Styl życia

Szwy naszej mody

Rzeczpospolita
Jak małe polskie pracownie radzą sobie na rynku pełnym sieciówek
Przeciętny klient, idąc do sklepu po ubranie, niespecjalnie się przejmuje, czy na metce będzie polska nazwa. Zresztą nasi producenci robią wszystko, żeby się nie wydało, że są nasi. Polszczyzny boją się, jak diabeł święconej wody. Mało kto zatem wie (i chce wiedzieć), że Reserved, Leo Lazzi, House, Cropp Town, Caterina, Hexeline to biznesy rodzimego pochodzenia.
Snobami jesteśmy nie tylko my. Pewna polska firma (obiecałam nie ujawniać), która ma sklepy w Rosji, uchodzi tam za firmę włoską i pilnie strzeże swojej tajemnicy. Gdyby klienci dowiedzieli się prawdy, groziłoby to gwałtownym spadkiem sprzedaży... Włoski mit mody działa na wyobraźnię. Armani, Prada... Skądinąd dziwne, że nie używa się nazw francuskich – przecież zawsze stolicą mody był Paryż. Ale teraz jest faza Włochów. A może francuskie nazwy są za trudne do wymówienia? [srodtytul]Perfumy bojowe[/srodtytul]
W odróżnieniu od dużych firm, indywidualni projektanci pozostali przy własnych nazwiskach. Odbyło się ostatnio kilka pokazów mody, więc dowiedziałam się, co piszczy w naszym biznesie. Pokazów jest coraz mniej, bo to kosztuje, a polska moda nie zarabia na siebie produkcją galanterii i perfum, jak zagraniczna. [wyimek]Celebrytki lądowały w awionetkach, wyświetlano stare filmy na ścianach hangaru [/wyimek] Ale może to się zmieni? Tomasz Ossoliński zorganizował swój pokaz na lotnisku w Oborach, prezentował przy tej okazji także sygnowane własnym nazwiskiem perfumy ZEKE (nazwa samolotu bojowego z II wojny światowej). Tomasz jest wielbicielem atrakcji parateatralnych. Jego poprzedni pokaz „Hugenoci“ odbył się w Teatrze Wielkim i miał skomplikowaną symbolikę. Teraz tylko celebrytki lądowały w awionetkach, a na ścianach hangaru wyświetlano stare filmy. Modele maszerowali w garniturach inspirowanych latami 30. i 40., świetnie uszytych. Osobiście lubię jego zacięcie do klimatów retro, które umie zinterpretować w duchu współczesnym. [srodtytul]W zagłębiu bohemy[/srodtytul] Imponującą pracownię na warszawskiej Pradze, w dzielnicy, która z robotniczo-menelskiej staje się zagłębiem bohemy, otworzyła Małgorzata Baczyńska. Tę projektantkę znamy głównie z sukni wieczorowych polskich gwiazd. Studio na Floriańskiej robi wrażenie. Trzy poziomy, styl industrialny, ściany szare, na podłodze deski. Na ścianach kable. Wokół sufitu fryz stiuków z liści akantu, także szary. W gablotach (stare jubilerskie z 1928 roku) błyszczy biżuteria. – Wszyscy myślą, że szyję tylko dla aktorek, zżyma się Baczyńska. A ja nastawiam się na normalnego człowieka. Ale jak przekonać „normalnego człowieka“ do szytych na miarę sukni, które pochłaniają kilkadziesiąt godzin pracy krawcowych i kosztują od trzech do ośmiu tysięcy? Może być trudno. Długa beżowa, plisowana od talii, kremowa na czarnych ramiączkach, obszyta obrączkami z materiału bluzka z misternie wycinanym, wielowarstwowym żabotem... – Seryjne sukienki za 500 zł musiałabym szyć w Chinach. A to jest ręczne i szycie, i wykańczanie. Dziś nawet Lanvin szyje seryjnie. W nowym studio działa także Joanna Klimas, która wróciła na rynek po 10-letniej przerwie. I dobrze się stało. Klimas czuje ducha współczesnej mody i mieści się w tym jej nurcie, który obok prostoty stawia na trudną konstrukcję. Ten ambitny kierunek reprezentują za granicą m.in. Alber Elbaz czy Nicolas Ghesquiere. W minimalistycznych ubraniach Klimas jest zawsze coś, co przyciąga uwagę, jakiś szczegół konstrukcyjny, zaczepka dla oka. Ceny od 1200 zł, ale to ubrania jednostkowe, na zamówienie. – Nie ubieram na wielkie okazje, mówi Klimas. Czuję się projektantką offową. U mnie znajdą coś dla siebie kobiety, które szukają ubrań trochę innych niż codzienne, ambitniejszych, ale też niekoniecznie epatujących ostatnim trendem. Dużą przyjemność sprawia mi, kiedy doceniają mnie kobiety z zagranicy. Ostatnio przyszła do mnie pani z córką i kupiły 10 rzeczy. Joanna Kędziorek działa trochę w cieniu. Bez reklamy, bez pokazów, bez piarowskiego zgiełku. Za to szyje ubrania ładne w rozmiarach polskich kobiet. I w cenach stosunkowo przystępnych. Zważywszy na liczbę działających w Polsce projektantów, dziwi, że ich obecność w tak niewielkim stopniu odczuwamy na własnej skórze. Mówię to w przenośni i dosłownie, a propos polskiej firmy skórzanej Ochnik, dla której kolekcję zaprojektowała Wiola Śpiechowicz. Torebki, płaszcze i kurtki są na dobrym poziomie i w przyzwoitych cenach. Dużą, dobrze wykonaną torbę ze skóry można tam kupić za niewiele ponad 400 zł. [srodtytul]Ubrania z niszy[/srodtytul] Jaka jest diagnoza polskiej mody? Projektantów działa dużo, ale to nie bardzo przekłada się na rynek. Bo modą i wielką, i uliczną rządzą cztery stolice: Paryż, Mediolan, Londyn, Nowy Jork. Tam powstają koncepcje, które następnie przenikają do masowego rynku za pośrednictwem produkcji sieciówek. I cały świat chodzi w tym samym. Ludzi, którzy noszą ubrania od niszowych projektantów, jest wciąż niewiele. – Polska moda jest na etapie, na jakim na początku XX wieku była moda francuska – mówi Joanna Klimas. – Schiaparelli, Vionnet, Chanel. Małe pracownie, które potem się rozwinęły. Sieciówki zmieniły rynek i nauczyły kobiety się ubierać. Ale musi być miejsce dla mniejszych, bardziej elitarnych firm, takich jak moja. Czy będzie? Czy też od razu połkną je międzynarodowe rekiny? Miejmy nadzieję, że nie. Nie wszyscy chcą nosić tanie sukienki, w których na wstępie prują się szwy. [ramka][srodtytul]Co nowego[/srodtytul] Gosia Baczyńska właśnie otworzyła w Warszawie nowy butik. Joanna Klimas po latach wróciła do projektowania. Tomasz Ossoliński urządził pokaz w stylu retro na lotnisku w Oborach.[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL