Prawo i Sprawiedliwość do perfekcji opanowało sztukę manipulowania opinią publiczną i kolejnymi przeciekami podsyca zainteresowanie konfliktami wewnętrznymi. Część z nich jest realna, część dość mocno pompowana przez poszczególne frakcje. To sprawia, że uwagi opinii publicznej przestaje już starczać na działania opozycji. Bo przecież np. doniesienia o tym, że Kaczyński zaprosił posłów niechętnych premierowi Morawieckiemu na spotkanie do Ministerstwa Obrony Narodowej, o czym jako pierwszy napisał portal Onet, to dla komentatorów i wszystkich interesujących się polityką prawdziwa gratka.

Tak jak niegdyś rozwijała się kremlinologia i liczni eksperci zastanawiali się, co oznacza obecność lub nieobecność poszczególnych osób na wspólnych zdjęciach z towarzyszem Stalinem, tak dziś wiele osób nurtuje pytanie, czy prezes Kaczyński przestał już darzyć nieograniczonym zaufaniem premiera Morawieckiego. Tę dziedzinę trzeba by nazwać analogicznie nowogrodzkologią, czyli pilnym analizowaniem sygnałów płynących z ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie, gdzie ma siedzibę PiS.

Czytaj więcej

Kaczyński rozczarowany Morawieckim. Następnego premiera wybierze klub PiS

To zainteresowanie jest zrozumiałe, wszak Kaczyński, mistrz dworskich intryg, uwielbia gry frakcjami i skrzydłami. Niczym japoński ogrodnik przycinający gałązki drzewek bonsai, prezes jednych osłabia, a innych buduje. Potem, gdy wyrosną za bardzo, zaczyna promować ich konkurentów. I tak w nieskończoność. Przebił w tym kunszcie nawet Donalda Tuska, który niegdyś bawił publiczność śmiertelnym sporem „schetynowców” ze „spółdzielcami” (aż się łezka w oku kręci, pamiętają Państwo te czasy?).

Takie przecieki wydają się oczywiście całkiem dobrym źródłem informacji o tym, co się dzieje w obozie władzy. Jeśli dodamy do tego jeszcze wywiady Kaczyńskiego, w których ukierunkowuje działania swojego obozu, to mamy wgląd w całą polityczną kuchnię. W ostatnim wywiadzie na przykład chwalił rosnącego w siłę szefa swego gabinetu Michała Moskala, ale skrytykował prezydenta Andrzeja Dudę. Z jednej strony przejął retorykę Solidarnej Polski dotyczącą Unii Europejskiej, ale z drugiej dał ziobrystom prztyczka w nos, mówiąc, że zamierza podjąć działania wymierzone w Brukselę, ale na pewno nie będzie to zawieszenie płacenia składki do budżetu UE, co było pomysłem właśnie polityków Solidarnej Polski.

Nowogrodzkolodzy zwrócili też uwagę, że prezes tym razem chłodniej wypowiedział się o Morawieckim. Nie obiecywał już, że po wygranych wyborach na pewno pozostanie w fotelu premiera, ale zapewnił tylko, że będzie nim do końca kadencji. Co ciekawe, tłumaczył to trudnościami proceduralnymi, które przy dość niestabilnej większości uniemożliwiają zmianę premiera. To więc uznanie zła koniecznego, a nie deklaracja miłości. Nie jest chyba tajemnicą, że akcje premiera nie stoją dziś zbyt wysoko.

Kłopot jednak z roztrząsaniami nowogrodzkologów jest taki – i to druga strona medalu – że mogą one być całkowicie mylące. Kaczyński bowiem może mówić, że Morawieckiego lubi bądź nie, że mu ufa lub nie, ale nie ma to większego znaczenia. Znaczenie ma jedynie zimna polityczna kalkulacja: jak długo premier pełni swoją rolę politycznego zderzaka obozu władzy, tak długo będzie zajmował swoje stanowisko. Jeśli Kaczyński uzna, że trzeba się go pozbyć, zrobi to bez mrugnięcia okiem, choćby teraz przekonywał, że tego się nie da zrobić.

 Jeśli prezes pewnego dnia obudzi się i stwierdzi, że trzeba się Morawieckiego pozbyć przed wyborami, zrobi to bez zawahania

Czyż Kaczyński niczym nas nie zaskoczył w ciągu tych ostatnich siedmiu lat? Nie wrzucił na stół tuż przed wakacjami, Wigilią czy w Sylwestra jakiejś kontrowersyjnej ustawy? Czy nigdy nie porwał się na coś, co wydawało się zupełnie absurdalne i politycznie kosztowne, tylko po to, by udowodnić swoją siłę? A tu można by przypomnieć choćby ustawę lex TVN czy piątkę dla zwierząt.

W tym sensie te przecieki nie mają większego znaczenia. Jeśli prezes pewnego dnia obudzi się i stwierdzi, że trzeba się Morawieckiego pozbyć przed wyborami i zrzucić na niego winę za inflację, brak KPO itd., zrobi to bez zawahania, choćby wcześniej zarzekał się, że to nielogiczne. Jeśli jednak uzna, że Morawiecki będzie mu potrzebny (choćby do zrównoważenia innych frakcji i upokorzenia tych, którzy uznali się za zbyt mocnych) premier będzie kierować rządem jeszcze długo po wyborach w 2023 r., jeśli oczywiście PiS je wygra. A fakt, że los Morawieckiego zależy wyłącznie od woli prezesa, jest też dowodem na to, jak wielką władzę ma prezes.