fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Polacy wydłubywani z Unii i NATO

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Słowa i działania nowej ekipy rządzącej rujnują obraz kraju.

Intencją Jarosława Kaczyńskiego nie jest wyprowadzenie nas z Unii Europejskiej i NATO. Ale realna polityka rządu PiS może uczynić nas członkiem drugiej kategorii w obu tych organizacjach.

Solidarności nie będzie

Wbrew niektórym wypowiedziom Kaczyński jest wielkim zwolennikiem naszego członkostwa w UE i jeszcze większym, gdy chodzi o sojusz północnoatlantycki. Jeśli zdarzały mu się w przeszłości deklaracje przeczące tej tezie, to były one wynikiem albo wyborczej kalkulacji, albo publicystycznego temperamentu.

W tym pierwszym przypadku było to związane z walką o głosy swego elektoratu (oraz elektoratów prawicowych konkurentów PiS) – Kaczyński musi bowiem „obsługiwać" tę część wyborców, którzy są krytyczni wobec naszej obecności w strukturach zachodnich, i prezes PiS od czasu do czasu dawał im do zrozumienia, że reprezentuje ich światopogląd. W drugim przypadku miało to związek z predylekcją Kaczyńskiego do intelektualnej polemiki i uprawiania publicystyki zamiast polityki.

Dlaczego więc sens ma twierdzenie, że rządy obecnej ekipy mogą nas nie formalnie, ale faktycznie wyprowadzić z UE i NATO? Dlaczego sądzę, że jeśli ekipa ta nie przemyśli swojego sposobu uprawiania polityki zagranicznej, to uczyni nas członkiem drugiej kategorii w obu tych organizacjach i spowoduje, że nikt w nich nie będzie chciał za nas umierać i nikt nie będzie poczuwał się do solidarności wobec nas w chwili, gdy tej solidarności bardzo będziemy potrzebować?

Wściekłość i zdumienie

Pierwsze tygodnie funkcjonowania gabinetu Beaty Szydło pokazały, że zarówno działania, jak i wypowiedzi jego członków będą nas narażać w przyszłości na przecinanie więzów i kanałów komunikacji oraz współpracy z naszymi zachodnimi partnerami.

Zaczęło się od deklaracji ministra Konrada Szymańskiego. Po tragedii w Paryżu zszokował unijnych partnerów deklaracją, że obecnie Polska nie widzi politycznych możliwości wywiązania się z wcześniej podjętych zobowiązań w sprawie alokacji uchodźców. Gdy zatem Francuzi i ich sojusznicy przeżywali koszmar masakry paryskiej, polski minister do spraw europejskich (gorzej być nie mogło) oświadczył, że nasz kraj wymiksowuje się z jakiejkolwiek unijnej solidarności.

Następnie szef resoru spraw wewnętrznych, zupełnie bez potrzeby, zaczął rozliczać Niemców za rzeź Woli – odbierając sobie powagę i znaczenie na salonach europejskich już w pierwszym tygodniu urzędowania. Zaraz po tym przyszła deklaracja wiceministra obrony, że Polska ma ambicje atomowe i że będzie podejmować starania o posiadanie u siebie broni jądrowej – wzbudzając wściekłość na Wschodzie i zdumienie na Zachodzie.

Z kolei jego przełożony Antoni Macierewicz dał do zrozumienia na posiedzeniu sejmowej Komisji Obrony, że Polska wycofuje się zarówno z zakupu śmigłowców Caracal, jak i amerykańskiego systemu antyrakietowego. A sam Kaczyński porównał krytykę ze strony części niemieckich mediów i dwóch tamtejszych polityków do... agresji ZSRR na Węgry w 1956 roku i na Czechosłowację 12 lat później.

Najgorsze, a na pewno najciekawsze, jest zresztą to, że potem wszyscy ministrowie zaczęli się wycofywać ze swoich słów. Okazało się, że uchodźców przyjmiemy (i to, zdaje się, w liczbie powiększonej o 1800 osób), zamiarów kupna lub produkcji bomby atomowej nie mamy, a zobowiązania dotyczące pozyskania amerykańskiej i francuskiej broni nadal są aktualne. Powtarza się zatem scenariusz z lat 2005–2007, kiedy to buńczucznym deklaracjom i wojowniczym gestom towarzyszyła bardzo ugodowa i powolna wobec naszym zachodnich sojuszników polityka – czego najlepszym przykładem było podpisanie przez Lecha Kaczyńskiego traktatu lizbońskiego.

Na rękę Moskwie

Pojawia się pytanie nie o to, dlaczego tak się dzieje, ale jakie mogą być skutki tak prowadzonej „polityki". Otóż mogą one być tragiczne i materializować się w uznaniu nas przez naszych zachodnich sojuszników (i wschodnich przeciwników) za państwo niepoważne, członka drugiej kategorii w UE i NATO oraz za dziwny kraj, z którym nikt nie chce mieć nic wspólnego, a już na pewno nie chce narażać dla niego swoich geopolitycznych czy gospodarczych interesów.

Jeśli tego typu działania będą kontynuowane przez rząd Beaty Szydło, to wcześniej czy później zostaniemy „wydłubani" ze struktur zachodnich. Przez Rosję, przy cichej akceptacji Zachodu. Owo „wydłubywanie" nie będzie formalną utratą członkostwa w Unii Europejskiej czy NATO, ale będzie podważaniem naszej faktycznej przynależności do tych organizacji. Moskwa ma wiele narzędzi, by zacząć pokazywać nas jako kraj dziki, antysemicki, rasistowski, nieprzestrzegający zasad demokracji, łamiący standardy państwa prawnego, nieobliczalny i antyrosyjski.

Niestety, nie tylko retoryka nowej ekipy daje powody do tego, by traktować nas w Brukseli, Berlinie czy Waszyngtonie z rezerwą. Łamanie praw opozycji, naruszanie niezależności władzy sądowniczej, brak kontroli społecznej nad władzą – wszystko to pilnie śledzą za granicą. I nie buduje to pozycji Polski w oczach zachodniej opinii publicznej i tamtejszych liderów politycznych.

Szabelka czy rozsądek

Oczywiście, można rechotać na wieść o kolejnych nieprzychylnych nam artykułach w prasie unijnej. Można lekceważyć krytyczne materiały w amerykańskich telewizjach. I tak właśnie robi część publicystów sprzyjających rządowi. Ale sam rząd i jego nieformalny lider wiedzą, że tego typu opinie mają swoją polityczną wagę. Inaczej MSZ nie protestowałoby oficjalną notą wobec materiału wyemitowanego w CNN, a Kaczyński nie zapowiadałby przez całą kampanię wyborczą, że jednym z celów nowego rządu będzie nakręcenie hollywoodzkiego filmu o naszej historii i pokazywanie go na Zachodzie.

Opinie o nas mają znaczenie – tworzą w oczach naszych partnerów nasz obraz jako rzetelnego sojusznika, któremu w ciężkich dla niego chwilach warto przyjść z pomocą, albo niszczą nas w opinii Zachodu jako kraj dzikich ludzi, nieprzestrzegających tych samych reguł i niewyznających tych samych zasad.

Retoryka i początkowe działania nowej ekipy rujnują nasz obraz zarówno wśród obywateli państw zachodnich, jak i tamtejszej klasy politycznej. Pokazują Polskę jako kraj co najmniej tak dziwny jak Węgry Orbána. Tyle tylko, że on miał nad nami dwie przewagi – naprawdę dokonywał rewolucyjnych zmian, a nie wciąż tylko o nich gadał. Ponadto miał zawsze jako alternatywę dla bliskich związków z Brukselą sojusz gospodarczy i polityczny z Rosją. I bez względu na to, czy była to realna alternatywa czy też tylko poręczny straszak, mógł nim szantażować unijnych biurokratów i niemieckich polityków. My takiej możliwości nie mamy, bo Zachodu potrzebujemy właśnie po to, by się przed zakusami Moskwy na naszą suwerenność bronić.

Może więc warto następnym razem dłużej się zastanowić, nim wypowie się zdania konfliktujące nas z zachodnimi sojusznikami. Zwłaszcza że i tak wszyscy tam wiedzą, że nowy rząd, gdy już sobie na użytek wewnętrzny pokrzyczy i pomacha szabelką, pokornie zrobi to, co uczyniliby jego poprzednicy.

Autor jest politologiem. Był europosłem PiS, PJN i Polski Razem

 

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA