Przemija postać świata. W dawnych dobrych czasach „zimnej wojny” albo niewiele gorszych „resetu z Rosją” wiadomo było, że centrum znajduje się w Ameryce i należy trzymać się go mocno, a nawet gorliwie. A jakby coś poszło gorzej, to NATO z niezawodną Ameryką na czele, weźmie w obronę cały „wolny świat”, do którego i nas szczęśliwie przyjęto.
W tym świecie liczą się tylko najmocniejsze drapieżniki
Dziś już wiemy, że nie ma żadnego „wolnego świata” ani takiej Ameryki, o której śniliśmy w zwodniczym rozmarzeniu ostatniego przełomu tysiącleci. Świat, do którego doprowadził nas Trump i jego wyborcy, to pole bezustannej bitwy, gdzie liczą się tylko najsilniejsi i zachłanni; świat, gdzie można porzucić walczącą Ukrainę, ale wziąć sobie – jak towar z półki – Grenlandię albo Kanadę, strzelać do własnego narodu, obojętnie przyglądać się wjazdowi ruskich czołgów do Lwowa, Wilna, albo nawet Warszawy. W takim świecie liczą się tylko najmocniejsze drapieżniki, mali są zaledwie przekąską w paszczy bestii, nawet średniacy ulegną w samotnej walce z tygrysem. To nie jest nawet „koncert mocarstw”, który obowiązywał w Europie przez większą część XIX wieku, to jest po prostu dżungla!
Czytaj więcej
Problem polskiej prawicy z Donaldem Trumpem polega na tym, że zanim konserwatywni politycy zdążą...
Jak w niej poradzi sobie Polska? Nie jesteśmy maluchem jak Litwa, Czechy albo Węgry, ale każdy średniak jest skazany na pożarcie w starciu z gigantem. Bezwarunkowi entuzjaści Ameryki powiadają, że trzeba jej ufać i trzymać się Waszyngtonu bez względu na to, co robi i mówi. Zwróćmy uwagę, że Trump przeprosił tylko Brytyjczyków za lekceważenie wkładu ich żołnierzy w wojny w Afganistanie i Iraku; Polaków już nie, bo Wielka Brytania to jeden z nielicznych średniaków z aspiracjami do klasy gigantów, my mamy znać swoje miejsce i za wysoko nie podskakiwać.