fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Ludwik Sempoliński: Ten wąsik, ach, ten wąsik!

Hanka Bielicka i Ludwik Sempoliński w rewii „Miasto cudów”. Teatr Syrena w Warszawie, 1973 r.
NAC
Już w II RP należał do grona najlepszych aktorów kabaretowych, występował także w filmach. Przed wojną w jednej z rewii parodiował Adolfa Hitlera, dlatego w czasie okupacji musiał się ukrywać. W PRL-u ceniony był jako wykładowca warszawskiej PWST.

Sam siebie nazywał „wodzirejem podkasanej muzy". O przedwojennych teatrach operetkowych i rewiowo-kabaretowych wiedział naprawdę wiele, napisał nawet książkę poświęconą tej tematyce. Tyle że w wydanych w 1968 r. „Wielkich artystach małych scen" odnajdziemy głównie szczegółowe opowieści o kolejnych premierach, liczbie granych przedstawień, obsadzie i frekwencji. Na pewno jest to więc kompendium wiedzy o repertuarze w poszczególnych operetkach i kabaretach II RP, znajdziemy tu też garść informacji o popularnych wówczas śpiewaczkach operetkowych (jak choćby o Lucynie Messal) czy też tancerkach rewiowych. Nie znajdziemy tam jednak pikantnych szczegółów z życia ówczesnych gwiazd. Dlaczego? Zdaniem Stefanii Grodzieńskiej Ludwik Sempoliński „Był człowiekiem niesłychanej dobroci. Mało o kim we wspomnieniach o sławnych ludziach używa się tego określenia. Jego dobroć nie miała granic". Był dżentelmenem w każdym calu, a także mężczyzną, który jak mało kto potrafił tańczyć walca, mazura, poloneza. W opinii Grodzieńskiej po scenie poruszał się, „jakby płynął". A przecież niewiele brakowało, by zamiast spełniać się w roli aktora, wiódł życie biznesmena, zgodnie z wolą ojca rozpoczął bowiem studia w Wyższej Szkole Handlowej. Przerwał je jednak, aby całkowicie poświęcić się sztuce. I słusznie, bo od dziecka fascynował go teatr i marzył, by występować na scenie przed publicznością znacznie większą niż grono rodzinne.

„Tomasz, ach powiedz, skąd ty to masz?"

Ludwik Sempoliński urodził się 18 sierpnia 1899 r. w Warszawie. Tam też ukończył gimnazjum Wielopolskiego, a następnie Szkołę Zgromadzenia Kupców przy ul. Waliców. Nie chciał jednak zostać handlowcem. Po latach wspominał: „Na skutek rozmaitych widowisk zacząłem spisywać sobie z płyt gramofonowych monologi nagrane przez Fertnera i Hryniewicza, jak »Szmul swat« czy »Dorożkarz warszawski«. Wyuczyłem się ich na pamięć wraz ze wszystkimi akcentami i załamaniami głosów artystów, i później przy wygłaszaniu tychże przed licznym gronem bliższej i dalszej rodziny, i zaproszonych gości, podczas jakichś uroczystości familijnych, odnosiłem szalone sukcesy. No bo proszę sobie wyobrazić dziesięcioletniego smarkacza deklamującego z całą powagą »Szmula swata«, naśladującego Fertnera i nierozumiejącego wielu dowcipów. Wszyscy pokładali się ze śmiechu, nie wiadomo, czy z kontrastu między pikantnym tekstem i wygłaszającym go pętakiem, czy z wykonania".

Później swój talent szlifował podczas amatorskich koncertów szkolnych, a następnie w letnim teatrzyku w ogrodzie zabaw Promenada na obrzeżach ówczesnej Warszawy. To była niezła szkoła szybkiego opanowywania tekstu, ponieważ w „Promenadzie" co tydzień grano nowe sztuki. W tym czasie Sempoliński założył grupę wokalną Sygnał, która została zaangażowana do teatru operetkowego Nowości. Tam po raz pierwszy zetknął się z ówczesnymi gwiazdami operetkowej sceny, uczył się więc od najlepszych.

Swą zawodową karierę rozpoczął od angażu w kabarecie artystycznym Sfinks – na cztery miesiące przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości. Jak podaje Tomasz Mościcki w tekście zamieszczonym na stronie Culture.pl, Ludwik Sempoliński na scenie Sfinksa zadebiutował „9 lipca 1918 r. piosenką »Lecą mareczki, lecą, lecą« – satyrycznym obrazem rozpędzającej się wówczas hiperinflacji. Jako uczniowi szkoły handlowej nie wypadało mu występować pod swoim nazwiskiem, toteż przez krótki czas używał pseudonimu Bohdan Kierski". Po dwóch sezonach w Sfinksie powrócił do Nowości, gdzie rozwijał swoje zdolności wokalno-sceniczne. W latach 1923–1924 przeniósł się do krakowskiej operetki, a w kolejnych dwóch sezonach można go było podziwiać w wileńskim Teatrze na Pohulance.

Przełom w jego karierze nastąpił w 1928 r., gdy został zaangażowany przez Andrzeja Własta do popularnego wśród warszawskiej publiczności teatru rewiowego Morskie Oko. Do modernistycznego gmachu przy Jasnej 3 widzowie tłumnie przybywali na przedstawienia, w których starano się naśladować paryskie rewie – stąd w programach wiele numerów tanecznych i akrobatycznych. Nie mogło też zabraknąć piosenek. To właśnie na tej scenie Ludwik Sempoliński wyśpiewał swój pierwszy szlagier – „Tomasz, ach Tomasz, ach powiedz, skąd ty to masz?".

W kolejnych latach Sempoliński umacniał swą aktorsko-rewiową pozycję, upomniała się też o niego X Muza. W drugiej połowie lat 30. wystąpił w kilkunastu filmach, choć były to raczej epizody lub role drugoplanowe. Ale warto odnotować kilka znaczących tytułów, ponieważ były to wówczas kinowe hity i na pewno przyczyniły się do rosnącej popularności aktora-pieśniarza: „Manewry miłosne" (1935 r.; jako książę Lambenstein), „Piętro wyżej" (1937 r.; jako Kulka Kulkiewicz, tzw. złoty młodzieniec), „Sygnały" (1938 r.; jako De Wall, dyrektor hotelu Carton) czy „Paweł i Gaweł" (1938 r.; jako żigolak). Sempoliński nie był gwiazdą ekranu. Może dlatego, że jego żywiołem była scena i bezpośredni kontakt z publicznością.

„Ostatni posłaniec" i „Ten wąsik"

Spośród wyśpiewanych przez Sempolińskiego szlagierów dwa się wyróżniają. Z pierwszym z nich wiąże się niesamowita historia. Aktor tak ją wspominał w „Wielkich artystach małych scen": „Przechodząc co dzień w drodze do teatru koło Hotelu Europejskiego, zauważyłem posłańca staruszka, któremu z całego umundurowania pozostała tylko czerwona czapka, a jedynym zajęciem rozdawanie za groszową opłatą ulotek reklamujących się firm. Żałosny jego wygląd natchnął mnie do odtworzenia scenicznego takiej właśnie postaci. Zaproponowałem więc Włastowi taki numer. Podchwycił go z zadowoleniem i nawet sam napisał tekst. Ale uznał swój utwór za niewypał i nawet mi nie dał do przeczytania. Spośród autorów, do których się zwrócił, dwóch napisało oddzielnie teksty (Tadeusz Wittlin i Władysław Szlengl – przyp. AN), które połączone razem stworzyły piękną i rzewną piosenkę. Muzykę opartą na starych motywach warszawskich walców skomponował Sygietyński. W ten sposób powstał i wszedł do mego repertuaru jeszcze jeden przebój".

Po raz pierwszy Sempoliński wykonał ten utwór 5 kwietnia 1939 r. na scenie warszawskiego kabaretu Ali Baba mieszczącego się przy ul. Karowej, w którego zespole były m.in. takie gwiazdy estrady, jak Mira Zimińska, Ina Benita, Alicja Halama czy Mieczysław Fogg. Ludwik Sempoliński w tym programie nie tylko śpiewał, ale też prowadził konferansjerkę. Historia jego „Ostatniego posłańca" obrosła legendą. Sempoliński zanotował: „Na generalną próbę i na premierę sprowadziłem tego posłańca i do złudzenia upodobniłem się dzięki charakteryzacji do niego. Już na premierze odczułem rezultaty moich wysiłków. Kiedy ukazałem się przed kurtyną w czasie przygrywki, wstał z krzesła jakiś wysoki, starszy pan, podobny do Wojciecha Kossaka, i donośnym szeptem, który cała sala słyszała, powiedział: »To mój posłaniec«. Okazało się, że przypadkowo wybrałem jako model posłańca, który przed 40 laty, kiedy przyjeżdżał ów gość do Warszawy na hulanki, był przez niego angażowany do wszystkich poleceń na cały okres jego pobytu. Gdyby zakłócił mi występ tylko na premierze, darowałbym ten entuzjazm, ale przychodził stale na ten program, ciągle z innymi znajomymi, których szeptem (zawsze dostatecznie głośnym dla całej sali) informował o mojej postaci" (za: Tomasz Mościcki, „Teatry Warszawy 1939. Kronika", Bellona 2009).

Jeszcze większym przebojem stał się „Ten wąsik", piosenka, która wkrótce okazała się źródłem problemów Sempolińskiego. Na scenie Ali Baby 31 maja 1939 r., w programie „Orzeł czy rzeszka", aktor po raz pierwszy wykonał utwór z polskim tekstem, napisanym przez Mariana Hemara, do niezwykle popularnej „Titiny" Charliego Chaplina. Program cieszył się ogromnym powodzeniem wśród publiczności i uznaniem krytyków. Irena Krzywicka w recenzji zanotowała, że była to „wyborna rewia polityczna, gdzie oglądamy wybornie ośmieszonych przywódców polityki osi" („Robotnik", nr 165/1939), na scenie pojawiali się bowiem m.in. Wojciech Ruszkowski jako Mussolini oraz Sempoliński przebrany za Hitlera, który śpiewał w refrenie:

„Ten wąsik, ach, ten wąsik

Ten wzrok, ten lok,

ten dąsik,

I wdzięk, i lęk, i mina,

I śmiech – tak jest, to ja.

Ten krzyk nad ludu mrowie,

Że krew, że gniew to zdrowie

Titina, ach Titina, to smutna

piosnka ma".

A ponieważ atmosfera geopolityczna gęstniała, „Po miesiącu grania rewii ambasador niemiecki zaprotestował w naszym MSZ przeciwko ośmieszaniu postaci Hitlera. Po obejrzeniu numeru przez specjalną komisję mieszaną niemiecko-polską dyrekcja otrzymała nakaz skreślenia Hitlera. Zapanowała konsternacja, gdyż jedną z największych atrakcji programu była właśnie ta postać. Próbowałem ratować sytuację i zgoliłem Hitlerowi wąsiki, nic nie pomogło. Obserwatorzy z ambasady niemieckiej pilnowali na widowni respektowania nakazu. Musiałem się przecharakteryzować na Goebbelsa. Tego puścili". Sempoliński wspominał także, że „część widowni zapełniali Żydzi w chałatach, niewiele rozumiejący po polsku, dla których magnesem była właśnie postać Hitlera. Kiedy stałem na podwyższeniu w charakterze figury woskowej »Wodza«, widziałem podniecenie w tej części widowni i słyszałem szmer: »Hitler... Hitler...«. Koniki ówczesne w osobach klakierów Moryca i Rudego opływały w zarobkach z biletów sprzedawanych przed kasą. Nie przypuszczałem, że te produkcje już w krótkim czasie będą mnie tyle kosztowały".

„Cała Warszawa"

Tę pogodną piosenkę Ludwik Sempoliński wykonywał na scenie wraz z aktorami Morskiego Oka w 1929 r. Dekadę później na bawiące się miasto spadły pierwsze niemieckie bomby. Beztroska II RP legła w gruzach, a aktor wyśmiewający przed wojną Hitlera musiał uciekać. Już w pierwszych dniach września Sempoliński zdecydował się wyruszyć na Wschód, wraz z morzem innych uchodźców. W Nowym Dworze w centrum miasta zobaczył ministra Józefa Becka. W kolejnej części swych wspomnień, czyli „Drugiej połowie życia" (Czytelnik 1985), aktor zapisał: „Widząc ministra i inne wytworne limuzyny, jakby uciekające z Warszawy, zdałem sobie dopiero sprawę z grozy sytuacji". Wkrótce dotarł do Brześcia, gdzie spotkał Józefa Rezona, producenta filmowego. Wspólnie udali się pociągiem do Wilna – miasta, które w porównaniu z Warszawą wydawało się spokojne, dalekie od wojny. Sempoliński zatrzymał się w hotelu Georges, ale już 18 września o świcie zbudził go warkot radzieckich czołgów.

Choć czerwonoarmiści przejęli Wilno, aktor pozostał w mieście, gdzie do czerwca 1941 r. występował na scenach Miniatur i Lutni. Gdy jednak wojska niemieckie wtargnęły do Wilna, Sempoliński zaczął się ukrywać – na prowincji najął się do pracy jako pastuch, posługiwał się papierami na nazwisko Józef Kalina.

Po wojnie najpierw przyjechał do Łodzi. Współpracował z teatrami: Kameralnym, Bagatelą i Syreną. Z tym ostatnim – wraz z większością tamtejszego zespołu – przeniósł się do Warszawy. Z Teatrem Syrena był związany do końca swej kariery (z krótkimi przerwami na występy w warszawskim Teatrze Nowym w latach 1952–1953 oraz w Łodzi w latach 1949–1952).

Mimo że scena była jego żywiołem, to doskonale sprawdził się też w roli wykładowcy. Okazał się cenionym pedagogiem warszawskiej PWST, na której wykładał sztukę estradową i piosenkę. To on kształcił tak wybitnych artystów, jak Barbara Rylska, Bohdan Łazuka czy Jerzy Połomski. Ci, którzy wychowali się na jego szkole, do dziś wspominają jego wielkie wyczucie sceny. Bohdan Łazuka tak o nim mówił: „Profesor zwracał uwagę, poza tekstem i muzyką, na coś, co nazywamy w formie scenicznej inscenizacją. Zawsze dbał o to, aby uzasadnić obecność na scenie". I tej scenie Ludwik Sempoliński pozostał wierny niemal do końca życia – zmarł 17 kwietnia 1981 r., w kilka miesięcy po przejściu na artystyczną emeryturę.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA