fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Arktyka: Topniejący sen Putina

Batyskaf w roli Livingstone'a: rosyjska flaga wbita w dno Oceanu Lodowatego na wysokości bieguna północnego. Rok 2007
Internet
Moskwie udało się przekonać świat, że w Arktyce trwa wielka gra o surowce, w której Kreml dominuje. Co więcej, że Rosja jest gotowa iść na wojnę z każdym, kto będzie próbował jej w tej grze przeszkodzić.

Rosyjski niedźwiedź, gdy tylko słyszy słowo „Arktyka", budzi się i groźnie ryczy. Straszy, że pójdzie na wojnę w obronie swoich interesów, a dzięki wydobyciu ogromnych złóż ropy i gazu na dnie Oceanu Arktycznego zapewni sobie dominację w światowej gospodarce. Niedźwiedź zapomniał jednak, że aby zostać panem lodowej krainy, musi mierzyć siły na zamiary, a tych pierwszych ewidentnie mu brakuje.

W ostatni czwartek lipca mieszkańcy Kaliningradu tłumnie zebrali się w porcie. Z okazji Dnia Marynarki Wojennej dla widzów przygotowano specjalny pokaz umiejętności Floty Bałtyckiej. Najpierw dumnie sunące przez wody zatoki krążowniki rakietowe wystrzeliły pociski, które przy akompaniamencie braw publiczności eksplodowały w wodzie, tworząc kilkumetrowe fontanny. Później nad głowami mieszkańców z hukiem przeleciały helikoptery i myśliwce. Wśród wiwatujących ludzi na specjalnej trybunie siedział Władimir Putin. Prezydent Rosji nie pojawił się jednak w Kaliningradzie tylko po to, żeby napawać się potęgą swojej armii. Chwilę przed rozpoczęciem manewrów na pokładzie zacumowanego w porcie krążownika „Admirał Gorszkow" Putin podpisał ostateczną wersję tzw. nowej doktryny morskiej. W 46-stronicowym dokumencie, określającym politykę Rosji na morzach i oceanach, podkreślono m.in., że kraj jako mocarstwo musi zabezpieczyć złoża surowców naturalnych w Arktyce. Ledwie zdążył wyschnąć atrament na podpisie Putina, krążowniki Floty Bałtyckiej oddały pierwsze strzały podczas manewrów.

W tym samym czasie w świat poszła informacja, że Rosja chce dominować w Arktyce. Niedźwiedź znowu ryknął.

Trzy kroki

Po upadku Związku Radzieckiego obszar Arktyki na dekadę zniknął z pola widzenia rosyjskich polityków. Bardziej niż mroźnymi i trudno dostępnymi obszarami Dalekiej Północy Kreml był zainteresowany odbudową wpływów w powstałych na gruzach starego imperium państwach Azji Środkowej i Europy Wschodniej. Z braku funduszy Rosja pozamykała większość pozostałych po zimnej wojnie arktycznych baz wojskowych i znacznie zmniejszyła siły morskie patrolujące ten region.

Zainteresowanie Arktyką wróciło wraz z objęciem urzędu prezydenta przez Władimira Putina w 2000 roku. Już kilka miesięcy po zaprzysiężeniu w leżącym za kołem podbiegunowym Murmańsku wygłosił on przemówienie, w którym uznał, że zapomniane północne rubieże państwa mają fundamentalne znaczenie dla rozwoju Federacji Rosyjskiej.

– Zainteresowanie Putina Arktyką początkowo wynikało z jego starań, żeby Rosja znów była obecna na ziemiach kiedyś kontrolowanych przez ZSRR. Z czasem, wraz z rozwojem technologii wydobywczych i wzrostem cen surowców, Kreml uznał, że eksploatacja potencjalnie ogromnych złóż arktycznych może być opłacalna – tłumaczy dr Maciej Raś z Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW.

Od tamtego czasu podejście Moskwy do Dalekiej Północy się zmieniło, a o Arktyce zaczęto wspominać w najważniejszych państwowych dokumentach. I tak np. w doktrynie morskiej z 2001 roku oraz doktrynie bezpieczeństwa narodowego napisano, że ze względu na ogromne zasoby ropy i gazu Arktyka jest obszarem o kluczowym znaczeniu dla bezpieczeństwa energetycznego Rosji. Najdobitniej zamiary Moskwy względem Arktyki podsumował w 2008 roku ówczesny prezydent Dmitrij Miedwiediew. Podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa, siedząc u szczytu ogromnego stołu, otoczony doradcami, szef państwa powiedział: – Naszym pierwszym i głównym zadaniem jest przekształcenie Arktyki w bazę surowcową Rosji w XXI wieku. Po krótkiej pauzie dodał: – Najważniejsze to zabezpieczyć narodowe interesy w tym regionie.

Zarówno te interesy, jak i dalsze wytyczne, co zrobić, by sen o podboju Dalekiej Północy się spełnił, opisano w tzw. doktrynie arktycznej. Zatwierdzona przez Miedwiediewa biblia rosyjskich działań w Arktyce w najdrobniejszych szczegółach opisuje kroki, jakie musi poczynić Moskwa.

– Rosja postrzega swoje obszary arktyczne w trzech wymiarach. Pierwszy to wymiar militarny. Region Arktyki ma nadal duże znaczenie strategiczne, o czym świadczy znaczna obecność rosyjskich sił nuklearnych. Drugi wymiar obejmuje kwestie gospodarcze. Moskwa wie, że za kilkanaście lat złoża ropy i gazu, z których obecnie korzysta, wyczerpią się, a wówczas zasoby rosyjskiej Arktyki mogą stać się ostatnią deską ratunku dla jej gospodarki. Trzeci wymiar ma charakter propagandowy. Rosja chce pokazać innym państwom i swoim obywatelom, że jest mocarstwem – tłumaczy postępowanie Kremla dr Michał Łuszczuk z Zakładu Stosunków Międzynarodowych UMCS, który jako stypendysta Fulbrighta bada te zagadnienia na Uniwersytecie George,a Washingtona w USA.

Federacja Rosyjska najlepiej realizuje pierwszy i drugi wymiar jednocześnie. Moskwie udało się przekonać opinię publiczną w kraju i za granicą, że w Arktyce trwa obecnie wielka gra o surowce, w której Kreml dominuje. Podtrzymywaniu takiego wrażenia służą wypowiedzi najważniejszych rosyjskich polityków, którzy co pewien czas zapewniają, że Rosja jest w stanie wydobywać wszystkie arktyczne złoża. Co więcej, jest gotowa iść na wojnę z każdym, kto będzie próbował jej w tym przeszkodzić. Media na świecie w lot podchwytują takie słowa i wróżą wybuch trzeciej wojny światowej właśnie w lodowej krainie. Bez wątpienia rosyjskie zapowiedzi działają na wyobraźnię, w rzeczywistości jednak to deklaracje bez pokrycia.

Nie ma o co kruszyć kopii

W 2007 roku Kreml sprowokował państwa, które wysuwają roszczenia do zasobów naturalnych Arktyki, w tym USA i Kanadę. W sierpniowe popołudnie statek badawczy „Akademik Fiodorow" zatrzymał się na środku Morza Barentsa, ponad 500 kilometrów od rosyjskiego wybrzeża. Kapitan wyłączył silniki, a jedyne, co można było usłyszeć z pokładu, to dźwięk fal i brył lodu obijających się o burty. Ciszę przerwał ruch zamontowanego na okręcie dźwigu, który powoli spuszczał na kołyszącą się wodę batyskaf „Mir 1". Ledwo przypominający bańkę na mleko pojazd zanurzył się w morzu, dźwig spuszczał już jego bliźniaka „Mir 2". Po chwili obie maszyny zaczęły się zanurzać w wodzie. Pierwszy z batyskafów zszedł na głębokość ponad 4 tysięcy metrów i za pomocą mechanicznego ramienia, wzbijając tumany piachu, umieścił na dnie wykonaną z tytanu flagę Rosji. Terytorium zostało oznaczone.

Misja „Akademika Fiodorowa", choć oficjalnie miała służyć pobraniu do badań próbek z dna szelfu arktycznego, wywołała oburzenie innych państw. Ówczesny premier Kanady grzmiał, że wbicie flagi przez Rosję przypomina XV wiek, kiedy tak zajmowało się ziemię niczyją. W odpowiedzi Kanada czasowo wysłała 600 żołnierzy na krańce swojego arktycznego terytorium.

Akcja i reakcja następuje również wtedy, kiedy Moskwa, która posiada w Arktyce największą ze swoich flot, obecność w regionie manifestuje militarnie. Myśliwce bojowe i bombowce strategiczne, zdolne przenosić broń nuklearną, tylko w 2008 roku wykonały ponad 100 lotów, kilkakrotnie zbliżając się do przestrzeni powietrznej Islandii i Kanady. Krótko po tych incydentach niebo nad Islandią zaczęły patrolować myśliwce NATO.

