Tuż po ogłoszeniu wyników pierwszej tury wyborów przez media przelała się fala analiz na temat różnic dzielących elektoraty Jarosława Kaczyńskiego i Bronisława Komorowskiego. Część komentatorów odwoływała się do mapy Polski, którą jakby na pół przełamały wyborcze preferencje Polaków. Dominowało tłumaczenie, że za tak jednoznaczny wynik wyborczy odpowiedzialne są rozbiory.

[wyimek]Głosujące na kandydata PO Lubuskie i Zachodniopomorskie nie są znacząco lepiej wykształcone od wspierających kandydata PiS Białostockiego i Podkarpacia[/wyimek]

Ale posługiwanie się tym modelem do analiz współczesnej Polski jest mało adekwatne. Połowa obecnych województw (głównie tych zachodnich i północnych) w całości lub po części składa się z ziem, które w ogóle nie wchodziły w skład XVIII-wiecznej Rzeczypospolitej. Nadto odwoływanie się do spuścizny rozbiorów daje niejednoznaczne wyniki. Przecież zdecydowana większość obecnych mieszkańców ziem odzyskanych pochodzi z dawnych Kresów, więc byli poddanymi cara Rosji. No i w tej chwili cały model się sypie: ziemie odzyskane poparły Komorowskiego, a w Kongresówce zwyciężył Kaczyński.

[srodtytul]Ciemnota i biedota[/srodtytul]

Prócz wspominania o zamierzchłej przeszłości w wypowiedziach ekspertów dominowała inna sztampa dotycząca dwóch istotnych wskaźników rozwoju cywilizacyjnego: wysokości dochodu narodowego na głowę mieszkańca i poziomu wykształcenia. Wedle tych wskaźników kandydata PiS poparli słabiej wykształceni i mniej zamożni. Wzorcowym przykładem takiej narracji był prof. Henryk Domański z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Jego opis elektoratu Kaczyńskiego można zmieścić w dwóch słowach: ciemnota i biedota.

Ale twierdzenie o zdecydowanym zwycięstwie Komorowskiego wśród ludzi wykształconych to chyba lekka przesada. Sporą różnicę widać wśród wyborców z dyplomem wyższej uczelni (37 proc. do 24 proc.). W grupie ludzi z wykształceniem średnim jest już równowaga (po 41 proc.). Przy generalnym wyniku Kaczyńskiego (ok. 36 proc.) to nie jest porażka, to nadreprezentacja.

Ponadto utożsamianie dyplomu wyższej uczelni ze wskaźnikiem rozwoju cywilizacyjnego z wielu względów może się okazać zawodne. Bo nie do końca jest tak, że mamy do czynienia z grupą ludzi wyłącznie mądrych i światłych, w swoich wyborach kierujących się głównie dobrem politycznej wspólnoty. Wielu z nich (w grupie starszych) głosuje w zgodzie ze swoim życiorysem lub z wdzięczności za awans społeczny w czasach PRL.

Jeszcze trudniej jest z ludźmi młodymi, którzy na skutek boomu edukacyjnego ostatnich lat w znacznej mierze stanowią o obliczu całej grupy. Łatwość dostępu do akademickich dyplomów stawia dziś fundamentalne pytanie o stan umysłów ich posiadaczy. Beneficjenci polskiej oświaty czy może jej ofiary? W jakim stopniu posiadacz dyplomu (nie tylko wieczorowego hotelarstwa) to światły obywatel, a w jakim co najwyżej punkt nadawczo-odbiorczy medialnych komunałów?

Odwoływanie się do argumentu wykształcenia nie wyjaśnia nic także w sprawie dzielnicowego układu preferencji wyborczych. Głosujące na kandydata PO Lubuskie i Zachodniopomorskie nie są przecież znacząco lepiej wykształcone od wspierających kandydata PiS Białostockiego i Podkarpacia.

