fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Firma

Czy cyfrowe technologie pomogą w walce z realnymi wirusami - rozmowa z Piotrem Prajsnarem

Dzięki czujnikom i technologii cyfrowej można zdalnie odczytać temperaturę ciała nawet dużej grupy osób
Shutterstock
O tym, jak porusza się sektor IT na szlaku narzuconym przez pandemię i czy rozwój e-technologii pomoże nam ją przezwyciężyć – mówi Piotr Prajsnar, prezes Cloud Technologies redaktorowi Michałowi Kołtuniakowi.

Świat technologii zapowiedział stworzenie rozwiązań, które pomogą nam zmierzyć się z pandemią. Czy technologia pomoże nam wygrać batalię z COVID-19? Jak na razie słychać tylko zapowiedzi, bez konkretów.

PIOTR PRAJSNAR: Rzeczywiście, sektor IT zadeklarował, że powstaje już co najmniej kilka rozwiązań, które mają nam pomóc w walce z koronawirusem. Jednak na razie wciąż czekamy na ten pierwszy w pełni funkcjonalny projekt, który pozwoli na wykorzystanie funkcji typu „contact tracking". Polega on na tym, że mamy możliwość śledzenia kontaktów z osobami zakażonymi. Jednak zarówno inicjatywy podmiotów komercyjnych, jak i działania podejmowane przez organy administracyjne, nie przynoszą na razie większych efektów. Okazuje się, że przeszkód jest więcej, niż się spodziewaliśmy.

A jak firmy i rządy mają zamiar walczyć z COVID-19? Używając naszych smartfonów?

Większość z opracowanych propozycji opiera się o wykorzystanie modułów typu Bluetooth Low Energy, które odznaczają się bardzo niskim zapotrzebowaniem na prąd oraz pozwalają na śledzenie bliskich kontaktów pomiędzy smartfonami. Ta technologia faktycznie ma duży potencjał, ale jej zastosowanie jest ograniczone do relatywnie nowych urządzeń.

Kluczowe znaczenie mają jednak aplikacje, które powinny sprawnie agregować, selekcjonować i dopasowywać pozyskane dane do tego, by tworzyć precyzyjną mapę kontaktów.

Czemu wciąż na rynku brakuje takiego rozwiązania?

W teorii brzmi to bardzo prosto, jednak w praktyce nastręcza wielu problemów. Sam pomysł jest dobry, natomiast problemem jest chociażby powszechność aplikacji, kluczowa dla powodzenia tego typu projektu. Systemy, jakie powstają, budzą również wiele kontrowersji, nie tylko ze względu na aspekt prywatności, ale też ograniczoną użyteczność.

Musimy być świadomi tego, że minie jeszcze wiele czasu zanim odpowiednie aplikacje zostaną wprowadzone na rynek, a następnie będą zasilone danymi i zyskają popularność. Dzisiaj problemem jest to, że tego czasu nie mamy.

Niedawno zadebiutowała rządowa aplikacja ProteGo Safe. Jednak od początku zetknęła się ona z falą ostrej krytyki, dlaczego?

To przykład zaimplementowania rozwiązania, które teoretycznie ma nam pomóc, jednak w praktyce jeszcze nie działa. Sama aplikacja, podobnie jak ma to miejsce w przypadku innych tego typu rozwiązań, budzi kontrowersje głównie ze względu na obawy o ochronę prywatności użytkowników systemu.

Dziś funkcjonalność ProteGo Safe jest mocno ograniczona. Aplikacja co prawda pomaga w diagnozowaniu, a przy okazji ostatniej aktualizacji pojawił się nawet contact tracking, ale podstawowym problemem pozostaje jednak zasięg, który dzisiaj jest znikomy. Taka aplikacja powinna być zainstalowana u dużej części społeczeństwa, by w ogóle mówić o jakiejkolwiek skuteczności w prewencji. Wyzwaniem pozostaje więc nie tylko sama technologia i aplikacja, a jej sposób udostępniania i promowania. Jak namówić ludzi do tego, by z niej korzystali mimo obaw dotyczących ochrony prywatności? Nawet giganci, tacy jak na przykład Facebook, na zbudowanie dużego zasięgu potrzebowali wielu lat. Obawiam się, że obiecywane preferencje w dostępie do galerii handlowych mogą w tym przypadku nie wystarczyć.

Wspomina pan też o ograniczeniach technologicznych. Co konkretnie pan przez to rozumie?

Zgodnie z informacjami, do jakich dotarł „Financial Times", warunkiem wsparcia technologii opracowywanej przez Apple i Google jest posiadanie urządzenia, które wyposażone jest w moduł Bluetooth Low Energy. Taki odpowiada za łączność bezprzewodową krótkiego zasięgu, realizowaną przy znikomym drenażu baterii smartfona.

Według analityków z Counterpoint Research nawet dwa miliardy użytkowników mobilnych nie skorzysta z inicjatywy Google i Apple oraz im podobnych. A przecież większość niekompatybilnych urządzeń pochodzi z segmentu przeznaczonego dla osób o niższych dochodach lub z segmentu seniorów, którzy są szczególnie narażeni na wirusa.

Wspomniał pan również o oprogramowaniu, czy sama instalacja zewnętrznej aplikacji to za mało by system działał poprawnie?

Na rynku jest obecnie 3,5 mld smartfonów, ale nie oznacza to, że aplikacja od razu będzie działać na wszystkich urządzeniach i, co więcej, od razu informować o zagrożeniach. Przede wszystkim system musi być zasilony danymi. Bez dostępu do informacji o chorych, aplikacja będzie bezużyteczna. Najlepiej by było, gdyby źródłem zweryfikowanych danych medycznych była odpowiednia instytucja, na przykład Sanepid. Aplikacja ProteGo Safe oparta jest na danych deklaratywnych, nie jest zasilana rzeczywistymi danymi z Sanepidu, dlatego jej skuteczność również pod tym względem może być ograniczona.

Czy to oznacza, że możemy pożegnać się z marzeniem o sprawnym systemie typu „contact tracking"?

Technologia BLE, użyta do śledzenia kontaktów z zakażonymi to bardzo ciekawe rozwiązanie, jednak wciąż jej dostępność jest ograniczona. Dlatego warto popatrzeć na to, co dziś robi branża reklamowa. Stanowcza większość urządzeń mobilnych posiada przecież wbudowany moduł GPS oraz inne mechanizmy do lokalizacji. Oczywiście mogą mieć one niższą dokładność niż BLE, ale za to są o wiele bardziej popularne, a ich precyzja - w większości przypadków wciąż wystarczająca.

Powinniśmy pamiętać o jeszcze jednym szczególe. Otóż moduł BLE może uchwycić moment spotkania się dwóch osób. Natomiast nie pozwala na określenie przebytej drogi i odwiedzonych miejsc. A przecież, jak ostrzega WHO, wirus może pozostać na powierzchniach nawet kilkadziesiąt godzin.

Dostrzegając te ograniczenia, nasza spółka przygotowała system COVID-19 Prevention Tool, który działa jak anty nawigacja, mająca uchronić nas przed koronawirusem. W jaki sposób? Za pomocą banerów, które pojawiają się na ekranie smartfona, gdy znaleźliśmy się w pobliżu zakażonej osoby lub zagrożonego obszaru.

Co ważne sama informacja o tym, że ktoś miał styczność z osobą zakażoną to tylko jeden element układanki. Jednak dane, jakie generują wszyscy internauci, pozwolą nam stworzyć prawdziwy „kononawirus network", dzięki czemu będziemy mogli precyzyjnie śledzić rozwój pandemii.

Jak to możliwe, że byliście w stanie obejść przeszkody, z jakimi zetknął się zarówno rząd, jak i amerykańscy giganci?

W tym momencie kierowaliśmy się pragmatyzmem, nie staraliśmy się kreować nowej technologii, lecz postawiliśmy na sprawdzone rozwiązania. Adaptujemy coś, co jest już przez nas doskonale znane i świetnie działa na rynku reklamy internetowej. Zdajemy sobie sprawę z pewnych przewag, jakie daje wykorzystanie BLE, jednak moim zdaniem dokładność naszej technologii jest wystarczająca do precyzyjnego pomiaru, zaś moduły GPS i podobne są montowane dzisiaj niemal w każdym telefonie.

Dlatego nie potrzebujemy żadnej nowej aplikacji, a system wykorzystuje do komunikacji z użytkownikiem powszechnie dostępną przestrzeń reklamową. W ten sposób już teraz obejmuje swoim zasięgiem praktycznie wszystkich posiadaczy smartfonów, tabletów i innych tego typu urządzeń.

A to daje nam dostęp do o wiele liczniejszej grupy odbiorców. Jednak to nie rozwiązuje kwestii danych, wciąż potrzebujemy zasilenia informacjami z Sanepidu. Zaletą naszej propozycji jest fakt, że niezwłocznie możemy uruchomić system, który od razu gotowy jest do pracy i może dotrzeć do praktycznie wszystkich posiadaczy smart urządzeń.

Aplikacje, o których rozmawialiśmy, tworzone są z myślą o osobach fizycznych. Jak mogą one pomóc biznesowi?

Nigdy wcześniej nie mieliśmy tak olbrzymich możliwości technologicznych w walce z chorobą. To sytuacja bez precedensu w historii. Używanie analiz, monitoring kontaktów i wykorzystanie telefonów to fantastyczna sprawa, jeżeli chodzi o prewencję i ostrzeganie ludzi, którzy dzięki temu mogą zadbać o swoje zdrowie i życie oraz swoich najbliższych.

Jaki to ma wpływ na gospodarkę? Olbrzymi. Jeżeli spojrzymy np. na ruch na stacjach benzynowych, gdzie wg. naszych danych natężenie spadło o 50 proc., to szybko uzmysłowimy sobie skalę i konsekwencje wprowadzonych ograniczeń.

Jak obliczyła Konfederacja Lewiatan, polska gospodarka traci około 2 mld złotych dziennie z powodu trwającej pandemii, wszyscy wiemy, że taki lockdown to olbrzymie koszty dla państwa i jego obywateli. Dlatego z każdym dniem presja na to, by zluzować ograniczenia, jest coraz większa. Zdemontowana gospodarka to kiepski grunt dla jakiegokolwiek biznesu, dlatego szybki powrót do tego, co nazywamy normą, to priorytet nie tylko z punktu widzenia kondycji społeczeństwa, ale również szansa dla przedsiębiorców.

Czy ta sytuacja zmieni oblicze biznesu? Co stanie się po odmrożeniu gospodarki?

Od dawna mówi się o tym, że internet to punkt zwrotny w historii przedsiębiorczości. Jednak ta pandemia była jak swoisty egzamin dojrzałości, który miał zweryfikować, ile w tym prawdy, a ile życzeniowości.

Jeszcze 15 lat temu sytuacja wyglądałaby całkowicie inaczej. Dzisiaj siedzimy bezpiecznie w domu i za pomocą smartfona możemy zrealizować większość zakupów lub spraw formalnych. Transformacja popłaca, ale oczywiście nie w przypadku wszystkich, np. fryzjerów, którzy nie mają możliwości zmiany sposobu wykonywania usługi. Natomiast jeżeli chodzi o handel - ecommerce okazuje się strzałem w dziesiątkę.

Niedawna analiza firmy Generix Group zakładała, że już za cztery lata e-commerce pokona w bezpośrednim starciu handel tradycyjny. Jednak nagłe pojawienie się koronawirusa i globalny lockdown mogą przyspieszyć ten proces. Tak długi okres społecznego dystansowania i przymusowa zmiana nawyków zakupowych, będą mieć realny wpływ na nasze zachowanie, nawet po zakończeniu pandemii.

Rozmawiał Michał Kołtuniak

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA