fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W sądzie i urzędzie

W sądach giną akta. Nie tylko Biedronia

Robert Biedroń
tv.rp.pl
Najczęściej odnajdują się po wielu miesiącach, bo zostały włożone do akt innej sprawy. Rzadko są kradzione na zamówienie. Zwykle można je odtworzyć.

Akta sprawy Roberta Biedronia o znęcanie się i spowodowanie uszczerbku na zdrowiu własnej matki zginęły z Sądu Rejonowego w Krośnie. W sądzie próbowano wyjaśnić, jak do tego doszło. Jak dowiedziała się „Rzeczpospolita", nie udało się to.

Zapytaliśmy Ministerstwo Sprawiedliwości, ile takich przypadków się zdarza każdego roku. – Nie prowadzimy takich statystyk – brzmiała odpowiedź.

Resort powinien się jednak problemem zająć, bo rocznie we wszystkich sądach w kraju giną setki, czasem tysiące akt. Powód? Bałagan, niedopatrzenie, wysłanie akt do biegłych i brak adnotacji. Najsłabszym ogniwem są – jak zwykle – ludzie.

Efekt po latach

Większość akt ginie w zaciszu, przez zwykłe niedbalstwo, a zaginięcie wychodzi na jaw po latach, gdy okazuje się, że akta są akurat potrzebne. Problem towarzyszy polskim sądom od lat. Na razie jednak nie znaleziono sposobu, jak skutecznie ograniczyć to kompromitujące zjawisko.

Można je jednak zdiagnozować. Bez wątpienia jedną z głównych przyczyn zaginięć jest ciągle niedobra kondycja polskiego wymiaru sprawiedliwości. Koszmarne warunki lokalowe, zła organizacja, zatory – część sądów wciąż nie może się z tym uporać. Tymczasem wszystko to sprzyja nieprawidłowościom. W ciasnym sekretariacie, w którym na biurkach piętrzą się stosy akt, łatwo o ich zaginięcie.

– Największą zmorą jest wkładanie akt jednych w drugie, po czym trafiają one do archiwum – mówią sędziowie. Równie częstą pomyłką jest wysyłanie akt do niewłaściwego sądu.

W opinii sędziów właśnie zaginięcia będące następstwem zwykłego niedbalstwa stanowią przeważającą większość, a kradzież akt na zamówienie to rzadkość. Częściowym rozwiązaniem problemu byłoby wprowadzenie do polskich sądów elektronicznych akt, które mogłyby funkcjonować obok ich tradycyjnej wersji.

W karnych najtrudniej

Dziś procedura odtwarzania, którą zarządza się w razie zaginięcia, jest długotrwała i może skutecznie paraliżować prowadzone procesy i śledztwa. Najtrudniej odtworzyć akta w sprawie karnej. Jeżeli jest skomplikowana, może to potrwać wiele miesięcy, bo trzeba wezwać strony, świadków, skompletować kopie dokumentów. Czasami okazuje się, że akt nie da się odtworzyć.

Sędzia Marek Celej z Sądu Okręgowego w Warszawie był w nim przez wiele lat przewodniczącym wydziału.

– Przez dziesięć lat mieliśmy może trzy, cztery przypadki zaginięcia akt – mówi.

Jak wtedy działał? Najpierw wdrażana była droga formalna. Pracownicy sprawdzali, czy akta nie zostały włożone do innej teczki. Jeśli to nic nie dało, przeglądane były wszystkie wysyłki akt (do biegłych, oskarżonych, innych sądów). Jeśli i to nic nie dało, trzeba było zabrać się do odtworzenia akt.

– Wszystko zależało od tego, czy były to pojedyncze tomy, czy też całe akta – mówi. I tłumaczy, że wiele informacji da się dziś odtworzyć przy użyciu systemu Currenda (system wspomagania organizacji rozpraw dla sądów powszechnych). Można w nim znaleźć informację np. o zastosowaniu aresztu czy jego uchyleniu.

Kopia od mecenasa

– Sąd zwraca się w takich sytuacjach także do adwokatów, którzy często kopiują dokumenty, a nawet do samych oskarżonych – mówi sędzia Celej. – Zdarza się, że akta między transportem z jednego sądu do drugiego przepadną. Tak było np. w sprawie tzw. afery mięsnej. Sam liczyłem tomy akt, które transportowano do Sądu Najwyższego, wszystko się zgadzało. Do SN nie dotarły trzy tomy – wspomina.

O tym, że akta czasem giną, mówi także sędzia Bartłomiej Przymusiński z Sądu Rejonowego w Poznaniu.

– Rozpoczynana jest wówczas procedura odtwarzania i najczęściej brakujące tomy się znajdują.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA