fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Efekt bańki mydlanej

Jaromir Nohavica (ur. 1953) jest częstym gościem w naszym kraju
Universal Music Polska
Jaromir Nohavica, czeski bard, przyciąga na koncerty w Polsce tłumy i sprzedaje tysiące płyt.
Polacy lubią myśleć o Czechach jako o kraju piwnych gospód, Złotej Pragi i dystansu do życia. A jak pan ocenia swoją ojczyznę, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach?
Jaromir Nohavica: O ostatnich wydarzeniach nic nie wiem, bo jestem poza krajem. Może kiedy tam wrócę, potwierdzi się zasada, że nie można wejść drugi raz do tej samej rzeki. Generalnie jednak chciałbym odpowiedzieć w sposób – może głupi, a może mądry – że musi pan przyjechać i zobaczyć Czechy na własne oczy. Z czego pan się w Czechach cieszy, a na co pan narzeka?
Te sprawy nie są związane wyłącznie z Czechami, tylko z całym współczesnym światem. Martwi mnie kwestia wolności, ale nie tej, której kiedyś nie mieliśmy – podróżowania, kupowania, posiadania – tylko tej wewnętrznej. To ona jest największym osiągnięciem po tym, gdy runęła komuna i mury przez nią stawiane. Każdy powinien o tę wolność dbać, by żyć bez presji, z poczuciem szczęścia i harmonii. Miałem nadzieję, że wszyscy znajdą w nowej rzeczywistości swoją wolność, tymczasem wielu moich rodaków, a słyszę, że Polaków również, zmarnowało szansę. Są sfrustrowani, głównie dlatego, że oczekiwali więcej, niż mogli osiągnąć. Zamiast się cieszyć – martwią się bądź reagują agresją. Jak im wytłumaczyć, że błędnie żyją? Rzecz w tym, że w poprzednim systemie wszyscy mieliśmy mniej więcej równo. Dziś każdemu wydaje się, że można mieć miliony, a nawet miliardy. Wielu nie rozumie, dlaczego ominęły ich takie bogactwa, i zadaje sobie pytania, w czym są gorsi. Biorą się z braku pokory, chciwości, pychy, zazdrości i zawiści. A przecież, żeby coś osiągnąć, trzeba mieć talent. Powiem z przekorą – nawet do złodziejstwa. Choćby dlatego, że należy umieć znosić ryzyko. Kto ma najgorzej? Ci, którzy uwierzyli, że żyją w bajce i wszystko jest na wyciągnięcie dłoni, co sugerują reklamy. Ta sytuacja przypomina mi scenę z „Akademii Pana Kleksa" – z piękną mydlaną bańką, która pęka, gdy się wyciąga po nią dłoń. A czy pana kondycja finansowa polepszyła się w nowym systemie? Za komuny dostawałem za występ stałą stawkę 200 koron. To była równowartość 30 złotych. Mogłem za to kupić dziesięć piw i nie miało znaczenia, czy grałem dla stu osób, czy dla tysiąca. Teraz mam przyjemność występować dla ludzi, którzy przynoszą do kasy swoje z trudem zarobione pieniądze. To tak, jakby położyli je na stół i powiedzieli: Jarek, graj, bo my lubimy twoje piosenki. Kiedy przyjdzie tysiąc osób i wyłoży po 50 złotych – robi się 50 tysięcy złotych. Można normalnie opłacić współpracowników, ekipę i dobrze żyć. Starcza na ferrari i jacht? Nie wiem, czy pan wie, ale my nie mamy morza. Generalnie nie zabiegam o dobra, które nie są niezbędne do życia. Myślę, że każdemu wystarczyłoby dobre mieszkanie, fundusze na wykształcenie dzieci, trochę kasy na książki, płyty i podróże. Najnowszą płytę „Tak me tu mas" nagrał pan jak Bob Dylan – w hotelowym pokoju. Konkretnie w Prościejowie. Bardzo się cieszę, że pan to zauważył, bo właśnie Dylan zainspirował mnie do tego pomysłu. Zaczęło się od tego, że kupiłem sobie kolekcję jego albumów. Słuchając ich, pomyślałem, że tak jak wielu muzyków latami chciałem w studiu zrobić coś wysublimo- wanego i goniłem za idealnym dźwiękiem. Nie byłem w tym pragnieniu odosobniony. Firmy fonograficzne od lat prowadzą wyścig zbrojeń, by wyposażyć studia w najlepszy sprzęt. Tymczasem dzięki Dylanowi zrozumiałem, że jakość dźwięku jest drugorzędna wobec emocji i energii, jakie płyną z jego muzyki. Myślę, że nawet gdyby nagrał piosenki na dyktafonie telefonu komórkowego – nie straciłyby nic ze swojego niepowtarzalnego przekazu. Proszę posłuchać polskich piosenek z okresu międzywojennego: jakość nagrań nie jest doskonała, sposób śpiewania może naiwny, ale siła oddziaływania niesamowita. A dlaczego Prościejów? Do Ameryki nie pojechałem, bo daleko i za drogo. Zadałem sobie za to pytanie, gdzie się muzyk najlepiej czuje? W samochodzie, bo tam spędzamy najwięcej czasu. I w hotelu, gdzie jesteśmy przez całą noc i poranek. Na estradę przypada może dwie godziny. Zatrzymaliśmy więc nasz cygański wóz w Prościejowie, bo tam akurat mieliśmy koncerty, i wynajęliśmy kilka pokoi w hotelu. Zależało nam tylko na tym, żeby był oldschoolowy i miał grube mury. Żebyśmy nikomu nie przeszkadzali i nikt nie przeszkadzał nam. Jak pan pisze piosenki? Piszę dlatego, że to moja pasja, miłość i radość. Kocham pieśni. Kiedy spacerowałem po Warszawie, kupiłem sobie w sklepie płytowym na placu Teatralnym pieśni francuskie przetłumaczone na polski. Już wracając do Czech, będę coś z nimi kombinował, a jak przyjadę do domu, zagram je sobie. Jak zakorzenił się pan na polskim rynku? Nie mogłem studiować, ponieważ mój ojciec jako dziennikarz zaangażował się w praską wiosnę. Po radzieckiej inwazji został wyrzucony z radia, a mnie obowiązywał zakaz studiowania. Poszedłem pracować do biblioteki w Czeskim Cieszynie, choć pracowałem też fizycznie. W czytelni były zarówno tytuły czeskie, jak i polskie. Przeczytałem mnóstwo książek, poznałem literaturę, która nie jest Czechom znana. Miałem dostęp do „Kultury". Nie była paryska, ale i ta warszawska przynosiła treści zakazane w Czechosłowacji. Tak nauczyłem się polskiego, a w listopadzie 1989 r. zostałem zaproszony na Festiwal Europy Środkowej do Wrocławia. To było dla mnie wielkie przeżycie, bo spotkałem się z czeskimi emigrantami. Potem wystąpiłem z Jackiem Kaczmarskim na rynku w polskim Cieszynie. Otworzył się przede mną graniczny szlaban. Dosłownie, bo przecież wcześniej nie mogłem przekraczać granicy. Pieśni przepłynęły do Polski razem ze mną. Zaczęto mnie tłumaczyć, zapraszać. Jestem już z wami ponad 20 lat. Jak Peter Zelenka namówił pana do udziału w fikcyjnym, a jednak inspirowanym pana życiem, dokumencie? Znał mnie, bo bywał na moich koncertach, a ja znałem jego filmy dokumentalne. Powiedział, że chce zrobić film ze mną i o mnie. Spodobał mi się pomysł, że będąc sobą – byłem równocześnie fikcyjną postacią. To dawało duże bezpieczeństwo gry. Poprosiłem też Petera, żeby nie domagał się ode mnie żadnych sugestii: miałem być aktorem, który oddaje się w ręce reżysera i podąża za jego uwagami. Chciałem być częścią intelektualnych przemyśleń Zelenki. Żeby mu ułatwić zadanie, dałem mu do przeczytania mój dziennik, nieunikający drastycznych tematów. Gra była również dla mnie terapią. Miał pan odwagę zarówno przyznać się do swoich kłopotów z alkoholem, jak i bronić się przed zarzutami o współpracę ze służbą bezpieczeństwa. Zwłaszcza ta ostatnia sprawa nie jest do końca wyjaśniona. Mógłbym ją włączyć do sfery strasznej współczesnej bajki, którą współtworzą media. Naprawdę ciężko opowiedzieć o trudnych czasach. Ja coś powiem, pan napisze, a i tak są tacy, którzy wiedzą lepiej. Trzeba być cierpliwym w przekonywaniu do swoich racji. Jak był pan inwigilowany? Grałem pieśni, które może dziś wydają się niewinne, a jednak wtedy były niecenzuralne. Dwa razy dostałem zakaz występów. Przez cały ten czas byłem wzywany na przesłuchania, indagowany, również telefonicznie. Nie miałem wpływu na notatki, jakie robił oficer. Nic nie podpisywałem poza deklaracją, że nie będę wykonywał niektórych pieśni. Kiedy chciałem poznać ich zawartość, dostałem odpowiedź, że ich nie ma. Potem wypłynęły z notatkami, których nie autoryzowałem. Na szczęście moi koledzy, których rzekomo miałem szkalować, nie obarczają mnie zarzutami. Co pan poleca z nowych czeskich książek? Teraz przy łóżku mam słownik frazeologiczny czesko-polski. Ciekawy, bo to książka o tym, że Polacy i Czesi są tacy sami, a jednak inni. Gorąco polecam!
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA