fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lubelszczyzna

Życie po czasach świetności

Kożuchy i kurtki z Kurowa wciąż znajdują wielu nabywców, chociaż w mieście od dawna nie działa już żaden duży zakład futrzarski.
Rzeczpospolita, Danuta Walewska
Praktycznie w każdej suterenie przy kurowskim rynku jest sklep albo pracownia futrzarska. Kożuchy nadal są w modzie. I Kurów na tym korzysta.

Wśród klientów – Ukrainki, Niemcy. Widać auta z dyplomatycznymi rejestracjami. Ale tłoku nie ma, to nie sezon. A w większości zakładów napis: proszę dzwonić. Przy kasie zazwyczaj właściciel.

Oczywiście biznes nie jest już taki jak kiedyś. Nie ma już dużego, kiedyś największego w Polsce zakładu futrzarskiego, z którym małe firmy współpracowały na różne sposoby, a jakości produkcji zazdrościli kuśnierze spod Nowego Targu. Państwowe przedsiębiorstwo nie wytrzymało przejścia z gospodarki planowanej na rynkową i zbankrutowało, mimo że moda na kożuchy w końcu lat 80. panowała w najlepsze. W halach produkcyjnych w najlepszym czasie pracowało tam nawet 2 tys. osób, a Państwowe Zakłady Futrzarskie były jednym z największych pracodawców na Lubelszczyźnie. Wprowadzenie gospodarki rynkowej i otwarcie granic spowodowało, że popyt na kożuchy spadł. Można było wówczas kupić wprawdzie gorszej jakości, ale znacznie tańsze kożuchy rosyjskie. Albo ortalionową kurtkę w Niemczech.

Bo zimy za ciepłe

Zakłady futrzarskie zostały spółką Skarbu Państwa, poddano je restrukturyzacji, po której w zasadzie już się nie podniosły. Zmieniali się prezesi, ostatecznie spółka przeszła w ręce bardzo przedsiębiorczego Bogusława Bagsika, znanego z afery Art-B, który otworzył luksusowy sklep z kożuchami na ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie i zabił popyt niebotycznymi cenami. Trzeba jednak przyznać, że Bagsik próbował wszystkiego: zmienił strategię, szukał nowych rynków zbytu, udało mu się zdobyć rządowe kontrakty na szycie kurtek dla pilotów. Ale jednocześnie narastało zadłużenie spółki – w 2003 roku sięgnęło kilkunastu milionów złotych i dług okazał się niespłacalny.

Podobnie było z zakładami produkującymi słynny włocławski fajans, tak modny w latach 70. i 80. Finanse firmy się załamały, zakład został zamknięty. Produkcję podchwyciły i rozwinęły małe zakłady rzemieślnicze, które – tak jak w Kurowie – zaczęły rozkwitać. Tyle że we Włocławku po tym, jak znalazła się przedsiębiorcza nowa właścicielka, zakład wznowił produkcję i działa do dziś. Czy taki obrót sprawy jest jeszcze możliwy w Kurowie? Raczej nie. Z zakładu zostały tylko mury. Maszyny i wszystko, co dało się sprzedać – sprzedano. Bo trzeba było wypłacić m.in. zaległe wynagrodzenia i odprawy. Pod koniec 2016 roku dług zakładów futrzarskich tylko wobec Wojewódzkiego Funduszu Świadczeń Pracowniczych w Lublinie wynosił 3,1 mln zł, z czego większość, bo 1,9 mln zł, to odsetki. Po zakładzie właściwie pozostał tylko grunt, który nie nadaje się nawet do uprawy iglaków, w których wyspecjalizowali się okoliczni ogrodnicy.

Ale kożuchy nadal się sprzedają. I to nie dziwi. Są dobrze skrojone, lekkie. Ich dodatkową zaletą jest to, że nadal kosztują połowę tego, co w wielkomiejskich galeriach handlowych. Albo jeszcze mniej. Ale kurowscy kuśnierze skarżą się na zmieniający się klimat w Polsce. Kilka ostatnich zim było tak ciepłych, że kożuch musiał być wyjątkowy, by go nosić. Stąd klientki zza wschodniej i zachodniej granicy.

Oczywiście wiosna nie jest najlepszym czasem na kupowanie kożuchów czy chociażby futrzanych kamizelek. Najlepsze modele są wyprzedane. Ale z drugiej strony ceny niskie, można jeszcze utargować, a nadal jest z czego wybrać. Mięciutkie skóry, modele może bardziej tradycyjne niż na wystawach w Mediolanie. Oprócz kożuchów – skórzane kurtki, spódnice, spodnie.

Świetne ceny, dobra jakość

Kożuchy z Kurowa są trwałe, skóry wyprawione przez dobrych fachowców, staranniej wykonane niż turecka masówka. Spokojnie można włożyć czarny kożuch na białą bluzkę i żadnych śladów nie będzie.

Krzysztof Reczek, który ma swój sklep przy samym rynku, przy ul. Kilińskiego, nie narzeka na biznes. Wysyła swoje kożuchy do Nowego Jorku i Chicago, gdzie ma stałe klientki. Tam zima jest gwarantowana. Jeździ też po targach i tak znajduje klientów. Z minionego sezonu nie zostało mu już wiele niesprzedanych sztuk. – Chce pani prosty czy taki kiziu-miziu z futerkiem doszytym do kaptura? Bo kaptur nadal jest w modzie.

„Kiziu-miziu" to solidny dodatek lisiego futra. Cała kurtka uszyta ze skóry, która została wyprawiona tak, że wygląda na mocno zużytą. Piękna i miękka. – Chce pani? 900 złotych! I wyraźnie widać, że nie jest to cena ostateczna. Bo została już ostatnia sztuka. – Była tutaj taka jedna pani, której się tak podobała, że gotowa była dla niej schudnąć – mówi Krzysztof Reszek. – Ale nie szyjemy już z tych skór – dodaje.

Dlaczego? Bo zaczęli je podrabiać, i to fatalnie. Teraz już mało kto chce je nosić. Ta, którą oglądam, została z poprzedniego sezonu, bo kojarzy się ze złym gatunkiem.

Bożena Kęsik, która sklep też ma w suterenie, szyje swoje kożuchy nawet ze skór lamy, miękkie, wyjątkowo ciepłe. Teraz wyprzedaje zimową kolekcję i czeka na nowy sezon. Nie kryje rozczarowania, kiedy z jej sklepu wychodzę z pustymi rękami.

Kurowscy kuśnierze nie narzekają. Raczej wskazują na tradycję rodzinną. Najczęściej przynajmniej już pradziadek miał własną firmę i oni nigdy nie myśleli, że mogą robić cokolwiek innego. Tradycje są długie, bo przywilej lokacyjny miasto Kurów otrzymało w 1442 roku, a to umożliwiło powstanie rzemiosła, a jego rozwój wspierali właściciela miasta, w tym Ignacy Potocki w 1774 roku. Już wtedy kuśnierstwo, szewstwo i bednarstwo dominowało w okolicy – czytam w „Kwartalniku Gminy Kurów". W 1930 roku cech kuśnierski skupiał 38 rzemieślników. Biznes osłabiła wojna, ale przetrwała ją duża garbarnia Władysława Gębickiego. Jego zakład po wojnie znacjonalizowano i zaczęto wycinać firmy prywatne.

Wtedy rzemieślnicy założyli Spółdzielnię Pracy w Kurowie i biznes ruszył do tego stopnia, że postanowiono wybudować Lubelskie Zakłady Futrzarskie, a prywatna produkcja ruszyła równolegle w okolicznych domach, bo prawie każdy potrafił to robić. Było to wówczas nielegalne, milicja robiła naloty, ale natychmiast powstał sąsiedzki system ostrzegania i towar udawało się ukryć. Część mieszkańców zajmowała się tzw. faktorowaniem. Faktor czekał na klientów na przystanku autobusowym i prowadził do mieszkań kuśnierzy. Paradoksem jest, że biznes wielu z nich – przedsiębiorców z dziada pradziada – nie przetrwał wprowadzenia wolnego rynku.

Stań tam gdzie tir

Wycieczka do Kurowa to także okazja do spróbowania kuchni regionalnej, w której specjalizują się przydrożne restauracje, rozmieszczone wzdłuż drogi ekspresowej S12 prowadzącej z Radomia do Puław i dalej do obwodnicy Lublina. Karczma Maciejka, Cuda Wianki – zaskakują wielkością porcji i niskimi cenami. Jajecznica z czterech jajek (!) z boczkiem lub szynką po 12 złotych. Do tego półmisek wędlin własnej produkcji, niestety nie na wynos, „bo na taką skalę nie robimy". Gigantyczna porcja żeberek, golonki, placków ziemniaczanych z najróżniejszymi dodatkami po 18–20 złotych. Zupa – tylko 4 zł.

Nie ma co się dziwić, że parkingi zastawione tirami. Ich kierowcy wiedzą, gdzie je się dobrze i tanio.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: d.walewska@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA