Nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie może wynieść przychód pracownika, który wykorzystuje do prywatnych celów elektryczny samochód udostępniony mu przez pracodawcę. Dlaczego? Bo przepisy mówiące o ryczałtowym przychodzie (250 lub 400 zł) odnoszą się tylko do tradycyjnych aut.

– Niestety, ustawa o PIT jest niedopasowana do nowoczesnych rozwiązań technologicznych – mówi Marta Szafarowska, doradca podatkowy i partner w kancelarii Gekko Taxens.

Ryczałt miał ułatwić życie pracodawcom

Z obecnych przepisów wynika, że jeśli pracownik jeździ prywatnie firmowym samochodem, pracodawca powinien naliczać mu co miesiąc zryczałtowany przychód. W wysokości uzależnionej od pojemności silnika pojazdu (do 1600 cm sześc. jest to 250 zł, powyżej – 400 zł).

Czytaj także: Koszty podatkowe: dwa samochody w małej firmie

Ta zasada obowiązuje od 2015 r. i miała uprościć życie przedsiębiorcom, którzy wcześniej zmuszani byli przez skarbówkę do naliczania przychodu według cen rynkowych, czyli stosowanych przez wypożyczalnie aut.

– Zapytałem w Krajowej Informacji Skarbowej, czy ryczałt można naliczyć pracownikowi, który wykorzystuje do celów prywatnych służbowy samochód elektryczny. Odpowiedzieli, że nie można, bo nie ma pojemności silnika. A przychód trzeba określić na zasadach ogólnych – napisał do nas czytelnik.

Astronomiczny przychód

Sprawdziliśmy, jakie są ceny wynajmu samochodu, o którym pisze czytelnik. Okazuje się, że za miesiąc wychodzi ponad 20 tys. zł.

– Zgodnie ze stanowiskiem skarbówki pracodawca powinien naliczyć pracownikowi taki przychód. Wyjdzie z tego bardzo duży podatek (liczony według stawki 17 albo 32 proc.), który trzeba przecież potrącić z pensji pracownika. Przez to, że korzysta z elektrycznego auta, dostanie dużo mniej na rękę – mówi Wojciech Jasiński, konsultant podatkowy w ATA Finance.

Z podejściem fiskusa nie zgadza się Marta Szafarowska. – Auto elektryczne też jest przecież służbowym samochodem, skoro nie obejmuje go przepis o szczególnych zasadach naliczania przychodu, nie naliczamy go w ogóle. Wskazuje na to też wykładnia celowościowa, rząd wspiera przecież elektromobilność. Dziwne byłoby, gdyby samochody elektryczne miały być opodatkowane na zdecydowanie gorszych zasadach niż zwykłe – argumentuje ekspertka.

Zdaniem Wojciecha Jasińskiego mniej ryzykownym rozwiązaniem niż nienaliczanie w ogóle przychodu jest przyjęcie 250 zł ryczałtu, zakładając, że auto elektryczne jest samochodem o pojemności silnika do 1600 cm sześc. (bo pojemność wynosi zero).

Ale to też fiskusowi może się nie spodobać.

– Sytuacja jest trudna: mamy do wyboru albo naliczanie astronomicznego przychodu pracownikowi, albo spór ze skarbówką. Wydaje się, że ustawodawca powinien jak najszybciej uzupełnić przepisy – podsumowuje ekspert.

Problemów nie powinno natomiast być z samochodami hybrydowymi.

– Mają silnik mieszany: elektryczno-spalinowy, powinno się więc stosować do nich przepisy o ryczałcie – tłumaczy Marta Szafarowska.

Rząd urealnia ambitne plany

Jak pisaliśmy w „Rzeczpospolitej" z 4 września, w Polsce rośnie popyt na auta elektryczne, ale ciągle jest ich mało (niecałe 6,5 tys.).

Przyczyn jest kilka, m.in. wysokie ceny, brak dopłat (stymulujących rynek w innych krajach) czy niewystarczająca infrastruktura do ładowania pojazdów.

Rząd zresztą wycofał się już z ambitnego planu miliona samochodów elektrycznych na 2025 r. W nowej strategii zrównoważonego rozwoju transportu zaplanowano „wzrost floty samochodów elektrycznych i hybrydowych, których liczba w roku 2030 może osiągnąć ponad 600 tys. sztuk" („Rzeczpospolita" z 26 września).

OPINIA

Michał Kowalski, adwokat i doradca podatkowy w kancelarii KNDP

Brak przepisów podatkowych określających zasady rozliczania ekologicznych samochodów może utrudnić rządowe plany rozwoju elektromobilności. Trudno bowiem wymagać, aby firmy inwestowały w elektryczne auta, skoro mają naliczać pracownikom, którzy z nich korzystają, przychód według cen z wypożyczalni. Zwróćmy uwagę, że pracodawca, który kupi dla pracownika samochód z dużym silnikiem spalinowym (powyżej 1600 cm3), naliczy mu 400 zł przychodu miesięcznie, natomiast przy elektrycznym aucie ten przychód może wynieść ponad 20 tys. zł. I może się okazać, że podatek od możliwości korzystania z elektrycznego samochodu jest wyższy niż płacony od pensji. Nie można tego uznać za zachętę do ekologicznych inwestycji. Potrzebne są nowe przepisy albo przynajmniej rozstrzygająca wątpliwości na korzyść podatników, proekologiczna interpretacja.