fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W sieci opinii

Chińczycy lądują na sztucznej wyspie

Fotorzepa
Oficjalny powód to krwawienie w układzie pokarmowym, złamania kręgosłupa oraz podejrzenie kamieni w nerkach albo zapalenie wyrostka.

Po niedzielnym lądowaniu pierwszego chińskiego samolotu wojskowego na jednej ze sztucznych wysp w archipelagu Spratly z powodzeniem można stwierdzić, że dbanie o zdrowie może stać się kolejną bronią masowego rażenia.

Cały problem w tym, że od miesięcy Pekin buduje nowe wyspy na terenach, do których zgłaszają zgodnie z prawem morskim państwa z rejonu Morza Południowochińskiego. Chińczycy mówią o dbaniu o bezpieczeństwo regionu, przez który rocznie przepływają towary szacowane na 5 bln dolarów. Wspominają, że ich konstrukcje poprawia jakość handlu i poruszania się po terenie. Że nawet przyroda odczuje je w pozytywny sposób. Prawda jest jednak zupełnie odwrotna.

Chiny dążą do zwiększenia swojej obecności wojskowej na terenie spornego morza. Na początku stycznia rozbudowały nowy pas startowy na sztucznej wyspie o nazwie Fiery Cross do takiego poziomu, by mogły na nim lądować pasażerskie samoloty. Do niedzieli wzbraniano się, by wysyłać tam maszyny wojskowe, ale - teoretycznie zupełnie przypadkowo - nadarzyła się okazja do wypróbowania zdolności lotniska dzięki zbiegowi okoliczności.

Według komunikatu dziennika chińskiej armii na Fiery Cross wezwano pomoc ze względu na stan zdrowia trzech pracowników tamtejszej budowy. Wymagało jak najszybszej interwencji medycznej, do tego na wyspie nie znajdowały się wystarczające środki i sprzęt. Wojskowy samolot zabrał całą trójkę cierpiącą na wspomniane wcześniej dolegliwości do szpitala na wyspie Hainan.

Lot z Fiery Cross na lotnisko Sanya Phoenix International trwa niecałe 2 godziny. Patrolowy samolot Y-8 poradził sobie z zadaniem bez problemu. Nowy pas startowy na terenie, o który toczą się międzynarodowe spory, liczy 3 kilometry i może przyjmować wszystkie rodzaje maszyn. Wietnam zgłosił oficjalny protest przeciwko takim działaniom Chin. Filipiny czekają na wyrok
międzynarodowego Trybunału, który rozsądzi przynależność wysepek, choć i tak Pekin zapowiedział, że nie uzna wyniku niezależnie od jego treści. Na Morzu Południowochińskim wszystko niby zostaje po staremu, choć po raz kolejny na oczach całego świata Chiny zdobyły kolejną bazę i niczym w swoistej grze sportowej czy planszowej rozszerzają swoje tereny. Takie działania nie mogą pozostawać bez echa reszty państw. Inaczej którymś z kolei faktem dokonanym stanie się chińska dominacja. Nikt nie stwierdzi jej obecności, bo i tak w końcu nie zmieni się prawie nic.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA