„Jeżeli wygramy wybory, chcemy w kolejnej kadencji
przeprowadzić kompleksową reformę sądownictwa, aby przede wszystkim sprawy były
szybciej rozpatrywane” – oznajmił rzecznik rządu Piotr Müller. Wydawało się, że przez ostatnie osiem
lat PiS nieustannie zmieniał coś w polskim sądownictwie. Zaczęło się od skoku
na Trybunał Konstytucyjny, potem podbijano kolejne elementy systemu: powołującą
sędziów Krajową Radę Sądownictwa, karzący sędziów system dyscyplinarny
(przypomnijmy Izbę Dyscyplinarną czy tzw. ustawę kagańcową), Sąd Najwyższy, a po
drodze jeszcze wymieniano prezesów sądów. Bo dla tzw. Zjednoczonej Prawicy najważniejsze
nie było to, aby sądy funkcjonowały sprawnie. Najważniejsze było to, czyje sądy miały być. A miały być Zbigniewa Ziobry i Jarosława Kaczyńskiego.