Rywalizacja przebiega także na lądzie. Moskwa otwiera stare bazy wojskowe za kołem podbiegunowym i tworzy specjalne jednostki arktyczne gotowe do walki w skrajnie trudnych warunkach klimatycznych. Podczas styczniowej wizytacji jednej z takich baz minister obrony Rosji powiedział telewizji RT: – W 2015 roku będziemy przygotowani do spotkania nieproszonych gości zarówno ze Wschodu, jak i Północy.

Podobne deklaracje sprawiają wrażenie powrotu na Daleką Północ zimnej wojny, a na pierwszy plan wysuwa się pytanie, czy w Arktyce dojdzie do gorącej wojny o surowce. Większość ekspertów z Zachodu i Polski studzi nastroje. – Te działania to ogromny sukces Rosji. Przyzwyczaiła świat do tego, że jest w Arktyce, jest najbardziej aktywna i ma tu swoje prawa. Ryzyko wojny jest skrajnie mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że jednym z potencjalnych wrogów są Stany Zjednoczone posiadające broń atomową – tłumaczy Raś. Podobnego zdania jest Łuszczuk. – Czy Rosja potrzebuje konfliktu o zasoby w Arktyce? I tak ma ich potencjalnie najwięcej, a nie ma możliwości ich wydobycia – ocenia badacz, dodając, że zwiększenie obecności militarnej służy Moskwie głównie do celów propagandowych i zagwarantowania kontroli nad swoim arktycznym terytorium i zasobami naturalnymi.

Ukryte eldorado

Jedna trzecia terytorium Rosji to obszary arktyczne. Należą do nich zarówno pokryte grubą czapą lodową wyspy na morzach arktycznych, jak i pas wybrzeża od Murmańska tuż przy granicy z Norwegią po półwysep Czukotka, stykający się niemal z Alaską. Ta niegościnna kraina to dla Moskwy wielka tablica Mendelejewa. Kreml wydobywa tu większość swojej ropy, gazu, złota, platyny, uranu, kobaltu, palladu i niklu. Ten ostatni prawie w 100 proc. pozyskuje się z okolic leżącego na północy Syberii Norylska.

Miasto założone w 1935 roku jako ośrodek przemysłowy z czasem stało się największym w Rosji i na świecie kombinatem wytopu metali ciężkich i kopalń niklu. Ciężkie toksyczne opary w kolorze ołowiu wydobywają się dzień w dzień z ogromnych hutniczych kominów górujących nad miastem. Brudna, lepka mgła oblepia wszystko, co stanie na jej drodze – samochody, domy, znaki drogowe. W Norylsku śnieg jest czarny, a poziom stężenia w powietrzu szkodliwych dla człowieka związków chemicznych dawno przekroczył dopuszczalne normy. Nic dziwnego, że mieszkańcy żyją tu przeciętnie o dziesięć lat krócej niż w innych regionach Rosji.

Pierwsze śnieżyce pojawiają się już w październiku, a im bliżej grudnia i stycznia, tym szybciej temperatura spada, by zatrzymać się na rekordowych -50 stopniach Celsjusza. W listopadzie w regionie Norylska zaczyna się noc polarna. Do połowy stycznia ulice, bloki wyglądające jak pudełka zapałek i kominy hut giną w mroku. Mimo tak skrajnych warunków pracownicy firmy Norylski Nikiel, do której należą huty, w pocie czoła wydobywają i przetapiają nikiel i miedź. O ich pracowitości może świadczyć fakt, że tylko w 2007 roku w kombinacie wydobyto 18 proc. całego pozyskanego w tym roku niklu na świecie. Podobne rekordy padają na Półwyspie Jamalskim, gdzie z 32 złóż Moskwa wydobywa 1/5 całego błękitnego paliwa na świecie.

Biorąc pod uwagę, jak duże zasoby kryje w swoich lodach Arktyka, nie dziwi fakt, że Rosja wiąże z nią przyszłość swojej gospodarki. Szkopuł w tym, że łatwiej dostępne złoża na lądzie Federacja Rosyjska eksploatuje już od lat, co przybliża moment ich wyczerpania. Nadzieje Moskwy i fascynację mediów na całym świecie budzą nieeksploatowane jeszcze zasoby kryjące się na szelfie kontynentalnym, pod lodowatymi wodami Oceanu Arktycznego. Według szacunków amerykańskich i rosyjskich geologów pod dnem mórz Barentsa, Karskiego i Peczorskiego zlokalizowanych jest 11 pól naftowych i gazowych kryjących ogromne złoża ropy i gazu. Co więcej, według modeli geologów przedstawionych w 2008 roku na szelfie arktycznym może się znajdować nieodkryte jeszcze 10–15 proc. światowych zapasów ropy i 25–30 proc. światowych zasobów gazu. Gdyby Rosja miała możliwość ich wydobycia, to faktycznie mógłby się rozpocząć wyścig o złoża.

