fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

O. Zięba: moja krucha niezależność

Maciej Zięba OP
Fotorzepa, pn Piotr Nowak
Od samego początku narastało napięcie pomiędzy Europejskim Centrum Solidarności a Urzędem Miejskim, który chciał ograniczyć naszą gwarantowaną prawnie niezależność – pisze dominikanin
Nie o piekiełku zamierzam tu pisać, ale od niego jestem zmuszony zacząć. Nagonka, której obiektem stałem się w ostatnim czasie, prowadzona nieetycznymi metodami, wkładając mi w usta słowa, których nie wypowiedziałem i przypisując czyny, których nie popełniłem, uniemożliwia dokonania sprostowań. Publicznie analizowano też moje ambicje do robienia kariery czy stricte polityczne zaangażowania.
Zmusza mnie to do przeżywania całej sprawy przede wszystkim w kategorii ubóstwa, które ślubowałem jako zakonnik. Zmusiło mnie też to do wyznania choroby, na którą leczę się od trzech lat (jedynym pozytywem tej sytuacji okazało się to, że mogłem troszkę dopomóc paru osobom cierpiącym na depresję). Wszystko to dokonało się z tego powodu, że konsekwentnie walczyłem o ocalenie wspólnej pamięci o "Solidarności" i o pozycję Europejskiego Centrum Solidarności, które wraz ze współpracownikami zaczęliśmy tworzyć niespełna trzy lata temu.
Muszę zgodzić się z opinią paru redaktorów "Gazety Wyborczej", którzy napisali do mnie: „chcemy, żeby Ojciec wiedział, że sposób, w jaki 'Gazeta' potraktowała Ojca, uważamy za niegodziwy. Wiemy, jak wyglądało jedno z kolegiów po opublikowaniu żenującego tekstu gdańskich dziennikarzy: wielu redaktorów u nas było oburzonych, jak można było coś takiego wydrukować. Dlatego przykro nam, że zamiast przyznać się do błędu, 'Gazeta' brnęła dalej i opatrzyła oświadczenie Ojca cynicznymi komentarzami. Ubolewamy nad tym wszystkim. Padł Ojciec ofiarą polskiego piekiełka, taka prawda…”.
[srodtytul]Powstanie ECS [/srodtytul]
Jedyną moją motywacją, gdy podejmowałem się kierowania nieistniejącą placówką, była próba stworzenia nowoczesnego centrum utrwalającej dziedzictwo „Solidarności” i promujące jej ideały w świecie. Największy i najpiękniejszy ruch społeczny w historii nie doczekał się bowiem przez wiele lat w niepodległej ojczyźnie ani instytucji na miarę swoich osiągnięć, ani należnego mu miejsca w narodowej pamięci, ani adekwatnych możliwości do promowania "Solidarności" w Polsce i na świecie.
W 16. roku istnienia niepodległej Rzeczpospolitej podpisano co prawda deklarację założycielską, ale przez ponad dwa lata pozostawała ona jedynie martwym papierem. Dopiero energia prezydenta Adamowicza, który doprowadził do serii spotkań różnych zainteresowanych stron, przełamała ten impas. To wówczas pojawiła się moja kandydatura jako człowieka godzącego różne racje. Wśród założycieli ECS byli minister Kazimierz Michał Ujazdowski (PiS), prezydent Paweł Adamowicz (PO), przewodniczący Janusz Śniadek (NSZZ "Solidarność"), marszałek Jan Kozłowski (PO) i przewodniczący Fundacji "Solidarności" Bogdan Lis (PD).
Dodatkowo sondowano też opinie różnych autorytetów, m.in. Lecha Wałęsy. Różnorodność tego grona i argument prezydenta Adamowicza, że jestem osobą, której kandydaturę wszyscy akceptują, sprawiły, że poważnie rozważyłem tę propozycję. Trudno było ją traktować w kategoriach kariery, jako że zaczynałem kierować czymś, co nie istniało. Nie jest też uczciwe traktowanie jej w kategoriach politycznych, bo instytucję tę powołały do istnienia bardzo różne podmioty z szerokiego politycznego spectrum.
Podjąłem się tego zadania z powodów etycznych i metapolitycznych dlatego, że czuję się człowiekiem Kościoła (szczególnie uformowanym przez myśl i działanie Jana Pawła II) oraz polskim patriotą i człowiekiem „Solidarności”. Wszystkie te autodefinicje można było spójnie połączyć przez organizowanie tak bardzo potrzebnej w Polsce instytucji.
Postawiłem jedynie dwa warunki: Primo, centrum będzie instytucją niepolityczną, otwartą na różne opcje, zależną jedynie od statutowych organów: Rady ECS i Kolegium Programowo-historycznego ECS (do których to organów wszyscy założyciele desygnują swoich reprezentantów, a dodatkowo jedno miejsce przyznano delegatowi prezyd. Wałęsy). Secundo, zajmę się wyłącznie realizacją statutowej działalności ECS, natomiast budową nowego budynku, siedziby Centrum, zajmie się Miasto (zresztą w chwili obejmowania przeze mnie funkcji konkurs architektoniczny – zorganizowany przez Urząd Miejski – został właśnie rozstrzygnięty).
Oba te warunki zostały przyjęte. Dlatego często potem powtarzałem na różnych spotkaniach, że nie jestem ani od „polityki”, ani od „budowy”, tylko od „etosu”.
[srodtytul]Początki działalności [/srodtytul]
Po autorskim stworzeniu zespołu (choć w komisji kwalifikacyjnej dominowali doświadczeni urzędnicy UMG), którego jądro oparłem na ambitnych, twórczych, młodych ludziach, gdyż z jednej strony, dawało to szansę na całkowite ich utożsamienie się z projektem, a ze strony drugiej zmniejszało siłę uwikłań towarzysko-politycznych, w styczniu 2008 przystąpiliśmy do pracy (1 stycznia 2008 r. w ECS pracowałem tylko ja i księgowa, a nasze „włości” stanowiło nieumeblowane 250 m pow. w budynku dawnej dyrekcji stoczni). Realnie więc za początek naszej działalności można przyjąć marzec 2008 r.,kiedy rozstrzygnęliśmy przetargi na komputery.
Do dziś, w ciągu 2,5 roku stworzyliśmy blisko 300 wydarzeń, od pojedynczych wykładów, po parutygodniowe festiwale. Dosyć trafnie ujmuje to prez. Adamowicz w swoim blogu, w którym 15 lipca tego roku napisał: [b]„od stycznia 2008 już pracuje instytucja kultury ECS, która zanim jeszcze powstał budynek, tworzy imponujący dorobek, dzięki któremu ECS od początku będzie centrum żywym i pełnym ludzi.
Zgodnie ze statutem celem Europejskiego Centrum Solidarności jest zarówno zachowywanie i upamiętnianie dziedzictwa "Solidarności", jak i prowadzenie działalności edukacyjnej, kulturalnej i naukowej w oparciu o ideę solidarności.
ECS współorganizowało 25. rocznicę przyznania prezydentowi Lechowi Wałęsie Nagrody Nobla w grudniu 2008 roku. Na zaproszenie ECS do Gdańska przy tej i innych okazjach przyjeżdżały największe osobistości współczesnego świata: Dalajlama i inni laureaci Pokojowej Nagrody Nobla, legendarni liderzy ruchów wolnościowych i demokratycznych: Vaclav Havel, Stanisław Szuszkiewicz, Żeliu Żelew, Lord Douglas Hurd, artyści światowej klasy: Ennio Morricone, Robert Wilson. Czy pojawiliby się w Gdańsku, gdyby nie historia "Solidarności"? Czy o naszym mieście byłoby głośno, gdyby nie Lech Wałęsa?
Już dziś ECS realizuje projekty, które przyciągają masową publiczność, takie jak Ekspres Solidarności, Forum Młodych i Akademia Solidarności. ECS uczestniczy również w ogólnopolskim programie Rok Historii Najnowszej, w ramach którego m.in. został zorganizowany konkurs Ocal okruchy historii. Wzięło w nim udział kilkuset uczniów szkół przygotowujących różne pamiątki z okresu PRL. ECS to także festiwale, takie jak All About Freedom, które mocno wpisują się w starania Gdańska o uzyskanie tytułu Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku.
Z kolei wystawa „Solidarność. Pokojowa rewolucja” była prezentowana w tak prestiżowych miejscach, jak berliński Bundestag czy Parlament Europejski. Wystawy plenerowe takie jak: „Historia zza żelaznej kurtyny, Solidarność narodów, 10 lat, 10 miesięcy, 10 tygodni, 10 dni…” odwiedzają dziesiątki miast, nie tylko w Polsce i Europie, ale także w Ameryce Południowej. Jedna z wystaw poświęcona pamięci i myśli Lecha Bądkowskiego była prezentowana już w kilkudziesięciu miastach Polski. Wystawę Drogi do Wolności co roku odwiedza kilkadziesiąt tysięcy osób. Tam również organizowane są lekcje historii dla uczniów, nie tylko z Polski.
Nakładem Europejskiego Centrum Solidarności ukazał się szereg książek, w tym m.in. biografia Lecha Wałęsy „Zadra” pióra Jana Skórzyńskiego czy opublikowane w maju tego roku wspomnienia Waldemara Kuczyńskiego „Solidarność u władzy. Dziennik 1989 – 1993”. [/b]
W archiwum Europejskiego Centrum Solidarności znajduje się już teraz kilkadziesiąt tysięcy historycznych zdjęć, prawie 10 000 książek oraz setki innych przedmiotów związanych z historią "Solidarności" (ulotek, biuletynów, dzieł sztuki) – duża część tych zbiorów została przekazana ECS nieodpłatnie podczas zbiórek pamiątek. Nagrano ponad 500 notacji – filmowych wywiadów z działaczami opozycji”.
Oczywiście tych wydarzeń było znacznie więcej, choćby sporo naukowych konferencji, pomnik "Solidarności" (fragment muru stoczniowego z piękną inskrypcją) w centrum Berlina, Medal Wdzięczności dla obcokrajowców wspierających "Solidarność", 11 ważnych filmów dokumentalnych, ale opis prezydenta obejmuje istotę pracy ECS. Choć dodać do tego jeszcze należy bardzo zaawansowane prace nad ekspozycją w przyszłym Muzeum Solidarności. Jej efekty zaprezentowaliśmy w końcu lipca w Urzędzie Miejskim i sam prezydent określił je jako znakomite.
ECS nie jest autonomiczną jednostką. Nie działa w próżni. Wręcz przeciwnie, jako instytucja posiadająca wielu założycieli obciążeni jesteśmy ogromną biurokracją, pisząc w ciągu każdego roku 68 sprawozdań dla Urzędu Marszałkowskiego, 18 sprawozdań dla Urzędu Miejskiego oraz 14 sprawozdań (+ 12 kopii z sprawozdań dla Miasta) dla Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Nasze plany i działania opiniują też – wspomniane już – organy statutowe Rada i Kolegium ECS, z których każde zbiera się kilka razy do roku.
Jesteśmy także bardzo starannie kontrolowani. Coroczne badania sprawozdań finansowych, kontrole z urzędu skarbowego, z ZUS, z Urzędu Marszałkowskiego czy z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie wykazały żadnych realnych uchybień.
Tak rozwinięta biurokracja jest, z jednej strony, niezmiernie męcząca, ale z drugiej strony daje też komfort bezpieczeństwa, że działamy zgodnie z prawem i że nie marnotrawimy publicznego grosza.
Jednym z owoców tych wszystkich naszych działań była przyznana mi 3 sierpnia tego roku nagroda przez prezydenta miasta Gdańska.
[srodtytul] Obchody 30. rocznicy "Solidarności" [/srodtytul]
W ramach generalnej uwagi wstępnej chciałbym – w dopuszczalnym uproszczeniu – powiedzieć, że przy organizacji obchodów XXX-lecia „S” zderzały się ze sobą dwie koncepcje – „konfrontacyjna” i „koncyliacyjna”. We władzach obu najsilniejszych partii oraz NSZZ zasiadali przedstawiciele obu tych koncepcji. Nie muszę chyba dodawać, że ECS zawsze był po stronie koncyliacyjnej. Niestety, również ta postawa zaczęła coraz silniej wpisywać nasze Centrum w narastającą w Polsce polityczną polaryzację. Nie wierzyłem, że to możliwe, ale etos też został upolityczniony.
Przygotowując rocznicowe obchody, na które składało się blisko 30 różnorodnych wydarzeń od czerwca do października tego roku, chcieliśmy zarazem ich centralny punkt umieścić w dniu i miejscu podpisania porozumień sierpniowych, a więc 31 sierpnia, w Stoczni Gdańskiej. Pragnęliśmy przy tym odejść od stereotypowej już dzisiaj formy zwykłego koncertu. Dlatego – za radą wybitnych menedżerów kultury (ich opinie rozesłałem członkom Rady w grudniu ub. r.) – rozpoczęliśmy rozmowy z słynnym reżyserem Robertem Wilsonem.
O widowisku tym – jako że pomysł budził kontrowersje – dyskutowaliśmy, na kolejnych posiedzeniach Rady w grudniu, styczniu i marcu. A przed tym ostatnim posiedzeniem przesłałem członkom zarys scenariusza oraz przedstawiłem budżet widowiska, ponieważ zaciąganie zobowiązań przez dyrektora ECS powyżej 1 mln zł wymaga zaopiniowania przez Radę. Rada ECS swoją pozytywną opinię wyraziła w formie uchwały.
Równocześnie od grudnia ub.r. o scenariuszu i budżecie widowiska wielokrotnie rozmawiałem z – odpowiedzialnym ze strony Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – wiceministrem Tomaszem Mertą, który sukcesywnie akceptował wszystkie poczynania. Formalny wniosek o przyznanie 9 milionów na obchody w Stoczni złożyliśmy w MKDiN w początku kwietnia i został on zaakceptowany przez ministerstwo.
Nie zamierzam bronić samego widowiska Wilsona. Jak słusznie zauważył min. Zdrojewski: „zawsze istnieje ryzyko artystyczne”. Na to, że nie spełniło ono oczekiwań wpłynęło bardzo wiele czynników. Krytyka jakości przekazu w TVP spowodowana była faktem, że kierownictwo telewizji podjęło decyzję o transmisji w dn. 24 sierpnia (!). Niepewność co do udziału artystów i stałe zmiany w ich składzie, oprócz czynników losowych (choroby Bono i Lou Reeda) spowodowane było głównie tym, że formalną decyzję o przyznaniu pieniędzy dostaliśmy 30 czerwca.
Prawdziwe negocjacje z agencjami oraz ogłoszenie przetargów zaczęło się więc dopiero w lipcu. To, że w Stoczni wystąpiły dwie laureatki Grammy i paru innych wybitnych artystów, graniczy z cudem. Znalezienie bowiem w ciągu paru letnich tygodni artystów, którzy przylecą do Polski, by wykonać jedną czy dwie piosenki, teoretycznie jest niemożliwe. Tak to już jednak bywa, że gdy jest się skazanym na improwizację, najmniejszy drobiazg nabiera wielkiego znaczenia.
Choroba reżysera, rozbicie próby generalnej przez burzę (rano trzeba było wypompować 400 t wody), ulewa w trakcie widowiska to tylko parę złośliwych szczegółów, które dodatkowo utrudniały osiągnięcie poziomu, którego można się było spodziewać po tak wybitnym artyście. Samo widowisko jednak – w moim przekonaniu – miało wiele momentów naprawdę dobrych, ale – to brak podstawowy – koncepcja nie była czytelna dla widzów.
Sukcesem natomiast było zgromadzenie w Stoczni ok. 30 tys. głównie młodych, bawiących się ludzi, bo dzisiaj „Solidarność” kojarzy im się głównie z kłótniami i upartyjnieniem. Bardzo dobrze, że przemówili do nich ludzie "Solidarności” – prezydent Bronisław Komorowski i bohaterowie Sierpnia ’80 Lech Wałęsa i Bogdan Borusewicz. Sukcesem też był fakt, że przemówienia te transmitowały i TVP, i TVN24.
[srodtytul]Niezależność instytucji kultury [/srodtytul]
Problem z koncertem, jak postaram się to pokazać, był problemem zastępczym. Od samego bowiem początku mojej pracy w Gdańsku zaczęło narastać napięcie pomiędzy powstającym Centrum a Urzędem Miejskim. Urząd bowiem chciał traktować ECS jako podległą mu jednostkę.
