Chodzi o art. 417

1

§ 2 kodeksu cywilnego, który stanowi, że w razie wyrządzenia szkody poprzez wydanie prawomocnego orzeczenia lub ostatecznej decyzji poszkodowany może żądać jej naprawienia po stwierdzeniu niezgodności wyroku z prawem. Stwierdza ją Sąd Najwyższy, rozpatrując skargę kasacyjną bądź stwierdzenie niezgodności z prawem prawomocnego wyroku. Efektywność tej drugiej procedury jest mizerna. W zeszłym roku na 285 uwzględniono tylko pięć przypadków.

– To wszystko przez wąską wykładnię SN, która dopuszcza zasądzenie odszkodowania tylko w razie oczywistego lub rażącego naruszenia prawa w wyroku – mówił mec. Jacek Bąbka, pełnomocnik Aleksandra B., poszkodowanego orzeczeniem sądu w sprawie pracowniczej. Sądy cywilne odmówiły mu zapłaty 2,5 tys. zł odszkodowania za ściągnięcie z jego wynagrodzenia tej kwoty na podstawie niezgodnego z prawem wyroku.

– Ta wąska wykładnia SN sprawia, że prawo do odszkodowania za delikty sądowe jest fasadowe, w efekcie Polska często przegrywa takie sprawy w Strasburgu, a powinny się one kończyć w Polsce. Nie chodzi mi o to, by za każdy nietrafny wyrok należało się odszkodowanie, ale tylko za te, które naruszyły konstytucyjne prawa, w tym prawo własności (art. 77) – mówił.

Trybunału jednak nie przekonał.

– Bezprawność w rozumieniu art. 77 konstytucji ma węższy i samodzielny zakres i jest ona proporcjonalna do założonego celu, a więc naprawiania rażących potknięć sądów – powiedział w uzasadnieniu wyroku Stanisław Rymar, sędzia sprawozdawca. – Nie można, oceniając te przepisy, abstrahować od zasady zaufania do państwa, a nadmierne uwikłanie sądów powszechnych w sprawy odszkodowawcze podważałoby autorytet władzy sądowniczej. Podniesiona poprzeczka ma chronić stabilność wyroków i powagę sądów.

Sygnatura akt SK 9/13