Swój największy sukces w Arktyce Rosja ogłosiła w grudniu 2013 roku. Wtedy, po raz pierwszy na świecie, ropę z szelfu arktycznego wydobyła stacjonarna platforma wiertnicza. Należąca do Gazpromu Prirazłomnaja eksploatująca złoże o tej samej nazwie na Morzu Peczorskim to wart ponad 2 miliardy dolarów gigant. Zbudowany na planie kwadratu olbrzym waży ponad 100 tysięcy ton i przez cały rok może być miejscem pracy dla ponad 200 członków załogi, którzy muszą znosić skrajne warunki pogodowe.

Bez złudzeń

Morze Peczorskie z lotu ptaka wygląda jak biały stół. Jak okiem sięgnąć, ciągnie się pokrywa lodowa. Na powierzchni tej mroźnej tafli widać czasami małe pęknięcia albo ogromne rozpadliny, spośród których przebija się zimna woda – efekt tarcia, zderzania się z sobą i pękania dryfującego lodu. Morze zamarza niemal całkowicie od listopada do czerwca. Nic dziwnego, skoro temperatura w ciągu dnia spada tutaj do -45 stopni Celsjusza. Odczucie zimna potęguje hulający wiatr wzbijający tumany białego, oślepiającego, lodowego pyłu. W okresie zimowym dające mdławe światło słońce znika z widnokręgu i zostaje zastąpione nocą polarną.

Ciemność nie przerywa jednak pracy na platformie. Przy pompowaniu pierwszej wydobytej przez platformę Prirazłomnaja ropy na tankowiec obecny był sam Władimir Putin. Prezydent stwierdził z dumą, że ten moment to początek rosyjskiej dominacji na światowych rynkach paliw. Zapomniał tylko dodać, że o innych podobnych sukcesach Rosja może na razie zapomnieć. – Nie wystarczy mieć surowiec. Trzeba go jeszcze wydobyć, przetransportować, przetworzyć i sprzedać, a to o wiele trudniejsze – podkreśla Łuszczuk.

Dla Moskwy główną przeszkodzą w realizacji szumnie zapowiadanej eksploatacji nowych zasobów arktycznych jest brak odpowiednich technologii wydobywczych i funduszy. Już budowa Prirazłomnoj nastręczyła ogromnych trudności i trwała ponad 25 lat. Kremlowscy eksperci dobrze wiedzą, że odwierty w tak skrajnych warunkach klimatycznych i przyrodniczych jak Ocean Arktyczny różnią się od tych prowadzonych na lądzie. Gruba pokrywa lodowa skuwająca wody mórz, silne wichury, zamiecie śnieżne i dryfujące lody mogące zniszczyć instalacje energetyczne uniemożliwiają użycie technologii będących w zasięgu Rosji. Żeby zdobyć najnowsze i skuteczniejsze, Moskwa musi się zwrócić o pomoc do państw Zachodu, które nimi dysponują.

– Już wcześniej rosyjskie firmy miały z tym trudności i korzystały z tych technologii w sposób ograniczony, a teraz z powodu sankcji zostały od nich odcięte – wyjaśnia Maciej Raś. Jak bardzo uzależniający jest ten brak technologii, pokazały poprzednie lata. Choć Moskwa podkreśla na każdym kroku, że nie dopuści innych państw do swoich złóż, to np. w 2009 roku Gazprom, żeby zacząć odwierty gazu w okolicach Sachalinu, musiał wejść w spółkę z brytyjsko-holenderskim Shellem. Podobnie było dwa lata temu, kiedy Rosnieft odsprzedał jedną trzecią swoich udziałów w 11 złożach na Dalekiej Północy włoskiej firmie Eni i norweskiemu Statoilowi. Z kolei w czerwcu tego roku Rosjanie musieli zrezygnować z odwiertów na Morzu Karskim, gdy z powodu sankcji Zachodu amerykański Exxon-Mobil wycofał ze współpracy nowoczesną platformę wiertniczą oraz fundusze. Sytuacja jest dla Rosji coraz mniej korzystna, ponieważ jej starania o bycie mocarstwem muszą się opierać na współpracy z Zachodem, którego obecności w Arktyce Moskwa nie chce i się obawia.

Żeby być arktycznym mocarstwem, poza dobrymi wiertłami potrzebne są także duże pieniądze, a tych Rosji również brakuje. Jeśli Moskwa chce rozpocząć wydobycie surowców zalegających pod wodami Oceanu Arktycznego, najpierw musi wybudować potężną infrastrukturę energetyczną. Putinowi łatwiej przychodzi mówienie o dominacji na światowych rynkach paliw niż rozbudowa portów, budowa dziesiątków kilometrów nowych gazo- i ropociągów i zwiększenie liczby tankowców. Na to brak już funduszy w prezydenckim portfelu.

– Rosyjski budżet nie jest z gumy. Im więcej pieniędzy Moskwa przeznacza na wojnę na Ukrainie i interwencję w Syrii, tym mniej zostaje na Arktykę.

Do tego dochodzi kwestia spadków cen ropy na świecie i obniżenie wartości rubla przez sankcje – przypomina Raś. Kreml zapowiedział co prawda przeznaczenie ponad 220 miliardów dolarów na inwestycje związane z eksploatacją gazu i ropy w Arktyce, ale skąd weźmie te pieniądze, już nie powiedział.

Alkoholizm i emigracja

Teriberka, kiedyś prężnie rozwijające się, jak na radzieckie warunki, miasteczko na samym krańcu Półwyspu Kolskiego, dzisiaj wygląda jak po wybuchu bomby. Wzdłuż pustych, zasypanych śniegiem ulic, po których hula mroźny wiatr, stoją odrapane domki straszące pozbawionymi szyb oknami. Na podwórkach w śnieżnych zaspach rdzewieją moskwicze i gazy. W porcie do połowy zalane przez wodę gniją kutry rybackie. W Teriberce z prawie 6 tysięcy mieszkańców pozostało obecnie 800, a miasto zmienia się w osadę duchów. Takich widmowych miast jest w rosyjskiej Arktyce więcej, bo ta się wyludnia, podobnie zresztą jak cały kraj. O ile w 1991 roku Rosję zamieszkiwało 148 milionów ludzi, o tyle w 2010 roku było ich już 141 milionów. Według analityków do 2050 roku ta liczba może spaść do 80 milionów. Winne są wysoka śmiertelność, mała liczba urodzeń, alkoholizm i emigracja. Ten ostatni powód ubytku ludności jest najlepiej widoczny w rosyjskiej Arktyce. W ciągu ostatnich 20 lat z powodu bezrobocia i trudnych warunków klimatycznych wyjechał stąd co szósty mieszkaniec. W momencie kiedy rosyjskie firmy w związku z planami wydobycia surowców będą potrzebowały rąk do pracy, tych może zabraknąć. Sama rozbudowa infrastruktury na Półwyspie Jamalskim wymaga 50 tysięcy wykształconych pracowników branży energetycznej.

Poza liczbą ludności w Arktyce ma się zmniejszać jeszcze jedna rzecz – pokrywa lodowa. To akurat wiadomość na rękę Moskwie. Według badaczy z amerykańskiego Narodowego Centrum Badań nad Lodem od 2005 do 2007 roku z powodu wzrostu temperatury arktyczna pokrywa lodowa zmniejszyła się o 1 milion kilometrów kwadratowych. Mogą więc się pojawić głosy, że w ciągu 30 lat Arktyka może być całkowicie wolna od lodu. Nadmierny entuzjazm co do wizji Dalekiej Północy bez lodu studzi jednak część naukowców. – Nie sądzę, aby nawet do końca wieku pokrywa lodowa w Arktyce zniknęła. Jestem w pełni przekonany, że przyroda poradzi sobie z tym wahnięciem klimatycznym – argumentuje prof. Piotr Głowacki z Polskiej Akademii Nauk.

Przyjmując nawet, że pokrywa lodowa pozostanie nienaruszona, jedna rzecz w Arktyce topnieje na pewno – mocarstwowe ambicje Władimira Putina. Bez wątpienia, choć Rosja dominuje w regionie liczebnością wojsk, okrętów i lodołamaczy, to za mało, żeby wygrać wielką grę o złoża. Eksperci szacują, że pełne wydobycie surowców Moskwa będzie mogła rozpocząć dopiero za 30 lat. Brakuje technologii, wiedzy i pieniędzy, a karabinem ropy nie wydobędzie nawet prezydent Federacji Rosyjskiej.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA