fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Wojciech Malajkat - rozmowa z aktorem Wojciechem Malajkatem

Wojciech Malajkat (1963)
Fotorzepa, Danuta Matloch Danuta Matloch
Z Wojciechem Malajkatem rozmawia Jacek Cieślak
Rz: Nakręcił już pan serial „Optymista"?
Wojciech Malajkat: Tylko pilotażowy odcinek. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że teraz jest taka procedura. Film trafił do testowania. Jak proszek do prania. Zbliżenie - czytaj więcej
To się u nas porobiło jak w Hollywood.
Ale 70 lat później!
Podoba się to panu?
Podobało mi się na Mazurach, gdzie kręciliśmy zdjęcia. Mam nadzieję, że powstanie 13 odcinków, bo nie wiem, czy pan wie, to jest podobno optymalna liczba dla serialu. To też pewnie odkryto w Ameryce.
„Optymista" to bardzo optymistyczny tytuł.
To prawda. Wiąże się z profesją głównego bohatera, który jest trenerem żeglarzy na łódkach „optymistkach". Na nich zaczyna się szkolenie. Postać, którą gram, jest narażona na wiele kłopotów, ale jak na optymistę przystało, próbuje sobie z nimi radzić.
Pan również robi wrażenie optymisty.
Rzeczywiście, myślę o przyszłości z nadzieją i radością.
A na czym opiera pan swój optymizm?
Rodzice mnie tak do życia usposobili. Mieli jasno wytyczony cel, ciężko walczyli o jego realizację, ale nie narzekali. Nie dostałem też od życia ciosów, które by mnie powaliły na obie łopatki. Los mi raczej sprzyja, a z problemami sobie radzę. Wychodzę z założenia, że trzeba rozwiązywać je od razu – zanim będzie za późno.
Dzieciństwo to była wyłącznie idyllą?
Pamiętam też wojny „ulica przeciwko ulicy".
Bił się pan!
Ja...? Nie. Ja tylko dowodziłem!
Stał pan na wzgórzu?
Tak. I parę wojen wygrałem. Ale Mrągowo zapamiętałem głównie jako miejsce, gdzie była cisza i spokój. Mieszkałem na peryferiach. Ulicą przejeżdżał może jeden samochód dziennie.
Skąd pochodzi pana rodzina?
Mój ojciec jest Niemcem. Został przesiedlony z Prus Wschodnich. Mama przyjechała z Kurpiów. Spotkali się w Mrągowie. W mieście żyło kilka niemieckich rodzin, ale większość była napływowa. Nikt do nikogo nie miał żadnych pretensji. Pamiętam cudowny widok: kiedy my, dzieci, biegaliśmy po podwórkach, polach i łąkach, rodzice siadali na ławce przed domem z sąsiadami – Mazurami, Ukraińcami, Polakami ze Lwowa, Wilna i ze Śląska. Grali w karty albo rozmawiali o swoim losie.
A co tata mówił, gdy oglądał pan „Czterech pancernych" albo „Stawkę większą niż życie"?
Uwielbiałem te filmy, ale ojciec o nich ze mną nie rozmawiał. Nie celebrował traumy, a przeżył straszne rzeczy. Rosjanie rozłączyli go z rodzicami, gdy miał 14 lat. Nigdy już ich nie zobaczył. Był traktowany jak niewolnik. Ale nie było w nim jadu. Nie skarżył się. Przyjmował swój los z wewnętrzną siłą. Chyba to po nim odziedziczyłem.
A czy pamięta pan, co się wydarzyło w 2006 r.?
Nie wiem, do czego pan zmierza.
W marcu i czerwcu odbyły się ostatnie premiery Teatru Narodowego z pana udziałem – „Tartuffe" z tytułową rolą i „Czekając na Godota".
Ja takiego kalendarza, takiej statystyki nie prowadzę. To pan mi uświadomił. Może skończyła się na mnie moda?
Nieładnie.
Dlaczego? W Teatrze Narodowym takich artystów jak Wojciech Malajkat jest wielu. Zrezygnowałem z etatu w 2009 r., bo dostałem propozycję kierowania Syreną. Mam mnóstwo roboty. Wykładam w łódzkiej Filmówce, gram, reżyseruję. Obecność na scenie nigdy nie wiązała się dla mnie z kwestią „być albo nie być", bo nie traktuję teatru jak świątyni, w której muszę wypełniać dziejową misję. Oczywiście, przejmuję się poziomem artystycznym swoich ról, chcę, żeby miały intensywność, jednak nie czuję konieczności udowadniania wszystkim, że tylko ja coś potrafię i nikt inny więcej. Nie zaliczam się też do grona aktorów, którzy cierpią, gdy telefon milczy. Bo wiem pan, ja aktorem zostałem przez przypadek. Mój tata był stolarzem, mama krawcową, a ja chciałem być nauczycielem.
Grzegorz Małecki opowiadał mi, jak w „Śnie nocy letniej", w czasie monologu pełnego rozpaczy, szeptaliście mu do ucha najsprośniejsze żarty. Czy to, że razem ze Zbigniewem Zamachowskim „gotujecie" kolegów, staracie się ich rozśmieszyć na scenie, również świadczy o dystansie?
Znam aktorów, którzy nazwaliby to amatorszczyzną, niechlujstwem. Ale razem z moim przyjacielem Zbyszkiem Zamachowskim gdzie indziej stawiamy granicę między życiem a teatrem. Chodzi o to, by umieć zagrać rolę profesjonalnie w sytuacji podwyższonego ryzyka.
Małecki mówił, że nawet gdy wybuchał śmiechem, publiczność była wniebowzięta.