[srodtytul]Nawet złote drogi nie pomogą[/srodtytul]

Medialni eksperci podkreślają wsparcie udzielone Komorowskiemu przez zamożniejsze regiony Polski. Rzeczywiście, pomijając Mazowsze, którego dochód narodowy na głowę mieszkańca znacząco zawyża aglomeracja warszawska, na kandydata PO głosowały województwa o wyższym dochodzie na głowę mieszkańca. Ale przecież za Komorowskim opowiedziały się także Mazury – jeden z najbiedniejszych regionów kraju. Podobnie jak mieszkańcy znacznych obszarów Zachodniopomorskiego, borykającego się z problemem biedy i bezrobocia. Dlaczego tam społecznie wykluczeni nie głosowali na Kaczyńskiego?

Ciekawie wygląda też porównanie sąsiadujących ze sobą: warmińsko-mazurskiego i Podlasia. Stopień zamożności niemal ten sam, a wynik wyborów – odwrotny. Podlasie głosowało na szefa PiS, a dawne Prusy Wschodnie na kandydata Platformy. Model zamożnej Polski A Komorowskiego i biednej Polski B Kaczyńskiego tutaj też się nie sprawdza. A co w tym modelu zrobić z amerykańską Polonią, która do definicji zapyziałego zaścianka trochę nie pasuje? Przecież tu – wręcz druzgocąco – mógł wygrać tylko kandydat PiS.

Brak możliwości prostego przełożenia pieniędzy na sukces wyborczy wskazują też działacze PO. Jeden z nich powiedział publicznie, że gdyby nawet udało się im wybudować na Lubelszczyźnie złote drogi, to i tak Platforma nie ma tam czego szukać. Dlaczego? Ano dlatego, że stopień zamożności to tylko jeden i czasem zawodny element analizy preferencji wyborczych Polaków. Nie świadczy on nawet o poziomie cywilizacyjnym poszczególnych regionów.

Z faktu, że ziemie poniemieckie zajęte przez Polaków po 1945 r. były lepiej zagospodarowane i leżą bliżej Niemiec (co niewątpliwie ułatwia interesy), niewiele wynika. W opisie poziomu cywilizacyjnego liczą się inne czynniki, takie jak dorobek kultury materialnej czy wartości duchowe. Ważne jest też coś, co sprawia, że kim innym jest Polak mieszkający pod Łomżą, w Nowym Targu, Rykach, Siedlcach czy nawet w Wilnie: genius loci.

Na zachodzie Polski wspólnota polityczna rodziła się ledwie kilkadziesiąt lat temu, czasem w warunkach zbliżonych do scen z filmów o Dzikim Zachodzie. Tu proste przekładanie dochodu na poziom cywilizacyjny budzi wątpliwości. No bo czy Szczecińskie lub Zielonogórskie (po 28 tys. zł rocznie na głowę mieszkańca) tak wyraźnie górują cywilizacyjnie nad Krakowskim (ledwie 26 tys.)? Jak pobudują tam jakiś Wawel, to się za 500 lat zobaczy.

[srodtytul]Kulturowa pustynia[/srodtytul]

Warto się zatrzymać na problemie piętna, jakie na preferencjach politycznych Polaków odcisnęły konsekwencje II wojny światowej i zmian społecznych z okresu PRL. Z tego punktu widzenia widać, że kandydat PiS wygrał niemal wyłącznie na ziemiach, które przed wojną wchodziły w skład niepodległego państwa polskiego. Tu wydarzenia z lat 1939 – 1989 w najmniejszym stopniu dokonały ingerencji w wielowiekową tkankę społeczną. Wokół wsi i miasteczek znajdują się świątynie, świadectwa kultury materialnej i wojenne cmentarze przypominające o wielowiekowej wspólnocie. Obszar, na którym wygrał Kaczyński, idealnie pokrywa się z mapą najbardziej intensywnych walk powojennego podziemia.

Inaczej rzecz się ma na tak zwanych ziemiach odzyskanych. Tu o kształcie społecznym terenów opuszczonych przez Niemców decydowała głównie ludność napływowa przesiedlana z centralnej Polski i dawnych Kresów II RP. Jej drugie życie rodziło się na kulturowej pustyni. Komuniści nie byli tu ciałem obcym jak na ziemiach II RP, tylko organizatorem życia społeczno-politycznego. Po amputacji przeszłości i wyrwaniu z naturalnego środowiska ludność dawnych Kresów Wschodnich łatwiej ulegała wykorzenieniu. Wyniki w postaci znacznego poparcia udzielanego tu postkomunistom w każdych wyborach są znaczące. Ten elektorat przejął Bronisław Komorowski.

