fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Boks

Zmarł Jerzy Grudzień, legenda boksu

Józef Grudzień (1939–2017)
PAP, Adam Hawałej
Odszedł Józef Grudzień, kolejny as z drużyny Feliksa Stamma.

Był sympatyczny, zawsze uśmiechnięty, na nic i na nikogo nie narzekał: złoty medalista igrzysk w Tokio (1964) i srebrny z Meksyku (1968), wielki mistrz kategorii lekkiej (60 kg).

W drużynie Feliksa Stamma był wspaniałym następcą takich asów, jak Aleksy Antkiewicz (olimpijskie srebro w Helsinkach – 1952) czy Henryk Paździor (złoto w Rzymie – 1960).

Jego rówieśnik Marian Kasprzyk (złoto w Tokio, brąz w Rzymie) mówi o nim krótko: – wspaniały kolega i cudowny człowiek. A pytany o pięściarskie zalety opowiada „Rzeczpospolitej": „Miał znakomity lewy prosty i szybką, suchą kontrę, którą przewracał znacznie silniejszych od siebie. Zabijaką nigdy nie był, ale się ich nie bał. W ringu wyczulony na każdy ruch rywala, sam poruszał się bardzo sprawnie. Trudny do trafienia. Sylwetkę miał trochę sztywną, ale radził sobie z najlepszymi. Moim zdaniem nie przegrał finałowej walki w Meksyku z Amerykaninem Ronaldem W. Harrisem. Powinien mieć drugie olimpijskie złoto, tak jak Jurek Kulej".

Mieli się spotkać w maju na warszawskim Torwarze, gdzie rozgrywano turniej poświęcony pamięci ich wybitnego trenera. Ale Grudzień już wtedy był w szpitalu.

Jego brak w malejącym z roku na rok gronie naszych wybitnych pięściarzy był zapowiedzią nadchodzącego nieszczęścia. Nikt nie mówił tego głośno, ale informacje powtarzane po cichu nie były optymistyczne.

Co do tego, że Józef Grudzień należał do elity polskiego pięściarstwa, nikt nie powinien mieć wątpliwości. Dwa medale olimpijskie, tytuł mistrza Europy (Rzym – 1967) i wicemistrza (Berlin Zachodni – 1965) oraz trzykrotnie zdobyte mistrzostwo Polski ewidentnie to potwierdzają.

Pamiętam jego walki, które w dzieciństwie oglądałem w telewizji. Był eleganckim mistrzem ze starej polskiej szkoły. Zaczynał akcję lewym prostym, kończył prawym, ładnie kontrował i skutecznie się bronił.

Później poznałem go osobiście, po meczach bokserskich Legii bywałem w gronie zapraszanych przez niego osób na kawę i mały koniaczek.

Ostatni raz widziałem go trzy lata temu w Pałacu Prezydenckim, w 50. rocznicę wielkiego sukcesu polskiego boksu na igrzyskach w Tokio. Siedem medali, w tym trzy złote (Grudzień, Kulej, Kasprzyk) – takim olimpijskim występem nasi pięściarze nigdy wcześniej ani później nie mogą się pochwalić. Założył wtedy rękawice i stoczył pokazowy, krótki sparing z Danielem Olbrychskim, wielkim przyjacielem naszych mistrzów.

Kilka miesięcy temu umarł Jan Szczepański, złoty medalista olimpijski z Monachium (1972), w ubiegłym roku srebrny medalista tych igrzysk Wiesław Rudkowski i jedyny polski mistrz świata w boksie amatorskim Henryk Średnicki (Belgrad – 1978). W minioną sobotę odszedł Józef Grudzień.

O takich jak oni dziś możemy tylko marzyć.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA