fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Prawdziwy koniec historii

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek Mirosław Owczarek
Po reformie edukacji dla większości młodych Polaków obraz dziejów wyniesiony ze szkoły będzie się musiał zatrzymać na poziomie infantylnym - pisze historyk
Skomentuj na [link=http://blog.rp.pl/blog/2008/12/17/andrzej-nowak-prawdziwy-koniec-historii/" "target=_blank]blog.rp.pl[/link]
"Takie Rzeczypospolite będą, jakie ich młodzieży chowanie". Te słowa pierwszy raz czytałem ze styropianowych literek na ścianie mojej podstawówki. Potem mądrość kanclerza Jana Zamoyskiego wracała jeszcze parokrotnie w edukacji szkolnej – na lekcjach polskiego, historii, w temacie maturalnym.
To jest sedno polityki historycznej każdej Rzeczypospolitej: każdej wspólnoty, która chce wychowywać swoich obywateli. Od kształtu i treści tego wychowania zależy jej przyszłość. Jaka ma być przyszłość wspólnoty polskiej, przyszłość moich dzieci jako członków tej wspólnoty? Przypomniałem sobie słowa Zamoyskiego, kiedy moi przyjaciele ze studiów, nauczyciele historii z ponad 25-letnim już stażem, dali mi do ręki gruby plik materiałów Ministerstwa Edukacji Narodowej, precyzujących założenia nowej reformy szkolnictwa, która wejdzie w życie 1 września najbliższego roku.
Przeczytałem je – i nie mam wątpliwości. To najważniejsze, najbardziej rewolucyjne dokonanie, które ma firmować obecny rząd. W istocie bowiem jest to milowy krok na drodze w stronę końca historii: końca historii w polskiej edukacji.
[srodtytul]Najśmielszy krok [/srodtytul]
Nie jest to krok pierwszy, ale na pewno najśmielszy. Już poprzednia wielka reforma, dokonana przez rząd premiera Buzka (i ministra Handkego), zasadniczo ograniczyła ilość lekcji historii – na poziomie szkoły podstawowej. Faktycznie do jednej godziny tygodniowo. Ilość lekcji wychowania fizycznego podniesiono wtedy z dwóch do pięciu. Rozbicie nauczania ponadpodstawowego na dwa trzyletnie etapy: gimnazjum i liceum, spowodowało, że kurs historii został na tych etapach także w rzeczywistości skrócony. Poprzednio liceum dawało w ciągu swoich czterech lat nauki historii szansę dokonania względnie systematycznego przeglądu dziejów (po przygotowaniu obejmującym łącznie 270 godzin historii w klasach IV – VIII szkół podstawowych). Po reformie Handkego całą historię omawiało się w dwóch krótkich, faktycznie dwuipółletnich, kursach (ostatnie pół roku w trzeciej klasie gimnazjum i w klasie maturalnej to już wyłącznie przygotowania do egzaminu). W dwa i pół roku nie dało się w żaden sposób zmieścić tego, co dawniej w cztery lata.
Nowa reforma ma temu zaradzić. Jak? Nauka z trzech lat gimnazjum ma być uzupełniona przez kontynuujący jej treści program w pierwszej klasie liceum. Nastąpi zatem faktycznie powrót do kursu czteroletniego. Brawo. Nareszcie będzie czas, by omówić historię XX wieku, najnowszą, dotąd traktowaną po macoszemu. Tu jednak zaczyna się dramat i kończy historia. Obowiązkowa nauka tego przedmiotu jest bowiem przewidziana tylko w pierwszej klasie liceum!
Dla ogromnej większości młodych Polaków kontakt z historią skończy się w wieku 16 lat. O walce o niepodległość i jej odzyskaniu będą mówili na lekcjach po raz ostatni w gimnazjum (nowy program pierwszej i ostatniej klasy liceum zaczyna się od roku 1919). O niezwykłym eksperymencie dziejowym Rzeczypospolitej Obojga Narodów, o Konstytucji 3 maja – usłyszą po raz ostatni w kontekście historycznym, kiedy będą mieli lat 14. O starożytności i średniowieczu – w pierwszej klasie gimnazjum... Na poziomie wiekowym dawnej klasy siódmej szkoły podstawowej.
Kiedy będą mieli 17 – 19 lat, ich umysły zaczną się otwierać na poważniejsze kwestie politycznej natury: odpowiedzialności obywatelskiej, narodowej wierności i zdrady; kiedy można zacząć z nimi rozmawiać o tych trudnych sprawach, które dawniej nazywano imponderabiliami, kiedy lepiej będą mogli pojąć złożoność historii – wtedy już nie będą mieli historii. Dla większości młodych Polaków obraz dziejów wyniesiony ze szkoły będzie musiał zatrzymać się na poziomie infantylnym.
[srodtytul]Wyrwa nie do nadrobienia[/srodtytul]
Tak oto zrealizował się sen o dziesięciolatce, którym straszono nas jeszcze w Polsce gomułkowskiej i gierkowskiej. Powszechny program nauczania realizowany w dziesięć lat (obecnie tworzą je klasy I – VI szkoły podstawowej, I – III gimnazjum oraz klasa I liceum). Potem specjalizacja, w ramach której można nawet wybrać historię – ciąg dalszy, choć i tak w zakresie wyraźnie węższym niż w dawnych liceach sprzed reformy. Ale to już tylko dla mniejszości. Kto chce, wybiera historię – muzyki albo sztuki. Informatykę albo język mniejszości etnicznej. Chemię albo filozofię. Tylko dlaczego nazywać ogólnokształcącymi szkoły, w których wykształcenie ogólne kończy się na pierwszej klasie, a potem następuje specjalizacja? Specjalizacja, w której wyboru determinującego praktycznie przyszły kierunek studiów i – w jakiejś mierze – karierę zawodową dokonuje się w wieku 16 lat. Dawniej, jeśli ktoś chodził do klasy o profilu np. matematycznym czy biologiczno-chemicznym, miał do końca nauczania pozostałe przedmioty podstawowe – w tym historię.
Mógł po takiej klasie spokojnie próbować dostać się na prawo czy na któryś z kierunków historyczno-społecznych. Teraz, kiedy skończy kontakt z historią w I klasie, taka zmiana wyboru raczej nie będzie możliwa. Wyrwę 120 godzin historii, których zostanie pozbawiony – trudno będzie zasypać.
Rewolucyjny charakter nowej reformy edukacji najłatwiej oddają właśnie liczby. Przed reformami w liceum ogólnokształcącym przewidywano w wersji podstawowej 240 godzin historii w całym czteroklasowym cyklu. Obecnie przewiduje się 60 godzin (jeśliby dodać do tego ostatnią klasę gimnazjum, odpowiadającą wiekowo dawnej pierwszej licealnej, to godzin byłoby razem 120).
W ciągu 20 lat od odzyskania niepodległości uda nam się zmniejszyć czas nauczania historii w szkołach o ponad 40 procent. Przeciętny maturzysta będzie miał w całym swoim wykształceniu ukończony kurs historii na poziomie dawnej podstawówki: 240 godzin. Te liczby są dla mnie szokujące. Czy tylko dla mnie?
[srodtytul]Wymagania wobec IV etapu...[/srodtytul]
Wobec tego problemu błahostką wydają mi się spory wokół Europejskiego Domu Historii, jaki ma powstać w Brukseli. Czy parę, może kilkadziesiąt tysięcy widzów z całej Europy, którzy zajrzą do owego domu, będzie miało okazję zobaczyć tam wzmiankę o bitwie pod Grunwaldem albo o rozbiorach? Czy zobaczą tam jakiekolwiek inne polskie nazwisko poza Lechem Wałęsą i pewną kobietą spaloną w XVII wieku na stosie (symbol polskiej nietolerancji) – to dla mnie sprawy bez większego znaczenia. Jak Unia Europejska w swoim obecnym ideologicznym kształcie chce mieć takie muzeum, taki wykwit swojej polityki historycznej – niech ma. Ważniejsze, bez porównania ważniejsze, jest dla mnie to, czy polski młody widz, konfrontowany na co dzień z kulturą masową, w której obraz Polski w Europie wygląda tak jak w owym muzeum Pötteringa, będzie wiedział, że jest inaczej. Że historia jest bardziej skomplikowana. Że nie tylko Wałęsa i nie tylko czarownica na stosie...
A także, że nie tylko Grunwald i nie tylko rozbiory (żeby jednak wiedzieć o tym, że nie tylko to – trzeba dowiedzieć się najpierw, że i to było – i rozbiory, i ów Grunwald 1410 czy Wiedeń 1683, i pakt Ribbentrop-Mołotow 1939, i powstanie warszawskie, i wielkie kobiety polskiej "Solidarności" z Anną Walentynowicz i Aliną Pieńkowską na czele – że to było, że oni byli, one były także). To jest ważne. Ważne dlatego, żeby Polska pozostała Polską. Tak jak to pierwszy ujął kanclerz Michał Czartoryski w rozmowie z posłem rosyjskim, namawiającym go bez skutku do przemienienia formy Rzeczypospolitej pod dyktat z Petersburga, a 200 lat później przypomniał to w pięknej piosence Jan Pietrzak.
Ale ważne to jest także dlatego, żebyśmy mogli stawać się dojrzałymi uczestnikami debaty nad sprawami publicznymi, nie tylko polskimi, ale i europejskimi. Bez kontynuowania nauki historii w wieku lat 17 – 19, bez zdobywania nie tylko umiejętności, ale rzetelnej wiedzy o tym, jak owa debata kształtowała się w przeszłości, jakich używano w niej argumentów, na ile dochowywano tym argumentom wierności w realnych wyborach życiowych – bez tego nowe pokolenie Polaków nie będzie w stanie przemówić własnym, niepodpowiedzianym przez aktualne "autorytety medialne" głosem.
W "wymaganiach ogólnych dla IV etapu edukacyjnego" (czyli dla liceum), przewidywanych przez autorów nowej reformy, czytam: "Uczeń dostrzega potencjał interpretacji dla roli działań manipulacyjnych w historii". Słusznie. Tylko im mniej uczeń ma zdobytych na kolejnych lekcjach historii konkretnych wiadomości, a więcej jest pouczany o owym potencjale – tym łatwiej jest nim manipulować... Łatwiej jest manipulować ludźmi pozbawionymi wiedzy o świecie niż ludźmi, którzy tę wiedzę nabyli. Oczywiście, możemy uznać, że wiedza o historii także może być narzędziem manipulacji. Ale tego dowiemy się tylko – poznając historię.
[srodtytul]100 dofinansowanych osób[/srodtytul]
Pustą przestrzeń, jaka pozostanie po wypraniu z historii ostatnich dwóch klas szkoły średniej, wypełni myślenie uproszczone. Żyzne pole np. do spekulacji o spiskowej teorii dziejów. Umysł historycznie niedokształcony może pójść tropem niepokojących podejrzeń. Po co to wszystko? Komu ta reforma służy? Skoro np. w programie nauczania języka polskiego w liceum – a to będzie resztka kontaktu z rzeczywistością historyczną w dalszych klasach – jako jedyne dwie absolutnie obowiązkowe lektury w literaturze XX wieku wskazane są opowiadania Schulza i "Ferdydurke" Gombrowicza. Dlaczego, ktoś zapyta, nie został uznany za obowiązkowy żaden z zapisów doświadczenia totalitarnego, chyba istotnego w XX wieku, np. "Inny świat" Herlinga-Grudzińskiego albo zamiast "Ferdydurke" "Operetka" tego samego autora? Dlaczego nie "Tango" Mrożka albo wiersze Herberta?
Nic, tylko Schulz i "Ferdydurke" mają tworzyć oś literackiej (duchowej poniekąd także) orientacji uczniów maturalnych klas polskich liceów? Czy wtedy osiągnie się ów cel, jaki deklarują na jednym z etapów reformy jej twórcy: "otwarty patriotyzm obywatelski"? Aż dwa przymiotniki w określeniu patriotyzmu, dawniej rozumianego po prostu, bezprzymiotnikowo? Po co to?
Ponieważ uczyłem się historii dłużej niż 120 godzin, nie pójdę tym tropem. Spróbuję wykorzystać "umiejętność analizowania źródeł historycznych", której osiągnięcie postulują już "wymagania ogólne III etapu edukacyjnego w zakresie historii". Źródłem jest dla mnie ostatni znany mi (datowany 16 września 2008 r.) projekt rozporządzenia wprowadzającego reformę.
Zgodnie z nim nowa podstawa programowa zreformowanej szkoły została opracowana przez "zespół ponad 100 ekspertów, złożony z wybitnych przedstawicieli polskiego świata nauki oraz doświadczonych nauczycieli, metodyków i pracowników systemu egzaminacyjnego. [...] Projekt był realizowany dzięki dofinansowaniu ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego w ramach programu operacyjnego "Kapitał ludzki", priorytet III".
To cenna informacja źródłowa. Analizujmy: 100 ekspertów, choć nie podano nazwisk tych "wybitnych przedstawicieli polskiego świata nauki". Czy byli wśród nich historycy? Prezes Polskiego Towarzystwa Historycznego, a może przewodniczący Komitetu Nauk Historycznych PAN albo dziekan Wydziału Historycznego UJ? Profesorowie Chwalba, Paczkowski, Samsonowicz, Tazbir, Wandycz, może Kieniewicz albo Modzelewski? Nieważne. Ważne, że jest 100 osób. I jest dofinansowanie. Z bardzo konkretnie wskazanego źródła: Europejskiego Funduszu Społecznego.
Polskie MEN jest zbyt ubogie, by sfinansować prace nad programem nauczania w polskich szkołach. Ale przyszła pomoc i prace zostały ukończone. Teraz – to moja wiedza "pozaźródłowa" – już kilkaset osób wyznaczonych przez ministerstwo wciągniętych jest w popularyzowanie, inaczej: propagowanie, założeń nowej reformy wśród szarej braci szkolnej. Też są dofinansowani.
[srodtytul]Ratunku![/srodtytul]
Ale to jeszcze nie koniec, to dopiero początek. Reforma to zmiana. Zmiana podręczników, nowe przedmioty, kurczenie się starych. To tysiące firm, które zajmują się przeszkoleniem nauczycieli, produkcją nowych podręczników, nowych pomocy edukacyjnych. To jest sytuacja podobna do tej, jaką media niekiedy śledzą na przykładzie patologii w służbie zdrowia. Styk finansów publicznych i prywatnych. Styk na żywym ciele pacjenta: polskiego ucznia i nauczyciela w tym akurat wypadku. To jest eksperyment – ostatecznie – na Rzeczypospolitej. Niektórzy, jak Jarosław Marek Rymkiewicz, wierzą, że edukacja nie jest konieczna, by Polska trwała. Chciałbym mieć łaskę tej wiary, ale jej nie mam. Wiem natomiast – z historii – że taka będzie Rzeczpospolita, jakie jej młodzieży chowanie. I dlatego wołam: ratunku!
[i]Autor jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego i redaktorem naczelnym czasopisma "Arcana" [/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA