fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

PiS jeszcze nie skończyło, PO jeszcze nie zaczęła

Rzeczpospolita
Tusk wie najlepiej, że w szeregach PO nie brakuje karierowiczów i cwaniaków. Ludzi, którzy, jeśli nie będą trzymani za gardło, pogrążą Platformę w skandalach i aferach – pisze filozof i publicysta
Paradoksalnie Jarosław Kaczyński dla ożywienia polskiej demokracji zrobił więcej niż wszystkie dotychczasowe słuszne apele i próby wskrzeszenia obywatelskiego zaangażowania razem wzięte. A to dlatego, że wojny polityczne i ideologiczne, jakie wzniecał lider PiS, sprawiły, że duża część Polaków, szczególnie tych młodych, dobrze wykształconych i z portfelem wypchanym złotymi kartami kredytowymi, omijająca do tej pory politykę szerokim łukiem, została w końcu przebudzona z obywatelskiej drzemki. Ta gwałtowna pobudka, jaką PiS zafundowało uśpionym obywatelom, pokazała im zarazem konieczność świadomego angażowania się w sferę polityczności, jeśli chcą mieć realny wpływ na otaczającą ich rzeczywistość.
Jednak istnieje też negatywna strona tego politycznego przebudzenia. Jest nią fakt, że ponad połowa narodu ruszyła do urn, gdyż kierował nią gniew na pisowską politykę. Jak wiemy, gniew to jeden z siedmiu grzechów głównych. Musi więc być niebezpieczny w sferze publicznej szczególnie, kiedy ogarnia serca i umysły szerokich mas. A jest groźny dlatego, gdyż skłania do głosowania nie „za czymś”, ale „przeciwko czemuś”. Dlatego najciekawsze dziś pytanie brzmi: czy Tuskowi uda się utrzymać ten polityczny entuzjazm Polaków, którzy – choć z poczucia gniewu – zobaczyli nagle, że ich głosy naprawdę decydują o politycznym obliczu państwa? Nie będzie to łatwe. Tym bardziej że – co jest banałem, ale prawdziwym, dlatego warto go powtórzyć – każda władza się zużywa. A w Polsce dzieje się to dwa razy szybciej. Dlatego PO tworzy w jej mniemaniu odpowiedzialną i trwałą koalicję z PSL. Liderzy PO powtarzają – co ma łechtać dumę ludowców – że PSL nie jest żadną przystawką. I jest to prawda: PSL, cokolwiek by się działo, nie da się zjeść przez PO, tak jak PiS zjadło LPR i Samoobronę. Partia Pawlaka ma stały i stabilny elektorat. Pawlak bez obaw, że zniknie ze sceny politycznej, może więc zawiązywać koalicję z PO. To dodatkowe obciążenie dla Tuska, tym bardziej że to na nim spoczywa ciężar odpowiedzialności za sukces nowego rządu. I dlatego lider PO musi działać szybko. Musi pokazać, co zamierza począć z takimi symbolami IV RP, jak choćby CBA. Logika PiS sprowadzała się do zasady, że instytucje państwowe działają dobrze, kiedy na ich czele stoją nasi ludzie. Blamaż tej logiki myślenia to darmowa lekcja, którą Tusk powinien wziąć za dobrą monetę. On wie przecież najlepiej, że w szeregach PO nie brakuje karierowiczów i cwaniaków. Ludzi, którzy, jeśli nie będą kontrolowani i trzymani za gardło przez zarząd partii, pogrążą tę formację w skandalach i aferach. Tym bardziej że Kaczyński, choć dziś przypomina rannego niedźwiedzia, nie wierzy, iż Platforma ograniczy się w skoku na „władzę i kasę”. I po cichu kalkuluje, że jak PO zacznie łupić państwo w biały dzień, to Polacy już niebawem znów zatęsknią za szeryfem Kaczyńskim.Platforma, by nie stwarzać pokusy, która czyni złodzieja, musi zerwać z praktyką wiary w uczciwość „naszego” człowieka. Musi dowieść, że instytucje państwowe – w tym także specsłużby – działają dobrze tylko wtedy, kiedy są w miarę niezależne i kontrolowane przez konstytucyjne organa, a nie stojącego na ich czele partyjnego kolegę. PO ma także problem ze swoją prawicowością. PiS, o czym każde dziecko wie, to twarda prawica. A Platforma? Diabli wiedzą. Skoro jednak PO definiuje się jako partia konserwatywno-prawicowa i przemawia po części do tego samego elektoratu co PiS, musi wciąż udowadniać, że jednak czymś różni się od prawicy w wydaniu pisowskim. Istnieją dwa ważne wymiary, w których o taką różnicę łatwo. Przede wszystkim Tusk nie powinien, jak czynił to Kaczyński, angażować państwa w kościelne spory. Ba, nie może sobie pozwolić nawet na to, co kiedyś zrobił Jan Rokita, dzieląc Kościół na „łagiewnicki” i „toruński”. Nie znaczy to jednak, że ma porzucić religijną retorykę pojednania i solidarności tak mocno zakorzenioną w polskiej świadomości. O sile tej narracji lider PO przekonał się w ostatnim tygodniu kampanii, gdy przywoływał słynne zdanie św. Pawła oddające sens solidarności: „jeden drugiego brzemiona noście”. PO jednak nie tyle powinna kultywować mit solidarności przez duże „S”, w czym i tak nie przebije PiS, ile pokazać, jak w praktyce zrealizować solidarność przez małe „s”. Taki cel byłby zgodny z chrześcijańskim przekonaniem o konieczności troski o robotników, ubogich i wykluczonych, gdzie kapitałowi pozwala się działać swobodnie tylko o tyle, o ile jest gotów współpracować na rzecz zagwarantowania podstawowych praw ludzkich. Jeśli rząd Tuska potrafiłby zrezygnować nie tylko w retoryce, ale i w codziennej praktyce z dogmatycznego liberalizmu, PO mogłaby powalczyć o przychylność tego elektoratu, któremu do dziś czkawką się odbijają reformy liberałów z początku lat 90. Taka retoryka Platformy wobec Kościoła pozwoli nowemu premierowi uniknąć niepotrzebnych konfliktów: z jednej strony wchodzenia w otwarty spór z Radiem Maryja, które to radio w pierwszej kolejności jest zmartwieniem episkopatu, z drugiej – gwarantuje zachowanie życzliwej autonomii Kościoła i państwa, które jednak są gotowe działać razem na rzecz wspólnego dobra. Takiego przyjaznego rozdziału obu tych instytucji życzy sobie większość Polaków, która odrzuciła polityczną symbiozę ucieleśnianą przez o. Tadeusza Rydzyka i Jarosława Kaczyńskiego. Drugi ważny obszar, na którym Tusk może zaprezentować radykalnie odmienne cele polityczne i styl prowadzenia polityki niż Kaczyński, to kwestie związane z polityką zagraniczną. Entuzjazm, z jakim i Bruksela, i Berlin, i nawet Moskwa powitały zwycięstwo PO, powinien tylko cieszyć. Reakcje naszych zagranicznych partnerów pokazują, jak bardzo wyczekiwali zmiany rządu w Polsce. A jeśli tak, to dziś nasi partnerzy są gotowi pójść na szereg ustępstw wobec rządu Tuska. Dlaczego? Choćby dlatego, by pokazać, że odejście Jarosława Kaczyńskiego i rządu PiS oznacza nawiązanie z Warszawą przyjaznych relacji. I Merkel, i Putinowi będzie zależeć na udowodnieniu, również polskiej opinii publicznej, że z Kaczyńskimi nie dało się po prostu współpracować: ani na gruncie symbolicznych gestów, ani na płaszczyźnie czystych interesów. I w całości winę za to ponosi Jarosław Kaczyński. To wymarzony punkt startu dla Tuska na europejskich salonach. Lider PO musi tu pokazać zdecydowanie i polityczny instynkt, gdyż prezydent Lech Kaczyński nie kryje, że ma apetyt na całkowite skolonizowanie naszej polityki zagranicznej. Tusk musi więc działać szybko. Udowodnić, że zależy mu na jak najlepszych relacjach z naszymi sąsiadami i partnerami, ale także stanowczo artykułować polskie interesy. Przykładowo: jasno powiedzieć prezydentowi Bushowi, kiedy kończy się nasza misja w Iraku. Taki jednoznaczny ton należy jednak ocieplać zapewnieniami o naszej lojalności wobec USA. Tym bardziej że nowa – jak wszystko na to wskazuje – demokratyczna administracja również będzie chciała ograniczyć swój udział w Iraku. Jednak zasadnicza sprawa, której nowy rząd musi unikać jak diabeł święconej wody, to sztuczny podział społeczeństwa. Już dziś przebąkuje się, że PO w nowym rządzie będzie reprezentować interesy ludności wielkomiejskiej, a PSL małomiasteczkowej i wiejskiej. PO będzie bardziej liberalna, PSL będzie bardziej konserwatywne i ludowe. Takie rozdanie ról, jeśli Tusk na nie przystanie, to podcinanie gałęzi, na której dziś siedzi Platforma. Tusk nie mógłby marzyć o wyborczym zwycięstwie, gdyby w kampanii mówił tylko o konieczności obniżania podatków i wzroście gospodarczym. Lider PO wygrał też dlatego, że zapewniał, iż jego rząd nie straci z pola widzenia milionów ludzi pracujących w sektorze państwowym. Że on sam, jako chłopak z Gdańska, jest jednym z tych Polaków, którzy własnymi rękami budowali swój dom, wie, co to smak zarobkowej emigracji i konieczność wykonywania pracy poniżej swoich kwalifikacji. Jeśli PO chce rządzić trochę dłużej niż kilkanaście miesięcy, Tusk powinien wziąć sobie do serca hasło, które sam głosi: „ministrom słupki rosną, ale nie pensje robotników”. Każda formacja polityczna, która ma ambicje być dużą partią, nie może mówić, że swój program kieruje tylko do części społeczeństwa. A co z pozostałą? Ma radzić sobie sama, panowie ministrowie zwycięskiej formacji? Platforma i premier Tusk stanowią dziś dla nas zagadkę, gdyż nie wiemy, na co rzeczywiście stać tę partię. Dwie rzeczy wydają się jednak pewne: po pierwsze, płonna jest nadzieja tych, którzy sądzą, że PiS rozleci się jak domek z kart. Przy deficycie poważnego projektu lewicowego PiS spokojnie może grać rolę obrońcy robotników i tzw. zwykłych ludzi, co daje mu silną pozycję na rodzimej scenie politycznej. Po drugie, jeśli rząd Tuska szybko zacznie popełniać głupie błędy i wykaże swoją nieudolność w budowaniu dróg i stadionów, a przy okazji wielkich kontraktów pojawią się takie przypadki korupcji jak historia Beaty Sawickiej, Jarosław Kaczyński wróci do władzy szybciej, niż się ktokolwiek tego spodziewa. I tak spełni się proroctwo lidera PiS, który jako premier głosił, że zamierza przez długie lata dowodzić Polską. A pojawienie się w tej pisowskiej historiozofii premiera Tuska odczytane zostanie jako przypadkowy epizod.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA