązanie jest odkładane w czasie, byleby nie ponieść jego konsekwencji. „Nie było chęci, żeby przyznać głośno, że polityka społeczna to duży koszt dla budżetu i że ten koszt warto ponieść. Edukacja, kapitał społeczny, demografia to są pełnoprawne inwestycje” – mówił Michał Boni we wspomnianym wywiadzie sprzed dekady.
O tym, że zmiany w prawie pracy są jednym z wymogów odblokowania środków z KPO, obecna koalicja wie od dawna. Mogła się do tego przygotować, a długoterminową strategię zmian stworzyć przed wyborami. Co jednak zrobiła? Kontynuowała szybką waloryzację płacy minimalnej, wprowadzoną za czasów PiS. Może z nadzieją, że inflacja szybko spadnie. Tylko czemu tej nadziei zwykle nie widać w założeniach budżetowych?
Czytaj więcej:
Już ponad 3 mln firm i instytucji działa w naszym kraju, wynika z danych ZUS. W tym roku wzrosła liczba samozatrudnionych, ale zmalała firm najmnie...
Pro
Wspominam płacę minimalną nie bez powodu. W 2015 r., gdy PiS obejmował władzę, wynosiła 1 706 zł, a od tego roku 4 806 zł – ponad 180 proc. więcej. Szybki wzrost kosztów pracy to jedna z rzeczy, na które narzekają od lat polscy przedsiębiorcy. Podobnie jak pomysły tzw. ozusowania umów czy zamiany umów cywilnoprawnych na etaty. A może lepiej byłoby zamrozić waloryzację, a stopniowo zmieniać zasady zawierania umów? Oczywiście, trzeba byłoby wpierw dokładnie policzyć rozkład kosztów w czasie. Najlepiej już w 2023 r. Ale to już reforma, a nie zachowanie odziedziczonego po poprzednikach stanu rzeczy.
Jeśli przez zaniechania w polityce społecznej obecna koalicja odda w kolejnych wyborach władzę, będzie mieć mogła pretensje tylko do siebie. Bo PiS ją na pewno w tej sprawie będzie starał się przelicytować. Nie wiadomo tylko, czy znajdzie się jakiś nowy Michał Boni, żeby powiedzieć szczerze, dlaczego tak się stało. Zresztą – i tak będzie za późno.