Trzeba dodać, że – na ile się orientuję – jest to praktyka nader rozpowszechniona w całej Polsce. Jest ona jednak całkowicie niezgodna z obowiązującą ustawą o instytucjach kultury (DzU nr 13, poz. 123 ze zm.). Traktowanie to przejawiało się, począwszy od takich drobiazgów, jak naciski na podpisywanie przez dyrektora listy obecności i występowanie do urzędu z wnioskiem o delegację służbową, poprzez arbitralne „wcielanie” dyrektora, z obowiązkiem uczestnictwa, do ciał powoływanych ad hoc przez prezydenta miasta, po znaczące różnice koncepcyjne dotyczące budowy budynku ECS oraz przyszłości Centrum. I – jak sądzę – z tego powodu narastających rozbieżności, we wrześniu 2009 r. prezydent Gdańska delegował sam siebie do Rady ECS i jednomyślnie został wybrany jej przewodniczącym (rada ta m.in. opiniuje dla prezydenta miasta działania dyrektora ECS).
O fundamentalnych problemach tyczących przyszłości ECS trzeba jednak będzie napisać odrębny artykuł, bo domagają się one obszernego omówienia i – jak sądzę – domagają się ogólnopolskiej dyskusji. „Solidarność” jest bowiem narodowym dobrem.
Ogólnonarodowej dyskusji domaga się także relacja instytucji kultury i władz samorządowych. I chciałbym, by była to podstawowa teza tego tekstu. Zagwarantowana bowiem ustawowo niezależność instytucji kultury w praktyce często okazuje się fikcją.
[srodtytul]Wyrok przed obchodami [/srodtytul]
Podstawowym problemem w minionych latach był więc spór ECS z UMG o gwarantowaną prawnie niezależność. Nie oznaczało to dążenia do całkowitej autonomii instytucji kultury. Ustawa przewiduje bowiem „zwierzchnictwo służbowe” organizatora, tzn. prawo do powoływania i odwoływania dyrektora oraz do czynności kontrolnych. Relacja ta zasadniczo jednak się różni od „podległości służbowej”, co parokrotnie podkreślał w swoim orzecznictwie Sąd Najwyższy.
Problem ten połączył się z problemem upolitycznienia etosu "Solidarności" pomiędzy koncepcję konfrontacyjną i koncyliacyjną rocznicowych obchodów. Z całą mocą angażując się po stronie koncyliacyjnej, gdyż jest ona wierna etosowi „S”, dokonaliśmy zarazem wyboru mającego w obecnej chwili wymiar polityczny.
Być może przypadkowo, jak twierdzi red. Kurski, do akcji włączyła się „Gazeta Wyborcza”. Na początku sierpnia zwrócił się bowiem do mnie Rafał Kalukin z prośbą o udzielenie dłuższego biograficznego wywiadu dla „Dużego Formatu”. Druk tekstu (treść wywiadu jest dostępna na stronie ECS) zatwierdzonego przez redakcję, złamanego i zaopatrzonego w zdjęcia wstrzymuje red. Kurski w dn. 23 VIII. Dwa dni później ukazuje się napastliwy całokolumnowy wywiad z Bogdanem Lisem atakujący mnie i ECS (żądając sprostowania podanych przez niego faktów dostaję prawo do krótkiej repliki, ale jedynie w dodatku lokalnym).
Na zjeździe „Solidarności”, w dn. 30 VIII zaczynają mnie dobiegać nieoficjalne głosy, że moje „dni są policzone”. Co ciekawe, znajomi pokazują mi później, pochodzący z tego samego dnia, wpis na jednym z blogów o otrzymaniu informacji o ojcu Ziębie, który „niezadługo ma zostać wyrzucony z ECS”. Zauważmy, że wszystko to dzieje się przed koncertem, w przeddzień obchodów 30-lecia "Solidarności" w Stoczni.
Chciałbym jeszcze tylko dodać, że cytowany wcześniej przez mnie, bardzo pochlebny dla ECS, komentarz z blogu prezydenta Adamowicza, opatrzył on – pozornie bez związku – filozoficzną uwagą: „Ludzie kultury słusznie walczą o swoją autonomię, choć skarb wolności i niezależności jest kruchy i tak trudno się z nim należycie obchodzić”.
Rzeczywiście, kruchy jest skarb wolności i niezależności. I – jak życie pokazuje – nie umiałem się z nim należycie obchodzić.
[i] Autor jest dominikaninem, filozofem, teologiem i publicystą. Od 2007 roku jest szefem Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku, we wrześniu 2010 oświadczył, że rezygnuje ze stanowiska.[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA