fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Katastrofa smoleńska

Smoleńsk – pół roku po katastrofie

W katastrofie Tu-154 M zginęło 96 osób, w tym prezydent. Trumna z ciałem Lecha Kaczyńskiego wróciła do Polski 11 kwietnia
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Pół roku po katastrofie. Ani śledczy, ani eksperci zapewne nie wskażą jednej przyczyny tragedii z 10 kwietnia. Będzie to raczej splot czynników
Pół roku temu, 10 kwietnia, o 7.23 rządowy tupolew 154M wystartował z lotniska Okęcie. Wiózł prezydenta, 88 innych członków oficjalnej delegacji, siedem osób załogi na uroczystości do Katynia. Lot o kryptonimie PLF 101 zakończył się tragicznie. O 8.41 samolot uderzył w ziemię, tuż przed pasem do lądowania rosyjskiego lotniska Siewiernyj. Zginęli wszyscy obecni na pokładzie.
 
 
Można się domyślać, że ani śledczy, ani eksperci badający katastrofę nie wskażą jednej przyczyny tragedii. Będzie to zapewne splot czynników. Badane jest wszystko: od szkolenia załóg, sytuacji w 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego, przygotowań do lotu przez stan techniczny samolotu, wyposażenie lotniska, kwalifikacje kontrolerów, kończąc na drobiazgowej analizie samego lotu, zwłaszcza tego, co się działo podczas podchodzenia do lądowania.
Co się działo przed wylotem? Niedawno prokurator generalny Andrzej Seremet nie wykluczył, że któraś z osób odpowiedzialnych za organizację wizyty może usłyszeć zarzuty. To nie dziwi, bo przed wylotem i prezydenta, i premiera (który był w Katyniu 7 kwietnia) panował rozgardiasz. Rosjanie spóźniali się z przekazaniem kart podejścia do lotniska Siewiernyj – ostatecznie polskie samoloty rządowe posługiwały się dokumentami z 2009 r. i to przesłanymi faksem. Załogi przed wylotem nie dysponowały aktualną prognozą pogody z lotniska. Na pokładzie nie było rosyjskich nawigatorów, którzy powinni znać procedury obowiązujące na wojskowym lotnisku pod Smoleńskiem i których zadaniem byłaby komunikacja z wieżą.
36. pułk sam zrezygnował z ich obecności, bo nie mógł się doczekać, aż Rosjanie podejmą decyzję. Prokuratorzy musieli mieć wiele pytań do organizatorów wizyt: czy monitowali Moskwę, ile razy, na jakim szczeblu? Czy, skoro nie było ani map, ani nawigatora, ani prognozy, to rozkaz startu w ogóle powinien być wydany?
 
 
Charakterystyczne, że w ostatnich tygodniach wybuchł spór między rosyjskimi fachowcami badającymi katastrofę i ekspertami z Polski o to, według jakiej procedury (wojskowej czy cywilnej) Tu podchodził do lądowania. Jak to się stało, że o procedurze podejścia – czyli o tym, za co odpowiada kapitan, za co kontroler, jakie są wydawane komendy – dyskutuje się po katastrofie, a nie przed startem.
Wątpliwości budzi także szkolenie pilotów i zwyczaje w 36. pułku. Już po katastrofie okazało się, że do pilotowania Tu-154 M w całej jednostce przeszkolonych jest tylko dwóch pierwszych pilotów. Doświadczenie lotników nie jest imponujące, a załogi nie są dobrze zgrane (lecąca do Smoleńska wcześniej wspólnie leciała tylko raz). Okazało się także, że piloci nie są szkoleni na symulatorach lotów.
Samo lotnisko Siewiernyj – sprzęt, obowiązujące tam procedury – to ciągle zagadka dla naszych ekspertów i śledczych. Rosjanie nie chcą przekazywać dokumentów, ujawniać, jakie obowiązywały instrukcje i jaki sprzęt pracował w wojskowym obiekcie. Polscy piloci – co pojawiło się w ich zeznaniach – narzekali na pracę niektórych urządzeń radiolokacyjnych. Trzeba pamiętać, że trzy samoloty podchodzące do lądowania 10 kwietnia w kiepskich warunkach pogodowych nie trafiały idealnie w pas. Wszystkie wychodziły z jego lewej strony.
Największa zagadka to oczywiście kilkanaście ostatnich minut lotu. Nie ma odpowiedzi na pytanie, dlaczego w ogóle kapitan Arkadiusz Protasiuk decydował się na próbne podejście do lądowania. Dowódca wiedział, że warunki, z powodu gęstej mgły, są drastycznie poniżej minimów – lotniska, jego własnych i tupolewa, za którego sterami siedział.
 
 
Rosyjscy kontrolerzy lotów informowali kapitana, że warunków do lądowania nie ma. Jednak potem zaakceptowali to, że samolot będzie próbował siadać na płycie Siewiernego. Wiadomo, że kontrolerzy ze Smoleńska nie podjęli decyzji sami.
Konsultowali się z "Logiką" – to kryptonim sztabu kierowania lotnictwem wojskowo-transportowym w Moskwie (nagrania tego nie mają polscy prokuratorzy).
Dlaczego wyżsi rangą rosyjscy wojskowi przystali na lądowanie samolotu w drastycznie złych warunkach? Bali się skandalu dyplomatycznego, gdyby Lech Kaczyński spóźnił się na uroczystości katyńskie?
Kluczowa wydaje się odpowiedź na pytanie, dlaczego Protasiuk sprowadził samolot na wysokość, z której nie było ucieczki. Edmund Klich, polski akredytowany przy komisji badającej katastrofę, postawił tezę, że załoga w gęstej mgle nieumiejętnie posługiwała się wysokościomierzami odrzutowca.
Jeśli nawet tak było, to rosyjscy kontrolerzy nie pomogli załodze w opanowaniu sytuacji. Do ostatnich minut potwierdzali Protasiukowi, że jest na kursie i ścieżce podejścia, choć wcale tak nie było. Tuż przed katastrofą milczeli przez kilkanaście sekund, choć samolot zniknął z ekranu radaru.
Dlaczego? Zabrakło im doświadczenia czy też sprzęt nawigacyjny, którym dysponowali, był w złym stanie? Przy wyjaśnianiu tych kwestii polska strona ma ograniczone możliwości. Wiele zależy od Moskwy. Od tego, czy Rosjanie będą chcieli się podzielić informacjami, gdyby okazały się niekorzystne dla nich samych.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA