Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski dotrzymał słowa. W pierwszych słowach swojego wystąpienia podkreślił, że to już dziesiąty raz, kiedy przedstawia przed Sejmem wytyczne polityki zagranicznej RP. Ale też obiecał, że w rutynę nie wpadnie.
I faktycznie, jeszcze nigdy szef MSZ wolnej Polski nie wyraził tak daleko idącej ostrożności wobec sojuszu z Ameryką. Sikorski, co prawda, starannie podkreślił, że Ameryka pozostaje najważniejszym partnerem naszego kraju, gdy idzie o bezpieczeństwo. Przypomniał też obietnicę Donalda Trumpa utrzymania, a może i zwiększenia liczebności amerykańskich wojsk nad Wisłą.
Czytaj więcej
Dla Stanów Zjednoczonych bardzo trudno byłoby zaakceptować po wyborach parlamentarnych rząd z udz...
Ale od razu dodał, że nie możemy być „frajerami”, którzy nie dostrzegają, jak zmienia się Ameryka. A zmienia się dla Polski niekorzystnie. Europa nie tylko spada na coraz dalsze miejsce na liście priorytetów Waszyngtonu, ale Biały Dom potencjalnie widzi Rosję jako partnera gospodarczego po ewentualnym resecie. Minister wskazał, jak administracja Trumpa wprowadza wobec Europy arbitralne cła, grozi przejęciem jej terytoriów (Grenlandia) i wspiera partie skrajnej prawicy (jak AfD). Sikorski przypomniał też, jak na Konferencji Jałtańskiej prezydent Roosevelt uzyskał zapewnienie Stalina, że Związek Radziecki wejdzie do wojny z Japonią. Ale w zamian zgodził się, aby Polska i reszta Europy Środkowej znalazły się pod wpływem Moskwy. – Ameryka swoje interesy narodowe zapewniła, my za nie zapłaciliśmy – oświadczył minister.