Miesiąc temu na portalu X zaproponowałem, by politycy – chcąc oprzeć wybór sędziowskiej części Krajowej Rady Sądownictwa na rekomendacjach środowiska – dokonali klarownej autolimitacji w formie uchwały Sejmu. Z satysfakcją odnotowuję, że koalicja rządząca zamierza przyjąć uchwałę, w której zobowiąże się do uszanowania woli sędziów. To krok w dobrą stronę, ale diabeł, jak zawsze w polskim sporze o wymiar sprawiedliwości, tkwi w procedurach. Aby ten tzw. plan B nie stał się zarzewiem kolejnego kryzysu, musi on spełnić trzy fundamentalne warunki: Sejm musi złożyć jasną deklarację, zasady wyłaniania kandydatów muszą być uznane za uczciwe przez samych sędziów, a finał procesu musi być wierny złożonej obietnicy.

Czytaj więcej

Tak koalicja chce zalegalizować prawybory do KRS. PiS idzie do Trybunału

Między prawem a umową społeczną

Sytuacja jest karkołomna. W mocy pozostaje ustawa o KRS w brzmieniu z grudnia 2017 r., która ostateczny głos w procesie wyboru 15 sędziów-członków Rady przyznaje Sejmowi. Koalicja, której nie udało się zmienić tego prawa, szuka drogi pośredniej. Chce, by to sędziowie wskazali posłom, kogo ci powinni poprzeć.

Tu pojawia się kluczowy spór o nazewnictwo i formę, który nie jest jedynie semantyką. W wezwaniu dziesięciu z jedenastu prezesów sądów apelacyjnych mowa jest o „opiniowaniu”. W projektach politycznych częściej słyszymy o „wyborach”. Ta druga nazwa jest prawnie ryzykowna i politycznie nieroztropna. W świetle prawa wyboru sędziów do KRS dokonuje Sejm. Każda próba nadania procedurze zbierania głosów sędziowskich pozorów „wyborów”, narazi proces na zarzut nielegalności i da argument Prezydentowi RP do kwestionowania nominacji. Rozwiązaniem jest rzetelne, powszechne opiniowanie kandydatów przez sędziów, o które zadba Sejm – jako suwerenny dysponent procesu.

Czytaj więcej

Mateusz Mikowski: Podwójne zaprzeczenie w sprawie KRS

Pułapka braku jednolitości

Na razie do zorganizowania „wyborów” zgłaszają się przedstawiciele Ministerstwa Sprawiedliwości. Niektórzy prezesi sądów gotowi są zwołać zgromadzenia sędziów, na których ci mieliby wyrazić swoje zdanie o kandydatach. Tylko co się stanie, jeśli różne zgromadzenia sędziowskie przyjmą odmienne zasady wyłaniania swoich faworytów? Historia zna przypadki, gdy różne zgromadzenia sędziów stosowały różne metody wyrażania opinii o kandydatach na wolne stanowiska sędziowskie.

Dziś pod ostrzałem krytyki jest pomysł, by każdy sędzia mógł poprzeć aż 15 osób. A co, jeśli część zgromadzeń uzna, że uczciwszy i bardziej reprezentatywny jest system „jeden sędzia – jeden głos” (lub maksymalnie trzy wskazania)? Jak w takim chaosie porównać wyniki? Co zrobić, gdy część prezesów odmówi zwołania zgromadzeń? Nie ma jednolitego samorządu sędziowskiego, a zgromadzeń sędziów jest w Polsce ponad 400. Dlatego Sejm, przerzucając odpowiedzialność za dostarczenie opinii na sędziów, zamawia sobie kłopoty. Sejm nie musi w uchwale dekretować każdego technicznego detalu, ale musi wskazać jeden, neutralny ośrodek koordynujący, który dostarczy sędziom jasną „mapę drogową”. Bez tego plan B utonie w proceduralnym bałaganie.

Czytaj więcej

Prezydent zawetował ustawę o KRS. Oto jakie zapisy się w niej znalazły

Logistyka to nie polityka

Żeby opiniowanie spełniło swoją funkcję, musi w nim wziąć udział większość sędziów. Legitymacja tego procesu zależy od zaufania. Jeśli organizacja procesu zostanie powierzona Ministerstwu Sprawiedliwości i nominowanym przez resort prezesom, wynik zawsze będzie obarczony cieniem podejrzeń o sterowalność.

Z punktu widzenia operacyjnego, zebranie rzetelnych, anonimowych opinii od blisko dziesięciu tysięcy sędziów to zadanie porównywalne do badań ankietowych. It’s not rocket science. Wymaga jednak doświadczenia w realizacji takich przedsięwzięć, którego – przy całym szacunku – ani resort sprawiedliwości, ani prezesi sądów nie posiadają. Na razie na stole mamy przepis na frekwencyjną i merytoryczną katastrofę. O jej skali posłowie przekonają się za jakiś miesiąc, gdy będzie już za późno. Ale być może komuś zależy, aby przeprowadzić cały proces w taki sposób, że wezmą w nim udział wyłącznie sędziowie sympatyzujący z ministrem Żurkiem?

Sejm jako gospodarz, a nie fasada

Politycy partii tworzących „Koalicję 15 października” obiecywali „oddanie KRS sędziom”, więc to oni potrzebują rzetelnych „prawyborów”, a nie ministerstwo lub liderzy sędziowskich organizacji. Krytycy z prawej strony podnoszą alarm, że to próba obejścia ustawy. Niekoniecznie. Marszałek Sejmu, zgodnie z art. 11a ust. 6 ustawy o KRS (uchwalonej nota bene przez Zjednoczoną Prawicę), jest nawet zobowiązany do zasięgania informacji o kandydatach.

Czytaj więcej

Jak zorganizować prawybory do KRS? Prezesi sądów apelacyjnych ujawniają

Nic nie stoi na przeszkodzie, by Sejm, działając w duchu ustawy, zlecił zbadanie opinii środowiska sędziowskiego. Marszałek lub Prezydium Sejmu mogliby powołać zespół neutralnych ekspertów – osób potrafiących zarządzać badaniami społecznymi i znających sądownictwo – którzy skoordynowaliby proces w całym kraju. Taki zespół dawałby sędziom poczucie bezpieczeństwa i pewność, że ich głos nie zostanie zmarnowany.

Tylko procedura uznana za poufną, uczciwą i reprezentatywną pozwoli na wybór członków KRS, który zyska powszechne uznanie. Każda inna droga – zwłaszcza ta „na rympał”, z ordynacją premiującą środowiska sprzyjające aktualnej władzy – skończy się bojkotem, brakiem legitymacji i kolejną dekadą podważania ważności najważniejszego organu stojącego na straży niezależności sądów. Czas na profesjonalizm, nie na partyjną improwizację.

Autor jest założycielem i prezesem zarządu Fundacji Court Watch Polska