Reklama

Michał Szułdrzyński: Kaczyński ma plan na powrót do władzy. Problem w tym, że PiS może się rozpaść

Jarosław Kaczyński wierzy, że wskazanie kandydata na premiera da PiS powrót do władzy, jak w czasach Andrzeja Dudy. Problem w tym, że partia jest dziś podzielona, słabnie w sondażach, a widmo rozpadu wisi nad Nowogrodzką coraz wyraźniej.

Aktualizacja: 21.02.2026 06:50 Publikacja: 20.02.2026 19:00

Jarosław Kaczyński

Jarosław Kaczyński

Foto: PAP, Przemysław Piątkowski

Patrząc na miny polityków PiS odnieść można wrażenie, że są przekonani, że oto Jarosław Kaczyński właśnie podejmuje decyzję, która doprowadzi jego partię do rychłego powrotu do władzy. Natchnionym głosem przypominają, że 12 lat temu, w listopadzie 2014 r. prezes namaścił Andrzeja Dudę. W efekcie tamtego genialnego ponoć ruchu, PiS nie tylko w następnym roku zdobył prezydenturę, ale i bezwzględną większość w wyborach parlamentarnych.

Przypominają też, że jeszcze rok temu niewielu wierzyło w to, że Karol Nawrocki może zostać prezydentem i uratować PiS przed marginalizacją na opozycji. Tymczasem dzięki konsekwencji prezesa Kaczyńskiego – od wskazania ówczesnego prezesa IPN na kandydata, aż po upór w kampanii wyborczej – udało się po raz kolejny osiągnąć sukces. Stąd – perorują – wskazanie polityka, który będzie kandydatem na premiera, doprowadzi PiS do kolejnego sukcesu.

W 2024 r. Kaczyński rzeczywiście dokonał trafnej kalkulacji. Wiedział, że języczkiem u wagi będą wyborcy Konfederacji. Wybrał więc najbardziej konfederackiego z dostępnych wokół PiS kandydatów

PiS jest dziś w zupełnie innym miejscu niż w 2014 i 2024 r.

Kłopot w tym, że analogia – choć dla wielu działaczy PiS może wyglądać na podniecającą – może być myląca. Po pierwsze, w 2014 r. – wbrew partyjnej legendzie – Jarosław Kaczyński wcale nie wierzył w wygraną. Przeciwnie, postawił na Dudę, ponieważ jego przegrana nic by go nie kosztowała. Jednak sam kandydat uwierzył, że wygrana jest możliwa, a gdy okazało się, jak fatalna jest kampania Bronisława Komorowskiego, każdego dnia wyrąbywał sobie kawałek szans na wygraną. Politycy Platformy wówczas liczyli się z przegraną, uważali, że możliwa jest przegrana w wyborach parlamentarnych, ale byli pewni, że wybory prezydenckie nie mogą skończyć się porażką. Okazało się, że były, zresztą podobnie jak te dziesięć lat później.

Czytaj więcej

Spór o SAFE. Ilu Polaków wierzy, że program służy Niemcom?
Reklama
Reklama

Tym, co łączyło obie te elekcje, był „ten trzeci”. W 2015 r. gamechangerem był wynik Pawła Kukiza, który w ostateczności przetransferował głosy nawet niechętnych początkowo PiS wyborców na Andrzeja Dudę. W 2025 r. to bez wyborców Sławomira Mentzena Nawrocki nigdy nie zostałby prezydentem.

I tu trzeba przyznać, że w 2024 r. Kaczyński rzeczywiście dokonał trafnej kalkulacji. Wiedział, że języczkiem u wagi będą wyborcy Konfederacji. Wybrał więc najbardziej konfederackiego z dostępnych wokół PiS kandydatów. W dodatku od początku kampanii Nawrocki robił wszystko, by nie zrazić do siebie potencjalnych wyborców Konfederacji, którzy byli mu niezbędni w drugiej turze. Ale bez fatalnych błędów i braku wyczucia społecznych emocji sztabu Rafała Trzaskowskiego, nie byłoby tego zwycięstwa.

PiS jest dziś w najgłębszym kryzysie od lat. Kandydat na premiera nie przykryje wewnętrznych pęknięć ani sondażowych kłopotów

Jednak dziś sytuacja jest jeszcze inna. PiS jest w największym sondażowym dołku od lat. Strategia przyjęta po wygranej Nawrockiego przynosi partii same spadki. Poza tym, kolejne śledztwa związane z nadużyciami w czasie rządów z lat 2015-23 psują postrzeganie tej partii.

Foto: Paweł Krupecki

Wizerunkową katastrofą była ucieczka Zbigniewa Ziobry na Węgry przed polskim wymiarem sprawiedliwości. Z kolei ataki na Konfederację sprawiły, że tylko wzmocniła się partia Grzegorza Brauna. W efekcie w kolejnych badaniach obie Konfederacje razem wzięte przeganiają w poparciu Prawo i Sprawiedliwość.

W tym samym czasie w PiS trwa śmiertelny bój o przyszłość tej partii – czy ma to być altprawicowa partia szukająca w kolejnych obszarach dalszych skrajności, czy też szeroka partia z centrum i skrzydłami. Tzw. maślarze spod znaku Tobiasza Bocheńskiego, Patryka Jakiego czy Przemysława Czarnka uważają, że tylko w radykalizmie PiS jest w stanie osłabić Konfederację. Innego zdania są harcerze – grupa młodych byłych ministrów skupiona wokół Mateusza Morawieckiego, z którymi trzymają „starsi” posłowie, tacy jak Ryszard Terlecki czy Piotr Gliński. To oni – ustami m.in. Piotra Muellera czy Michała Dworczyka ogłaszali ostatnio publicznie, że wstępowali do PiS, a nie do Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry i nie godzą się z „suwpolizacją” partii.

Reklama
Reklama

Dawno już partia nie była tak bliska rozpadu, jak dzisiaj, choć sam prezes wezwał do zaprzestania publicznych sporów.

Postawienie na kogoś z „maślarzy” jako kandydata na premiera oznaczałoby upokorzenie Morawieckiego i możliwość jego wyjścia z partii. Pytanie, czy są w partii tacy kandydaci na premiera, którzy mogliby załagodzić ten konflikt wewnętrzny.

Tak więc zapowiedzi Kaczyńskiego, że już wybrał kandydata i nosi jego nazwisko w sercu, lecz ogłosi dopiero w marcu, nie wyglądają na przejaw genialnej intuicji prezesa, a raczej na dalsze bujanie i tak dość mocno już podzieloną, skłóconą partią.

Komentarze
Bogusław Chrabota: Trump cłami pogrzebał Radę Pokoju
Materiał Promocyjny
Jak osiągnąć sukces w sprzedaży online?
Komentarze
Aleksandra Pilarczyk: Rozdawnictwo górą. Bez podpisu prezydenta Karola Nawrockiego tracimy szansę na reformę ustroju rolnego
Komentarze
Jędrzej Bielecki: Donald Trump nie będzie królem
Komentarze
Artur Bartkiewicz: Czy Karol Nawrocki zmusi nas do zmiany konstytucji?
Materiał Promocyjny
Presja dorastania i kryzys samooceny. Dlaczego nastolatki potrzebują realnego wsparcia
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama