Podobnie jak większość mediewistów zakładam jedynie, że proces państwotwórczy miał charakter ewolucyjny, długotrwały i wielopokoleniowy. Jak to trafnie ujął Paweł Jasienica: Zachód zwrócił uwagę na państwo Polan dopiero wtedy, gdy było już rozległe, silne i szykowało się do bardzo ambitnych zadań. Czy to oznacza, że wcześniej ludy zamieszkujące tereny między Odrą a Wisłą nie potrafiły tworzyć własnych, odrębnych organizacji państwowych? A może po prostu kronikarze europejscy przeoczyli niezwykle ciekawy fragment wczesnych dziejów tych społeczności lub opis świata istniejącego na wschód od Odry zwyczajnie przepadł w czasie burzliwych dziejów naszego kontynentu? Tego już się chyba nigdy nie dowiemy. Możemy jednak drogą dedukcji spekulować o prapoczątkach naszej państwowości.

Pod koniec X wieku coś gwałtownie zwróciło uwagę europejskich elit na lud zamieszkujący Pojezierze Wielkopolskie. My intuicyjnie wskazujemy oczywiście na chrzest władcy Polan jako na wydarzenie inicjujące historię Polski, choć tak naprawdę nie wiemy nawet, jak ten władca się nazywał. Nie mamy pojęcia, kim był pod względem etnicznym, skąd pochodził jego ród i jak doszedł do władzy. Możemy jedynie snuć przypuszczenia, jak przebiegał pierwotny proces chrystianizacyjny Polan. W naszej historiografii ugruntowało się przekonanie, że chrzest władcy był równoznaczny z ustanowieniem chrześcijaństwa jako religii państwowej i tym samym wejściem całej struktury państwowej do europejskiego „królestwa bożego”. Ale chyba żaden poważny historyk nie pokusi się, żeby z pełnym przekonaniem przedstawić jednolitą interpretację tego, jak ten proces przebiegał dla poddanych Mieszka.

Osobiście uważam, że to inne wydarzenie zadecydowało o stopniowym uniezależnieniu się księstwa Mieszka od Rzeszy Niemieckiej. 1050 lat temu, 24 czerwca 972 r., doszło do bitwy, która przesądziła o dalszym kształcie naszej historii. Niedaleko warowni granicznej w rejonie Cedyni starły się wojska Mieszka I i jego brata Czcibora z liczną jak na owe czasy wyprawą wojenną margrabiego Hodona, władcy Marchii Łużyckiej. Liczebność wojska po obu stronach pozostaje oczywiście kwestią dyskusyjną, ale dzięki niemieckiemu kronikarzowi Thietmarowi, autorowi dzieła „Thietmari merseburgiensis episcopi chronicon”, wiemy, że musiały to być siły naprawdę liczne. Możemy zawierzyć świątobliwemu biskupowi Merseburga chociażby z tego powodu, że był on synem samego Zygfryda, hrabiego Walbeck, dowodzącego wojskami Hodona.

W naszej świadomości narodowej, ukształtowanej w dużym stopniu przez XIX-wiecznych pisarzy i historyków, bitwa pod Cedynią uchodzi za pierwsze starcie militarne inicjujące tysiącletni konflikt Polaków i Niemców. Wśród Niemców to przekonanie ugruntowała tzw. nauka nazistowska, która wskazywała na bitwę pod Cedynią jako przestrogę dziejową dla Niemców. Tymczasem ta batalia była typową dla owej epoki próbą sił dwóch graniczących ze sobą władców prowincji kresowych. Z tą jednak różnicą, że Hodon nie miał aspiracji monarszych, za to jego konkurent wyraźnie realizował bardzo ambitny plan.

Zwycięstwo Mieszka pod Cedynią stało się wielkim przełomem. Demonstracyjnie ujawniało siłę, organizację oraz ambicje władcy Polan. Wcale nie było zarzewiem wielopokoleniowego konfliktu zachodnich Słowian i Niemców, jak to później przedstawiali propagandyści po obu stronach granicy. To języki przez wieki stanowiły differentia specifica obu narodów. Pokonani pod Cedynią nie czuli nienawiści do księcia Polan. Myślę, że było wręcz odwrotnie – zaczęli go naprawdę podziwiać i szanować. Przecież wspomniany hrabia Zygfryd 18 lat później stanął kornie u boku Mieszka, kiedy ten wyruszył przeciw Czechom. Także idealizująca Mieszka kronika biskupa Merseburga wskazuje, że nasz książę cieszył się rosnącym uznaniem niemieckich elit.

Dzisiaj mamy zatem powód, aby radośnie świętować 1050-lecie naszego pierwszego zwycięstwa wojskowego, ponieważ to bitwa pod Cedynią otworzyła drogę ku niezależności rodzącego się państwa polskiego.