Patrząc na miny polityków PiS odnieść można wrażenie, że są przekonani, że oto Jarosław Kaczyński właśnie podejmuje decyzję, która doprowadzi jego partię do rychłego powrotu do władzy. Natchnionym głosem przypominają, że 12 lat temu, w listopadzie 2014 r. prezes namaścił Andrzeja Dudę. W efekcie tamtego genialnego ponoć ruchu, PiS nie tylko w następnym roku zdobył prezydenturę, ale i bezwzględną większość w wyborach parlamentarnych.
Przypominają też, że jeszcze rok temu niewielu wierzyło w to, że Karol Nawrocki może zostać prezydentem i uratować PiS przed marginalizacją na opozycji. Tymczasem dzięki konsekwencji prezesa Kaczyńskiego – od wskazania ówczesnego prezesa IPN na kandydata, aż po upór w kampanii wyborczej – udało się po raz kolejny osiągnąć sukces. Stąd – perorują – wskazanie polityka, który będzie kandydatem na premiera, doprowadzi PiS do kolejnego sukcesu.
W 2024 r. Kaczyński rzeczywiście dokonał trafnej kalkulacji. Wiedział, że języczkiem u wagi będą wyborcy Konfederacji. Wybrał więc najbardziej konfederackiego z dostępnych wokół PiS kandydatów
PiS jest dziś w zupełnie innym miejscu niż w 2014 i 2024 r.
Kłopot w tym, że analogia – choć dla wielu działaczy PiS może wyglądać na podniecającą – może być myląca. Po pierwsze, w 2014 r. – wbrew partyjnej legendzie – Jarosław Kaczyński wcale nie wierzył w wygraną. Przeciwnie, postawił na Dudę, ponieważ jego przegrana nic by go nie kosztowała. Jednak sam kandydat uwierzył, że wygrana jest możliwa, a gdy okazało się, jak fatalna jest kampania Bronisława Komorowskiego, każdego dnia wyrąbywał sobie kawałek szans na wygraną. Politycy Platformy wówczas liczyli się z przegraną, uważali, że możliwa jest przegrana w wyborach parlamentarnych, ale byli pewni, że wybory prezydenckie nie mogą skończyć się porażką. Okazało się, że były, zresztą podobnie jak te dziesięć lat później.
Czytaj więcej
Jarosław Kaczyński przestrzega przed programem SAFE ponieważ - jak twierdzi - ma on służyć intere...