fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Telewizja

Baśniowy świat bez poezji

materiały prasowe, TVP
W najbliższy poniedziałek w Teatrze TV premiera „Igraszek z diabłem” Jana Drdy. Zrealizowany przez Artura „Barona” Więcka spektakl pozostaje w cieniu realizacji z 1980 roku.

„Igraszki z diabłem” Jana Drdy od czasu polskiej premiery w 1948 roku (światowa – czeska w 1945) w Teatrze Wojska Polskiego w Łodzi (reż. Leon Schiller, dekoracje i kostiumy Otto Axer) – właściwie nie schodzą z afisza wędrując przez lata przez sceny całej Polski. Musiała skądinąd być to udana inscenizacja, bo wiele razy jeszcze była realizowana przez ten duet na polskich scenach.

Sprawdziła się baśniowa konwencja mieszcząca i ludowe wierzenia, do tego nieokreślony czas akcji, za to miejsca, które uruchamiają wyobraźnię: las, pustelnia, Czarci Młyn i piekło. Do tego dobrze wymieszani bohaterowie z realnej i kosmicznej rzeczywistości. Najbardziej realny, Marcin Kabat, wojak, co odsłużył swoje, wędruje przez świat, a w bajkowym lesie spotyka rozbójnika Sarka-Farka i dwie niewiasty – królewnę Disperandę i jej służącą Kasię. Obie marzą o zamóżpójściu do tego stopnia, że gotowe są zaprzedać duszę diabłu, który usłużnie pojawia się z gotowymi do podpisu cyrografami. W rezultacie, Marcin Kabat próbując ratować zbłąkane duszyczki, wkracza w świat nadprzyrodzony, w którym diabły i anioły więcej budzą radości niż respektu.

W Teatrze TV sztuka realizowana była dotąd trzykrotnie:  w 1966 roku widzowie mogli oglądać spektakl przeniesiony z krakowskiego Teatru Lalek Groteska w reż. Władysława Jaremy i scenografii Kazimierza Mikulskiego; w 1969 w reż. Tadeusza Aleksandrowicza ze scenografią Adama Kiliana, w 1980 – reżyserował Tadeusz Lis ze scenografią Jacka Hohensee. To ostatnie przedstawienie zasłużenie trafiło do Złotej Setki Teatru TV i wielokrotnie powtarzane na telewizyjnych antenach – nie traciło, a wręcz zyskiwało entuzjastów. Umowne dekoracje – raczej z pamiętnych „Dobranocek dla dorosłych” były tłem jedynie dla popisów aktorskich. Nikt w tej inscenizacji niczego nie unowocześniał, ufając w potencjał tekstu i zdolności wykonawców. I to było dobre. Opowiastka jest nieskomplikowana, lecz wiecznie żywa – bo trafnie opisuje naszą ludzką naturę. Zagubiony w swoim rzemiośle, dobrotliwy zbójnik Krzysztofa Kowalewskiego, jąkający się, niezbyt rozgarnięty  diabeł Omnomor Janusza Gajosa, trochę naiwna, a trochę cwana Disperanda Barbary Wrzesińskiej, krewka służąca Magdaleny Zawadzkiej czy rozczulająco groźno-słodki utykający anioł Teofil Jana Kociniaka – złożyli się na komedię w najlepszym gatunku – taką, co nie zestarzała się przez kolejnych 40 lat. Wszystko dlatego, że świetni aktorzy tchnęli w postaci życie nasycając je ludzkimi śmiesznostkami. Do tego dodać trzeba możliwość zobaczenia Marka Kondrata w roli wojaka Marcina i jego ojca – Tadeusza Kondrata w roli Belzebuba. Prawdziwa gratka.

Przedstawienie, które będzie miało obecnie premierę, powstało w krakowskim oddziale TVP i zapewne miało pokazać jego silne strony. Zaangażowano więc przede wszystkim lubianych aktorów jak Anna Dymna (anioł Teofil), Marian Dziędziel (Belzebub) czy Jerzy Trela (pustelnik Scholastyk). Tym razem postanowiono jednak rzecz do pewnego stopnia unowocześnić, karząc na początku spektaklu śpiewać Disperandzie (ubranej w sceniczny dwuczęściowy błyszczący kostium i beret na głowie) i jej służącej (skrzyżowanie stroju ludowego ze współczesnym) piosenkę „Daj chłopaka, nie-wariata…”. Zdecydowano się też na inny niż do tej pory przekład. Używane dotąd tłumaczenie Zdzisława Hierowskiego wdzięcznie oddalało od dosłowności, dając przestrzeń wyobraźni – nawet niedługie fragmenty Służącej przetłumaczone „na ludowo” – były zabawne. Współcześniejsze nam tłumaczenie Jana Stachowskiego, na którym oparli się realizatorzy obecnego spektaklu – nie jest ciekawszą alternatywą, niestety. A tę sztukę w znakomitej części tworzy język.

Nie pomaga obecnej inscenizacji także scenografia zaprojektowana przez Justynę Łagowską – gdzieś między dosłownością (zielona trawa, żywy koń), a umownością. 

Jak wiadomo – lepsze jest wrogiem dobrego. Tak jest też z tym - nie wiadomo z jakiego powodu zrealizowanym spektaklem.

Małgorzata Piwowar

W Teatrze TV sztuka realizowana była dotąd trzykrotnie:  w 1966 roku widzowie mogli oglądać spektakl przeniesiony z krakowskiego Teatru Lalek Groteska w reż. Władysława Jaremy i scenografii Kazimierza Mikulskiego; w 1969 w reż. Tadeusza Aleksandrowicza ze scenografią Adama Kiliana, w 1980 – reżyserował Tadeusz Lis ze scenografią Jacka Hohensee. To ostatnie przedstawienie zasłużenie trafiło do Złotej Setki Teatru TV i wielokrotnie powtarzane na telewizyjnych antenach – nie traciło, a wręcz zyskiwało entuzjastów. Umowne dekoracje – raczej z pamiętnych „Dobranocek dla dorosłych” były tłem jedynie dla popisów aktorskich. Nikt w tej inscenizacji niczego nie unowocześniał, ufając w potencjał tekstu i zdolności wykonawców. I to było dobre. Opowiastka jest nieskomplikowana, lecz wiecznie żywa – bo trafnie opisuje naszą ludzką naturę. Zagubiony w swoim rzemiośle, dobrotliwy zbójnik Krzysztofa Kowalewskiego, jąkający się, niezbyt rozgarnięty  diabeł Omnomor Janusza Gajosa, trochę naiwna, a trochę cwana Disperanda Barbary Wrzesińskiej, krewka służąca Magdaleny Zawadzkiej czy rozczulająco groźno-słodki utykający anioł Teofil Jana Kociniaka – złożyli się na komedię w najlepszym gatunku – taką, co nie zestarzała się przez kolejnych 40 lat. Wszystko dlatego, że świetni aktorzy tchnęli w postaci życie nasycając je ludzkimi śmiesznostkami. Do tego dodać trzeba możliwość zobaczenia Marka Kondrata w roli wojaka Marcina i jego ojca – Tadeusza Kondrata w roli Belzebuba. Prawdziwa gratka.

Przedstawienie, które będzie miało obecnie premierę, powstało w krakowskim oddziale TVP i zapewne miało pokazać jego silne strony. Zaangażowano więc przede wszystkim lubianych aktorów jak Anna Dymna (anioł Teofil), Marian Dziędziel (Belzebub) czy Jerzy Trela (pustelnik Scholastyk). Tym razem postanowiono jednak rzecz do pewnego stopnia unowocześnić, karząc na początku spektaklu śpiewać Disperandzie (ubranej w sceniczny dwuczęściowy błyszczący kostium i beret na głowie) i jej służącej (skrzyżowanie stroju ludowego ze współczesnym) piosenkę „Daj chłopaka, nie-wariata…”. Zdecydowano się też na inny niż do tej pory przekład. Używane dotąd tłumaczenie Zdzisława Hierowskiego wdzięcznie oddalało od dosłowności, dając przestrzeń wyobraźni – nawet niedługie fragmenty Służącej przetłumaczone „na ludowo” – były zabawne. Współcześniejsze nam tłumaczenie Jana Stachowskiego, na którym oparli się realizatorzy obecnego spektaklu – nie jest ciekawszą alternatywą, niestety. A tę sztukę w znakomitej części tworzy język.

Nie pomaga obecnej inscenizacji także scenografia zaprojektowana przez Justynę Łagowską – gdzieś między dosłownością (zielona trawa, żywy koń), a umownością. 

Jak wiadomo – lepsze jest wrogiem dobrego. Tak jest też z tym - nie wiadomo z jakiego powodu zrealizowanym spektaklem.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA