- To ostatnia piosenka. Wasze wsparcie pozwoliło nam żyć niesamowitym życiem, dziękujemy wam z całego serca. Kocham was, kochamy was – mówił Ozzy Osbourne, nie kryjąc wzruszenia z powodu końca swojej kariery. Siedział na rockowym tronie, jak na Księcia Ciemności przystało, zwieńczonym figurą nietoperza, zaś na kurtce jaśniały dwa połyskliwe krzyże. Nieodwrócone do góry nogami! Oczy miał mocno podkreślone czarną kreską, z trudem panował nad łzami, nogi latały mu nerwowo. Ale wytrzymał przypływ wzruszenia i zaśpiewał na sam koniec „Paranoid”.
Finał koncertu „Back To Beginning” złożony był z czterech kompozycji Black Sabbath tylko z pierwszych dwóch płyt – „War Pigs”, „N.I.B.”, „Iron Man” i wspomnianego „Paranoid”. Tony Iommi grał świetnie solówki, Geezer Butler dudnił na basie z wielką klasą, jak zwykle. Bill Ward kończył show półnagi, szczęśliwy, że po wielu latach dołączył do kolegów.
Pożegnalny koncert Black Sabbath
Wcześniej Ozzy przypomniał kompozycje z solowego repertuaru: „Mama, I’m Coming Home”, „I Don't Know”, „Mr. Crowley”, „Suicide Solution” i „Crazy Train”. Towarzyszyli mu gitarzysta Zakk Wylde, basista Mike Inez, klawiszowiec Adam Wakeman i perkusista Tommy Clufetos.
Gwiazd było co niemiara – warto wspomnieć, że wystąpiły Metallica, Tool, Guns N' Roses, Alice in Chains i Slayer. Guns N' Roses zagrali „Never Say Die”, Metallica – „Hole in the Sky”.
Potem była kanonada fajerwerków i znakomite dane frekwencyjne. Płatną transmisję realizowaną z dwugodzinnym opóźnieniem w szczytowym momencie wykupiło blisko 6 mln fanów, a można się domyślać, że przed ekranami było ich znacznie więcej.
Na stadionie show oklaskiwało ponad 40 fanów. Dochód z koncertu zostanie przeznaczony na rzecz hospicjum dziecięcego Acorns, szpitala dziecięcego w Birmingham i fundacji Cure Parkinson's.
Pozwólmy sobie marzyć: myślę, że Ozzy nagra jeszcze album. Nie jeden. Przecież nie położy się do grobu i nie umrze. On mógł grać to tylko w teledyskach.