Dorastające chłopaki, walcząc o dominację na podwórku, pokrzykują, że nikt im nie podskoczy. Ale kto dziś wie, co to jest prawdziwe podwórko i jakie są niepisane, lecz starannie przestrzegane prawa, jakimi się rządzi? Chyba tylko – z racji słusznego wieku – sam prezes Kaczyński, bo twierdzi, że zwalczają go chuligani z podwórka, którzy nie dostąpili zaszczytu dobrego wychowania w żoliborskiej willi.
Wszystko jednak zależy od tego, do jakich sztuk walki nawiązują zwaśnione grupy; czy do sarmackich: „ja z synowcem na czele i jakoś to będzie”, czy stadionowych, które prostą drogą – widoczną na każdym boisku piłkarskim – nazwaliśmy wykradzionym z angielszczyzny słowem „chuligaństwo”.
Czytaj więcej
Dziś już wiemy, że nie ma żadnego „wolnego świata” ani takiej Ameryki, o której śniliśmy w zwodni...
Plebejska łobuzeria, a nie chuligani
Ponieważ wychowałem się w pobliżu dawnego stadionu Lechii i to w czasach, kiedy Tuska, a tym bardziej Nawrockiego, nie było jeszcze na świecie, dobrze wiem, że cała odradzająca się po wojnie bandyterka stadionowa przesiąknięta była zwykłą plebejską łobuzerią, nie zaś zapatrzonym w zachodnie wzorce „chuligaństwem”. Niewiele starsze ode mnie miejscowe chłopactwo biło się w krzakach otaczających ówczesny stadion przy ulicy Traugutta wyłącznie pomiędzy sobą, „obcych” nie zaczepiało.
Najgroźniejszym przeciwnikiem, który rzadko zaplątywał się w te utarczki, był gdański „bowka”, wobec którego polskie łobuziaki brały zwykle nogi za pas; nie tylko dlatego, że był starszy i przez to silniejszy; „bowka” miał swoje – nieznane zwykłemu chłopactwu – interesy i takież sposoby w bójce. Aby zostać bowką, nie starczał bitewny zapał ulicznika z Wilna lub Warszawy, który z rodziną (zwykle przetrzebioną przez wojnę) osiadł w zrujnowanym Gdańsku.