Na inne niż tylko dyplom i pieniądze uwarunkowania preferencji wyborczych Polaków wskazuje wiele drobnych ciekawostek i odmienności, które można dostrzec na mapie głosujących powiatów. Na Białostocczyźnie wyraźnie widać powiaty sejneński i hajnowski, które głosowały na kandydata PO. 24 czerwca obydwu regionom poświęcono znaczną część TVN-owskiego dziennika.

Materiał, który rzekomo szukał prawdy na temat tego fenomenu, ilustrowały wypowiedzi napotkanych mieszkańców w stylu: „Kaczyński to szkodnik”. Kłopot w tym, że w obu powiatach istotną rolę odgrywają liczne zwarte populacje mniejszości narodowych: w Sejnach – litewska, a w Hajnówce – białoruska. Ale o tym w „perswazyjnym” („nie głosuj telewidzu na szkodnika”!) materiale TVN nie było słowa. Warto też pamiętać o sukcesie wyborczym kandydata PO wśród ludności niemieckiej na Opolszczyźnie. Jej mieszkańcy (sądząc po rażąco niskiej frekwencji) nie bardzo pasują do hasła „Polska jest najważniejsza” Jarosława Kaczyńskiego.

Nie mniej kształcące były wyniki głosowania w powiecie legionowskim, głosującym inaczej niż większość obszarów Mazowsza. Prócz dużej liczby ludności napływowej ważną rolę odgrywają tu wojskowe i milicyjne osiedla z czasów Polski Ludowej. Tu zawsze głosowano na postkomunistów, a za bohatera uważano gen. Jaruzelskiego. Ostatnio ten elektorat (wraz z jego mentorami) przejął kandydat PO.

Wspomniany osiedlowy skansen z czasów PRL to ciekawy przyczynek do analizy obiegowej opinii o wyższości cywilizacyjnej i wysokiej zdolności modernizacyjnej elektoratu Platformy. Tu zawsze głosowało się za utrzymaniem postkomunistycznego status quo.

Ogromnym uproszczeniem byłoby uznanie każdego rolnika z Lubelskiego za wzorzec cnót obywatelskich i przyszłego kosyniera. Nie można też traktować mieszkańców ziem zachodnich i dużych aglomeracji miejskich wyłącznie jako wykorzenionych barbarzyńców. To poglądy niemądre i dalekie od skomplikowanej mozaiki III RP. Oddzielne rozdziały należałoby napisać o preferencjach Wielkopolski, skomplikowanej historii Śląska i fenomenie Wrocławia. Ale sprawa przemieszczeń ludności polskiej po 1945 r. i związana z nimi kwestia wykorzenienia to problem niezwykle istotny. Mapą zaborów przykryć się go nie da.

Dyżurni eksperci posługują się też prostym kluczem wykształcenia i zamożności obywatela. W tym modelu na Kaczyńskiego głosują mieszkańcy zapóźnionej cywilizacyjnie tak zwanej ściany wschodniej. Jeśli jednak wziąć pod uwagę więcej rozmaitych czynników, odpowiedź na pytanie, gdzie jest Polska A, a gdzie Polska B, przestaje być tak jednoznaczna.

Szkoda jednak czasu na poważne analizowanie rzeczywistości, skoro istotne jest chyba wyłącznie perswazyjne oddziaływanie. Jest więc prosty wniosek, że elektorat Kaczyńskiego to zapóźnieni cywilizacyjne biedacy. Analiza ekspertów musiała być w tej kwestii jasna i klarowna. Zwłaszcza że jeszcze przed jej dokonaniem było dość oczywiste, który z możliwych wyborów (Kaczyński czy Komorowski) będzie pożądanym przykładem obciachu.

[i]Autor jest doktorem nauk humanistycznych, absolwentem Instytutu Nauk Politycznych UW[/i]