Adwokaci są przedsiębiorcami, którzy zatrudniają aplikantów na warunkach rynkowych. Jeżeli zatem Naczelna Rada Adwokacka uważa, że aplikanci zasługują na lepsze warunki zatrudnienia, to powinna sama podpisywać z nimi umowy o pracę i finansować je z własnego budżetu. Coś podobnego było w czasach PRL i taki krok niewątpliwie wpisuje się w rekonstrukcyjne praktyki obecnej epoki. Idąc krok dalej, znieść należy słone opłaty za aplikację, tak aby w ten sposób wymiernie wspomóc aplikantów. Tymczasem współautorka uchwały niedawno publicznie deklarowała, że nie zatrudnia i nie zatrudni swego aplikanta na umowę o pracę.

Kto ma dokładać do interesu?

W czasach PRL władza ludowa dbała o warunki mieszkaniowe klasy robotniczej w ten sposób, że prywatne domy objęte były publiczną gospodarką lokalową. Urzędnicy przydzielali najemców do tych domów, pozostawiając łaskawie pokój czy dwa właścicielowi. Ci najemcy z kwaterunku płacili bardzo niski czynsz urzędowy, a za utrzymanie kamienicy w dobrym stanie odpowiedzialny był prywatny właściciel. Musiał on z reguły dokładać do interesu, bo zbierane czynsze pokrywały ułamek kosztów. Niemniej jednak władza była dumna, że w ten sposób pomaga ludowi, nie obciążając przy tym państwowej kiesy.

Ostatnie dni przyniosły powrót do tej tradycji. Najpierw dowiedzieliśmy się, że radca prawny z Poznania odpowie dyscyplinarnie za proponowanie szkoleń praktycznych w swojej kancelarii za 2500 zł, a kilka dni później NRA odpowiedziała na to nowe zjawisko uchwałą, nakazującą adwokatom zatrudnianie aplikantów na „godnych" warunkach. Uchwałę tę w mediach zachwalają członkowie NRA Joanna Parafianowicz i Rafał Dębowski. Wielka szkoda, że nie pochwalili się przy tym, ilu oni sami zatrudniają aplikantów i na jakich warunkach, tak aby ogół prostych adwokatów dowiedział się, co oznaczają owe „godne" warunki i mógł w ten sposób naśladować członków swoich władz naczelnych.

Domyślać się jedynie można, że obecne warunki rynkowe nie są zgodne z idealistycznymi ambicjami projektodawców.

Ja zaś uważam, że uchwała ta stanowi wyraz oderwania się niektórych członków NRA od brutalnych realiów rynkowych, w których działa ogół adwokatów. Szeregowi adwokaci nie zarabiają bynajmniej kokosów, muszą liczyć każdy grosz w swoich kancelariach, nie mają także zwyczaju ani ochoty ponosić wyższych wydatków na funkcjonowanie swoich kancelarii, niż jest to konieczne.

Przypomnijmy sobie zatem elementarz ekonomii. Pracodawcy zatrudniają pracowników, aby mieć zysk, i zazwyczaj płacą im stawki rynkowe. Dotyczy to także zasad zatrudniania aplikantów w kancelariach. Jeżeli adwokat uważa, że aplikant przynosi mu wymierne korzyści finansowe, to go odpowiednio wynagradza. Jeżeli zaś patron przyjął aplikanta z obowiązku (patron z urzędu), albo dla splendoru, a aplikant jedynie gawędzi z nim, przegląda jego akta oraz służy zastępstwami na urzędówkach karnych, to jest adekwatnie wynagradzany.

W tym miejscu podkreślić należy, że korzyść z objęcia aplikanta patronatem jest często iluzoryczna, natomiast koszty jak najbardziej wymierne. Chodzi tu nie tylko o koszty finansowe, ale i o czas poświęcony na edukowanie aplikanta, odpowiedzialność prawną za jego błędy, oraz o dzielenie się z nim swoim pomysłem biznesowym i cały know-how. Pamiętać przy tym trzeba, że obecna pozycja aplikanta jest hybrydą dawnego modelu aplikacji, w którym aplikant był czeladnikiem, z nowym, w którym aplikant jest uczestnikiem płatnego szkolenia podyplomowego.

Niech sami zrezygnują

Jeżeli zaś NRA marzy się powrót do przeszłości, to przypomnę, że w czasach PRL aplikacja była bezpłatna, a aplikanci mieli zawarte umowy o pracę z izbami adwokackimi. Moim zdaniem konsekwentnym krokiem władz naczelnych byłaby zatem uchwała nakazująca okręgowym radom zwolnienie wszystkich aplikantów z czesnego, oraz pokrywanie ich kosztów z budżetów rad.

Z pewnością działacze samorządowi zrezygnują ze słonych wynagrodzeń za wykłady dla aplikantów, co drastycznie zredukuje koszty aplikacji. Skoro bowiem działacze oczekują od szeregowych adwokatów zapewnienia aplikantom „godziwych" warunków zatrudnienia, to i sami nie powinni na tychże zarabiać.

Autor jest adwokatem