Wojsko zarzuca rządzącej krajem Narodowej Ligi na rzecz Demokracji (NLD) sfałszowanie wyborów z listopada, w których NLD zdobyła 83 proc. głosów.
Według przedstawicieli armii w czasie wyborów doszło do 10,5 mln przypadków nieprawidłowości.
Po aresztowaniu Aung San Suu Kyi armia przekazała władzę głównodowodzącemu, gen. Min Aung Hlaingowi. W kraju wprowadzono stan wyjątkowy, który ma trwać rok.
Prezydent USA Joe Biden nazwał zamach stanu "bezpośrednim atakiem na przemiany demokratyczne" w Birmie i zasady praworządności. Dodał, że jego administracja będzie przyglądać się reakcji na sytuację w Birmie innych państw.
"USA zdjęły sankcje nałożone na Birmę w czasie ostatniej dekady w związku z postępami na drodze do demokracji" - podkreślił Biden. Jak dodał "odwrócenie tego procesu" może wiązać się z ponownym nałożeniem sankcji.
Wydarzeń w Birmie nie potępiły Chiny, które wezwały jedynie obie strony do poszanowania konstytucji.
24 godziny po aresztowaniu nieznane jest miejsce pobytu 75-letniej Suu Kyi, prezydenta kraju, Win Myinta i innych przywódców NLD. Armia nie przekazuje informacji na temat miejsca pobytu zatrzymanych.
Min Aung Hlaing obiecuje Birmańczykom wolne i uczciwe wybory i przekazanie władzy zwycięskiej w nich partii.
Aung San Suu Kyi wezwała do protestów przeciwko dyktaturze wojskowej w oświadczeniu przygotowanym przed jej aresztowaniem i opublikowanym w poniedziałek. Reuters pisze jednak, że nie ma sygnałów, by w Birmie doszło do protestów.