Bo uwielbia zaglądać za kulisy teatru, czuć smak jego tajemnicy. Teatr jest tajemnicą i to ludzi interesuje najbardziej.
W każdym spektaklu Grzegorz Małecki musiał zdawać egzamin z profesjonalizmu?
W każdym, bo zaakceptował nasze poczucie humoru, a podwyższone ryzyko rajcowało nas najbardziej. Przecież już na premierze umieliśmy swoje role. Po kilkunastu spektaklach interesujące było to, czy możemy sobie zafundować dodatkową zabawę w ramach zadania aktorskiego – ale z wyżej ustawioną poprzeczką. Kwestia: czy nie strącając jej, możemy zaryzykować dodatkowe ewolucje? Fundowaliśmy to sobie nawet w „Śmierci komiwojażera", który nie skłaniał do śmiechu. Czasami wystarczało, że poza rolą widziałem błysk w oku Zbyszka. Śmialiśmy się do siebie – nie śmiejąc się otwarcie. Chodziło o to, żeby spektakl nie był każdego wieczoru wyrabianiem tej samej cegły.
Czy Jerzy Grzegorzewski tolerował panów żarty?
Był obdarzony niezwykłym poczuciem humoru i czuł się szczęśliwy, gdy psociliśmy. Zrodziło się w ten sposób wiele scen – na przykład przesuwanie samowaru po stole jak po pochylni w „Wujaszku Wani". Dlatego nie zakładam sobie kajdan na scenie. Z żartu może powstać coś dobrego dla sztuki.
Będzie pan jeszcze robił taki teatr jak Grzegorzewski?
Kończy mi się pierwsza kadencja w Syrenie i, jeśli po „Skazanych na Shawshank" oraz „Lawrance i Holoman", zdecyduję się zostać, będę chciał poszukiwać. Myślę o reżyserowaniu.
Jak Grzegorzewski zaangażował pana do teatru Studio?
Szukał Hamleta, bo Krzysztof Kolberger i Bogusław Linda nie mogli grać. Przyjechał do Łodzi do Ewy Mirowskiej, mojej profesorki, z którą się przyjaźnił, zapytać, czy nie ma kogoś na oku. Poleciła mnie. Egzamin miał się odbyć w mieszkaniu pani profesor, gdzie wielokrotnie bywałem. Ale myśląc o tym, że czeka tam na mnie dyrektor teatru Studio, zabłądziłem, nie mogłem trafić. Spóźniłem się 40 minut. Spotkaliśmy się w przedpokoju, bo Grzegorzewski już wychodził. Cofnął się jednak i usiadł w pokoju na brzegu krzesła. Nawet nie zdjął płaszcza. Stałem przed nim pogubiony i zdenerwowany. Wystarczyło jego jedno spojrzeniem, bym wiedział, że mu się nie podobam. Ale spieszył się. Powiedział: „No dobrze, ja pana angażuję".
Trudno nie być optymistą!
Proszę posłuchać, co było dalej! Kiedy jechałem na pierwszą próbę do Warszawy, pociąg się spóźnił. Biegłem do teatru, a lało jak cholera, i się poślizgnąłem. Potłukłem sobie jedno szkło w okularach, a kilka przekładów „Hamleta", która wziąłem, żeby wyglądać poważniej, utytłało się w błocie. Sam też byłem zabłocony. A jak wszedłem na salę i usiadłem na krześle, okazało się, że któryś z kolegów zostawił na nim szklankę z herbatą. Usłyszałem: „Aha, to to będzie Hamlet...". Na mój show patrzyli Tadeusz Łomnicki i Jerzy Zelnik. Takie miałem wejście do teatru marzeń. Potem były „Dziady", które moim zdaniem położyłem. Strasznie grałem Gustawa-Konrada. Szczerze obawiałem się o swój los. Właściwie powinienem sobie uwiesić kamień u szyi i rzucić się do Wisły. A pamiętam wielką cierpliwość dyrektora, i jak pan widzi, żyję. Pod koniec życia Grzegorzewskiego miałem szczęście się z nim zaprzyjaźnić i zagrałem w jego „Hamlecie Stanisława Wyspiańskiego". 21 lat grzałem się w cieple Grzegorzewskiego. Sowicie mnie obdzielił wiedzą o sztuce. Jestem optymistą.
Czterdziestolatek – dwadzieścia lat później
10.55 | tvp polonia | sobota
sztuka kochania
23.45 | kino polska | poniedziałek
Wojciech Malajkat (1963), jeden z najzdolniejszych aktorów swojego pokolenia, obdarzony wszechstronnym talentem, co zaowocowało wieloletnią współpracą z Jerzym Grzegorzewskim. Przez długi czas był jego aktorem w warszawskim teatrze Studio, gdzie zagrał główne role w „Hamlecie", „Dziadach. Improwizacje", „Zagraj to jeszcze raz", „Usta milczą, dusza śpiewa", „Miasto liczy psie nosy", „Mizantropie". W Teatrze Narodowym oglądaliśmy go w „Weselu", „Operetce", „Hamlecie Stanisława Wyspiańskiego", a także w „Tartuffe", „Czekając na Godota". „Śmierci komiwojażera". Obecnie jest dyrektorem teatru Syrena, gdzie występuje w „Zamachu na MoCarta" i „Skazanych na Shawshank". Gra też gościnnie w teatrze Polonia – Szambelana w „Panu Jowialskim". Na dużym ekranie widzieliśmy go w „Wielkim Tygodniu" Andrzeja Wajdy, „Szabli od komendanta" Jana Jakuba Kolskiego i „Ogniem i mieczem" Jerzego Hoffmana.
 
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA